Mysz-masz – recenzja filmu „Wielki Marty”

Tak na dobrą sprawę każdy dotychczasowy film braci Safdie był ping-pongowy. Kleptomania, samotne rodzicielstwo, narkotyki, kradzieże, diamenty, intensywne pojedynki na małej, klaustrofobicznej przestrzeni i szybkie, śledzące ruchy kamery. Dopiero po rozwodzie, gdy Benny poszedł w zapasy ze swoim Smashing Machine, Josh w pełni rozwinął ich zamiłowanie do odbijania piłeczki. Wielki Marty – portret ambitnego i wyszczekanego tenisisty stołowego – to kolejna próba ujęcia amerykańskiej tożsamości w rozdygotanej, chaotycznej formie, do której przyzwyczaił nas duet Nowojorczyków.

Szybkim ścięciem trafiamy więc do lat 50., w sam środek mokrego snu Wujka Sama. Pieniądz się kręci, a marzenia się spełniają – jeśli jesteś biały i ambitny, możesz osiągnąć praktycznie wszystko. To czas rozkwitu Marty’ego Mausera (Timothée Chalamet), gówniarza z paletką, który mankietami przydużego garnituru chce się rozepchać w mieście, sporcie i w ogóle w życiu. Nie zważa na nic, wdrapuje się cwaniacko na szczyt, depcząc po głowach wszystkich po drodze. Poznajemy go, gdy jako pierwszy Amerykanin planuje podbić British Open. Przylatuje, wymachując rękoma i rozstawiając po kątach wszystkich: zasłużonych mistrzów, oficjeli dyscypliny, finansowe elity przebywające aktualnie w Londynie. Już prawie witał się z gąską, odbierając czek i przepustkę do wyższego stanu, jednak odbił się od ściany. W finale, bez większego trudu, ograł go głuchy Japończyk, który stracił słuch po wybuchu bomby atomowej. 

 

W komediowej konwencji Josh Safdie uwypukla nastroje, lęki, stereotypy i aspiracje gorączki fiftisów. Przedstawia czas częściowej anarchii, gdy można wszystko, tylko jeszcze nie do końca wiadomo z jakiego powodu, po co i czy na pewno. Historia inspirowana biografią prawdziwego gracza, medalisty mistrzostw świata Marty’ego Reismana, to przede wszystkim opowieść o narodzinach dyscypliny. Zasady gry są zmienne, a standaryzacja raczkuje – nadal wątpliwa jest twardość rakietek czy kolor piłek i trykotów. Nad całością czuwa zaś wielki biznes, który każdą innowację chętnie wykorzysta i zaleje nowy rynek swoimi produktami. Cezurę między tym, co stare i nieatrakcyjne, a nowym i pożądanym wyznacza II wojna światowa – jedne gwiazdy musiały zgasnąć, żeby kolejne mogły rozbłysnąć jeszcze jaśniej. Te traumy zostają jednak sprowadzone do żartu, igraszki losu, której Nowy Człowiek nie powinien dłużej wspominać.

Mimo konkretnego umiejscowienia w dziejach, gdy amerykańskie koncerny i Harlem Globetrotters rozpoczęły symboliczną globalizację świata, Wielki Marty formalnie rozpięty jest na przynajmniej kilka dekad. W tle pobrzmiewają bangiery lat 80., jak utwory Alphaville, New Order, Tears for Fears. Poza scenografią i kostiumami, Nowy Jork niewiele różni się zaś od współczesnego, który bracia Safdie przedstawiali w poprzednich projektach. To ten sam bulgoczący, wieloetniczny tygiel, możliwy do wiernego ujęcia wyłącznie metodą, której reżyserzy wierni byli od czasu debiutanckiego The Pleasure of Being Robbed. Operator Dariush Khondji stworzył świat bardzo ciasny, drżący, w którym każdy szwenk potęguje migotanie obrazu i zagęszcza akcję. Szybki montaż nie pozwala zatrzymać się przy czymś na dłużej, trzeba gonić wraz z Martym za pieniądzem i marzeniami. Neurotyczna sfera wizualna stanowi swoiste przedłużenie estetyki rozwiniętej w Nieoszlifowanych diamentach – charakterystycznego dla Safdich trzymania za gardło.

 

Rozciągnięty do dwóch i pół godziny metraż aż pęka w szwach od nagromadzenia wątków. Niemała w tym pewnie rola Ronalda Bronsteina, który z Joshem współpracuje scenariuszowo już od Daddy Longlegs. Bo czego tu nie ma: powojenne blizny, różnice rasowe, wielkie fortuny, szybkie sukcesy, miłosne podboje, walka pokoleń, budowa nowego świata. Ale nade wszystko postać grana przez Chalameta, znana wszem i wobec jako Marty Supreme, to kolejna filmowa rozterka nad amerykańską tożsamością. Buceria i arogancja vs. determinacja i niezależność. Iście ping-pongowe starcie obu wilków siedzących w tym narodzie. Potrzeba rewanżu na Japończyku, który odebrał mu tytuł nie wynika wyłącznie z charakteru Marty’ego, a właśnie z potrzeby obrony amerykańskiego honoru i zaspokojenia amerykańskiej duszy. Choćby miał zrzucić na Tokio trzecią atomówkę – jak sam podkreśla – zesra się, a nie da się. Po trupach do celu, nie bojąc się kradzieży, manipulacji, naginania zasad i łamania prawa, wchodzi wszędzie wraz z drzwiami. Klasę i pion trzyma prawie wyłącznie w sporcie, jest wierny tradycji, a jednocześnie zależy mu na przyszłości dyscypliny.


Chalamet dwoi się i troi, pląsa w kadrze niczym Leonardo DiCaprio w 2015, łasząc się do oscarowego gremium. Trzeba przyznać, że te szarże się opłaciły – stworzył bohatera uniwersalnego, operującego wieloma rejestrami, od zawadiaki, przez prostaka, po kruchego chłopca. Safdie, co ma w zwyczaju od pierwszych filmów, traktuje go z empatią, może nawet nazbyt dużą. Choć na każdym kroku utrudnia życie i wyśmiewa, to jednocześnie żywo mu kibicuje. A przydałaby się łyżka dziegciu w tym samouwielbieniu kultury nowojorskich Żydów, zawsze zaradnych i o krok przed resztą. Działa tu paradoks Wilka z Wall Street – jednoczesne przedstawienie sukcesu i niecnego wymiaru postaci, faworyzuje, a nawet usprawiedliwia ich destrukcyjne oblicze. Marty zamiast odpychać, pociąga. I nie chodzi tu nawet o to, czy to dobrze, czy źle – ale z pewnością przełamanie tej patriotycznej, amerykańskiej odysei by nie zaszkodziło. W wymowie przez to Wielki Marty pada niedaleko słynnej frazy Testovirona: „My, Żydzi, potrafimy wszystko!”.

Trzeba oddać jednak Joshowi Safdiemu reżyserską swadę i inscenizacyjną wyobraźnię. Już na samym poziomie obrazu, dzięki użyciu anamorficznych obiektywów i dynamicznych zbliżeń, bohaterowie pochłaniają nas, wciągają do swojego świata. Spora w tym zasługa castingu. Każda rola została dobrana świetnie, choć czuć niedosyt w związku z brakiem w obsadzie Martina Scorsese (zwłaszcza w filmie o takim tytule!). Na szczególne pochwały zasługują Gwyneth Paltrow za fenomenalną kreację podupadłej ikony aktorstwa lat 30. i żony bogatego męża oraz Abel Ferrara jako podstarzały gangster. Postaci z bocznych planów nie pełnią wyłącznie funkcji tła, aktywnie uczestniczą w fabule i dodają poszczególnym wątkom dramatyzmu lub humoru. Patos opowieści o realizacji sportowych marzeń rozrzedzają spontaniczne gagi i szybkie wymiany zdań, pełne wymyślnych, tarantinowsko-coenowskich z ducha dialogów. Wszystko z dbałością o detale – od akcentu w rozmowie, przez specyficzny panning kamery, po estetyczną, stylizowaną typografię.

Wielki Marty zasila amerykańską kinematografię o kolejne ujęcie jednego z najczęściej romantyzowanych okresów w historii USA. Twórcy niespecjalnie kwapią się do wejścia polemikę z tym mitem, a wręcz dorabiają do niego kolejne fantazje, kreśląc na poły superbohaterską wizję walki o swoje. Jest pistolet, jest dziewczyna, są bójki, pościgi i wielkie pieniądze. Prawdziwy hołd dla Wolnej Amerykanki. A może epitafium? Dziś w Stanach na lata 50. powołuje się prawie każdy, od Demokratów po Republikanów, jedni chcą do nich wrócić, inni przed tą rzeczywistością przestrzegają. Josh Safdie z dystansu kilku dekad i bez żadnych związków z tym zeitgeistem, wykorzystuje zamierzchłe czasy i idee do opowiedzenia wciąż aktualnej historii. Każdy może odczytać ją po swojemu – w kluczu sportowym, patriotycznym, a nawet inicjacyjnym. Uniwersalny wydźwięk postaci i przygód Marty’ego zawierają w sobie też jednak pewną esencję amerykańskości: szarmancką, odziedziczoną pokoleniowo bezczelność.

Michał Konarski

Wielki Marty


Tytuł oryginalny: Marty Supreme

Rok: 2025

Kraj produkcji: USA

Reżyseria: Josh Safdie

Występują: Timothée Chalamet, Gwyneth Paltrow, Abel Ferrara, Odessa A’zion, Kevin O’Leary, Tyler Okonma i inni.

Dystrybucja: Monolith Films

Ocena: 4/5

4/5