Od 27 sierpnia do 6 września potrwa 82. Międzynarodowy Festiwal Filmowy w Wenecji. Tradycyjnie już przygotowaliśmy omówienie wszystkich 21 filmów walczących o Złotego Lwa. Ich twórcy, reprezentujący cztery kontynenty, będą próbowali jak co roku połączyć aktualne tematy polityczne z osobistymi obsesjami i artystyczną wizją. W konkursie głównym najliczniejszymi grupami są oczywiście Włosi (w tym powracający na Lido Paolo Sorrentino 🇮🇹 i kontrowersyjny Franco Maresco 🇮🇹) oraz przedstawiciele amerykańskiego przemysłu filmowego (m.in. Jim Jarmusch 🇺🇸 czy laureaci Oscarów Kathryn Bigelow 🇺🇸 i Guillermo Del Toro 🇲🇽). Na czerwonym dywanie nie zabraknie też takich tuzów jak Koreańczyk Park Chan-wook 🇰🇷, Grek Jorgos Lanthimos 🇬🇷 czy Węgrzy Ildikó Enyedi 🇭🇺 i László Nemes 🇭🇺. . Jury przewodniczyć będzie amerykański reżyser i scenarzysta Alexander Payne
, autor m.in. Bezdroży i Przesilenia zimowego. Obok niego zasiądą jego koledzy i koleżanka po fachu: Francuz Stéphane Brizé
(Miara człowieka), Włoszka Maura Delpero
(Droga do Vermiglio), Rumun Cristian Mungiu
(laureat Złotej Palmy za 4 miesiące, 3 tygodnie i 2 dni), oraz Irańczyk Mohammad Rasoulof
(nagrodzony Złotym Niedźwiedziem za Zło nie istnieje). Skład jury uzupełniają uznane aktorki: Brazylijka Fernanda Torres
(znana m.in. z I'm Still Here) i Chinka Zhao Tao
(wieloletnia współpracowniczka Jia Zhangke).
AÀ PIED D’ŒUVRE / AT WORK 🇫🇷
reżyseria: Valérie Donzelli
obsada: Bastien Bouillon, André Marcon, Virginie Ledoyen
Valérie Donzelli, francuska aktorka i reżyserka, nie należy do najgłośniejszych nazwisk tegorocznego festiwalu. Jej najważniejszymi filmami są nominowane do sześciu Cezarów (w tym za najlepszy film) w 2011 roku Wypowiedzenie wojny, Marguerite et Julien prezentowane w konkursie głównym festiwalu w Cannes dekadę temu czy Tylko my dwoje, za którego scenariusz twórczyni, wraz ze współautorką Audrey Diwan, została w zeszłym roku nagrodzona przez francuską akademię. Wspomniana statuetka jest jednocześnie najbardziej prestiżowym wyróżnieniem w karierze Donzelli. Żaden z dotychczasowych filmów Francuzki nie był prezentowany w głównej selekcji weneckiego konkursu.
À pied d’œuvre to ekranizacja autobiograficznej powieści Francka Courtèsa pod tym samym tytułem. Francuski pisarz opisuje w niej czasy, kiedy porzucił intratne zajęcie w postaci profesjonalnej fotografii i skupił się na rozwijaniu kariery literackiej. Ta decyzja spowodowała drastyczny spadek dochodów, a z czasem również obniżenie się standardów życia, a następnie potrzeby odnalezienia alternatywnych źródeł zarobku w postaci pracy przy remontach czy drobnych naprawach. Opis fabuły, chociaż dość ciekawy, brzmi jak potencjalna pułapka, która w mało wprawnych rękach może zmienić się w autotematyczną opowieść o tym, jak twórcy filmowi odkrywają, że na świecie istnieje praca fizyczna i niektórzy ludzie z tego żyją. Oczywiście trzymam kciuki, by Donzelli w taką pułapkę nie wpadła, jednak biorąc pod uwagę całokształt dostępnych informacji, nie upatruję w tym tytule festiwalowego faworyta, ani nawet filmu, który mógłby zelektryzować widownię.
ÁRVA / ORPHAN 



reżyseria: László Nemes
obsada: Bojtorján Barábas, Andrea Waskovics, Grégory Gadebois,
Elíz Szabó, Sándor Soma, Marcin Czarnik
Dziesięć lat temu László Nemes zrobił coś, o czym marzy niejeden reżyser: jego debiut, Syn Szawła, nie tylko wszedł do konkursu głównego w Cannes, ale został nagrodzony tam Grand Prix, a następnie Oscarem, Złotym Globem i BAFTĄ. Węgierskie kino dawno nie miało tak spektakularnego sukcesu. Trzy lata później Schyłek dnia potwierdził, że Nemes nie zamierza iść na kompromisy – hipnotyczny fresk zmierzchu Belle Époque podzielił publiczność i krytykę, ale ugruntował pozycję autora o własnym, wyjątkowym języku. Od tamtej premiery nastała siedmioletnia twórcza cisza. Jedynym, czym Nemes przypomniał o sobie w tym czasie, była jego kontrowersyjna odpowiedź na oscarowe przemówienie Jonathana Glazera, odbierającego statuetkę za Strefę Interesów. Teraz wraca z jednym z najgłośniejszych tytułów jesiennego sezonu festiwalowego i wygląda na to, że na kolejne projekty nie trzeba będzie długo czekać: w developmencie jest już biografia Jeana Moulina i anglojęzyczna adaptacja Cormaca McCarthy’ego.
Orphan przenosi nas do Budapesztu roku 1957, tuż po brutalnie stłumionej rewolucji. Nastoletni Andor (debiutujący Bojtorján Barabas) dorasta w świecie utkanym z idealizowanych opowieści o ojcu, którego nigdy nie poznał. Ten misterny mit rozsypuje się, gdy w progu staje Berend (Grégory Gadebois), brutalny przybysz z przeszłości Kláry (Andrea Waskovics), matki chłopca. Nemes opisuje film jako inspirowaną własną rodziną opowieść o mierzeniu się z własnym cieniem.
Reżyser stawia na stałych współpracowników: scenariusz powstał we współpracy z Clarą Royer, a za zdjęcia odpowiada Mátyás Erdély, który ponownie sięga po taśmę 35 mm. Wśród aktorów zobaczymy również debiutującą Eliz Szabó oraz wiernego Węgrowi od lat Marcina Czarnika. W obliczu braku polskich filmów w weneckim programie (z wyjątkiem mniejszościowej koprodukcji Otec), to właśnie w Orphan można doszukiwać się pojedynczych rodzimych akcentów, i to nie tylko w obsadzie – producentką wykonawczą jest Klaudia Śmieja-Rostworowska, a za międzynarodową sprzedaż odpowiada New Europe Film Sales Jana Naszewskiego. To skromna obecność, ale za to przy jednym z najbardziej wyczekiwanych tytułów sezonu.
BUGONIA 🇬🇧
reżyseria: Jorgos Lanthimos
obsada: Emma Stone, Jesse Plemons, Aidan Delbis, Stavros Halkias, Alicia Silverstone
dystrybucja: UIP
Jorgos Lantimos i Emma Stone znowu razem – dla jednych to zapowiedź kolejnego artystycznego triumfu, dla innych sygnał, że grecki reżyser okopał się we własnej strefie komfortu. Trzeba mu jednak oddać, że nawet gdy korzysta ze sprawdzonych współpracowników, to do każdego projektu podchodzi jak chirurg do operacji na otwartym sercu: z chłodną precyzją, zerowym znieczuleniem i perwersyjną ciekawością, co się stanie, gdy przyciśnie skalpel trochę mocniej. Po oscarowym szaleństwie Biednych istot jego autorski duet z Emmą Stone stał się jedną z najgorętszych marek w branży. A przecież niedługo po tym, jak adaptacja prozy Alasdaira Graya zgarnęła cztery Oscary, Lantimos i Stone już meldowali się na zeszłorocznym festiwalu w Cannes z premierą Rodzajów życzliwości – skromnym, acz udanym tryptykiem, który udowodnił, że ta para nie zwalnia tempa. Dlatego informacja, że ich nowy film trafi do konkursu głównego w Wenecji, nie dziwi nikogo. Zaskakuje za to materiał, po który sięgnęli.
W epoce nieograniczonego dostępu do informacji, ludzkość wydaje się bardziej odklejona od rzeczywistości niż kiedykolwiek. Jaszczuroludzie, płaskoziemcy, chemtrailsy – teorie spiskowe, niegdyś domena ludzi w foliowych czapkach, dziś wylewają się z TikToka i zatruwają mainstream. Jedyne, co jest pewne, to że – bez względu na poziom absurdu – paranoja stała się paliwem napędowym naszej cywilizacji.
I właśnie w ten świat wchodzi reżyser, który tym razem nie adaptuje niszowej powieści, lecz rzuca się na świętość kina kultowego – południowokoreańskie Save the Green Planet!. To film-legenda, szalona jazda bez trzymanki, która z gracją łączy czarną komedię, brutalny thriller i science fiction. Próba przeniesienia go na amerykański grunt brzmi jak artystyczne samobójstwo, ale jeśli ktoś ma wyjść z tej próby zwycięsko, to właśnie grecki prowokator. Wedle zajawek fabuły, akcja skupia się na dwójce młodych paranoików, którzy porywają potężną prezeskę korporacji, święcie przekonani, że jest ona kosmitką przygotowującą inwazję na Ziemię. W roli domniemanej Obcej zobaczymy Stone, nadworną muzę reżysera, a jej prześladowcę zagra zawsze niezawodny Jesse Plemons. Trochę jak w filmach powstałych w wyniku współpracy ze scenarzystą Eftimisem Filipu, Lantimos ma się skupić na zamkniętej grupie ludzi, których wypaczona logika tworzy własne, hermetyczne uniwersum reguł i okrucieństwa. Wcześniej badał to z perspektywy opresyjnej rodziny (Kieł), społeczeństwa wymuszającego związki (Lobster), niemożliwego do spełnienia aktu sprawiedliwości (Zabicie świętego jelenia) czy absurdalnych paktów lojalności (niedawne Rodzaje życzliwości); tutaj robi to z perspektywy wyznawców spisku.
Na papierze wszystko się zgadza. Scenariusz wyszedł spod ręki Willa Tracy’ego, który w Sukcesji i Menu udowodnił, że potrafi pisać dialogi i demaskować cynizm elit. Można się więc spodziewać, że Bugonia będzie nie tyle opowieścią o kosmitach, co jadowicie inteligentną satyrą na epokę, w której każdy szur z dostępem do internetu czuje się powołany do zbawiania świata. Pytanie, które rozstrzygnie festiwal na Lido, jest proste: czy nawet geniusz filmowego absurdu jest w stanie wygrać z największą zmorą Hollywood – brakiem własnych pomysłów i klątwą nieudanego remake’u?
DOM PEŁEN DYNAMITU / A HOUSE OF DYNAMITE 🇺🇸
reżyseria: Kathryn Bigelow
obsada: Idris Elba, Rebecca Ferguson, Gabriel Basso, Jared Harris, Tracy Letts,
Anthony Ramos, Moses Ingram, Jonah Hauer-King, Greta Lee, Jason Clarke
dystrybucja: Netflix
Pierwsza kobieta z Oscarem za reżyserię, autorka filmu o polowaniu na bin Ladena, była żona Jamesa Camerona – lead artykułu o Kathryn Bigelow dla dużego medium praktycznie pisze się sam. Warto jednak dodać, że kariera fachury kina gatunkowego nie była wyłącznie pasmem sukcesów, a jej kultowe dziś obrazy z lat 80. i 90. w większości okazywały się klapami finansowymi. Niewątpliwym sukcesem było jedynie Na fali (1991), czyli soczyście homoerotyczne połączenie heist movie, policyjnej opowieści oraz surfingu i innych wyczynów kaskaderskich, które zainspirowało nieudany remake, pomysł na scenariusz pierwszych Szybkich i wściekłych, a także liczne nawiązania w popkulturze (zob. np. Hot Fuzz). Jednak w tamtym okresie Bigelow zrealizowała nie mniej warte uwagi, grunge’owo brudne i seksownie przepocone dzieła: wampiryczny western Blisko ciemności (1987), sensacyjną konfrontację charakternej policjantki i psychopatycznego mordercy w Błękitnej stali (1990) oraz naznaczoną napięciami społecznymi cyberpunkową perłę Dziwne dni (1995).
I choć w XXI wiek wchodziła wraz z kompletnie przestrzelonym artystycznie Przekleństwem wyspy (2000), twórczyni wkrótce zrehabilitowała się w oczach publiczności głośnymi oscarowymi filmami poświęconymi działaniom USA na Bliskim Wschodzie – The Hurt Locker (2008) i Wróg numer jeden (2012) – które szczególną uwagę zwracały m.in. na kwestie psychologicznych skutków wojny oraz kontrowersyjnych metod przesłuchań. Rozpoznana już jako mistrzyni naturalistycznego, quasi-dokumentalnego stylu (kamera z ręki, oszczędne korzystanie z muzyki niediegetycznej) reżyserka następnie powróciła do zainteresowań sygnalizowanych w Dziwnych dniach, podejmując próbę zrekonstruowania zamieszek na tle rasowym z 1967 roku w Detroit (2017). Była to kolejna doceniona przez krytyków produkcja, która jednak przebiegła przez amerykańskie kina bez większego echa, a polskie ominęła zupełnie.
Po niemal dekadzie milczenia Kathryn Bigelow przybywa na Lido z kolejnym niewątpliwie ponurym i stresogennym dziełem. Dom pełen dynamitu to też powrót autorki po długim czasie do fikcji, jednak naznaczonej uzasadnionym lękiem przed kolejną wojną światową i erą atomową, tym razem na pełną skalę. Fabuła przypomina zresztą głośne obrazy zimnowojenne, satyrycznego Doktora Strangelove Kubricka czy tragiczną Czerwoną linię Lumeta: zespół urzędników Białego Domu próbuje naprędce opracować strategię w związku z atakiem rakietowym nieznanego źródła na Stany Zjednoczone. W obsadzie m.in. Idris Elba, Rebecca Ferguson, Jared Harris i Jason Clarke, scenariusz pisze Noah Oppenheim (autor Jackie Pablo Larraína i wzbudzający kontrowersje dyrektor NBC News), a za zdjęcia odpowiedzialny jest Barry Ackroyd, współpracujący wcześniej zarówno z Bigelow, jak i bliskim jej artystycznie Paulem Greengrassem. Film trafi do ograniczonej dystrybucji w USA, a potem prosto na Netfliksa – jako że streamingowy gigant od dawna bynajmniej nie jest już synonimem prestiżu, można mieć obawy, czy w Wenecji rzeczywiście czeka nas kolejna ważna pozycja w filmografii jednej z najbardziej rozpoznawalnych reżyserek na świecie, czy raczej mało zajmujący produkt taśmowy.
DUSE 🇮🇹
reżyseria: Pietro Marcello
obsada: Valeria Bruni Tedeschi, Fanni Wrochna, Noémie Merlant,
Fausto Russo Alesi, Edoardo Sorgente, Vincenzo Nemolato, Noémie Lvovsky
Gdybyśmy chcieli wymienić najciekawszych reżyserów filmowych tworzących obecnie na Półwyspie Apenińskim, na liście musiałoby się pojawić nazwisko Pietra Marcello. Od lat jego filmy zdobywają różnorakie wyróżnienia na festiwalach europejskich i są zauważane przez publiczność. Rozpoczynał od dokumentów lub filmów zacierających granicę między faktami i fikcją. Już w swoim debiucie Il Passaggio della linea (2007) dał się poznać jako wrażliwy wizualnie portrecista ludzi na marginesie w kontekście społecznym. Na salony wszedł bardzo dobrze przyjętą Paszczą wilka (2009) z empatią ukazującą genueński półświatek. Tytuł zdobył dwa laury na Berlinale oraz okazał się najlepszym filmem dokumentalnym według rodzimej akademii, brał udział w konkursie Nowych Horyzontów i w Karlowych Warach oraz był nominowany do nagrody Parlamentu Europejskiego. Spośród całkiem bogatej filmografii twórcy, który jeszcze nie przekroczył 50 lat życia, warto wymienić takie tytuły jak Piękna i utracona (2015, dwie nagrody w Locarno), Martin Eden (2019, dwie nagrody w Wenecji), Futura (2021, udział w pobocznej sekcji Cannes), Per Lucio (2021, Berlinale poza konkursem), Szkarłat (2022, Cannes poza konkursem).
Do Wenecji powraca z kostiumową biografią Duse, w której Valeria Bruni Tedeschi wciela się w słynną aktorkę teatralną, kreowaną na rywalkę Sary Bernhardt. Reżyser skupił się na ukazaniu momentu, gdy zbliżająca się do kresu życia artystka postanawia powrócić na scenę po dwunastu latach przerwy, co odbyło się po zakończeniu Wielkiej Wojny, u progu narodzin faszyzmu. Marcello tak mówi o swoim projekcie: „Nie chciałem tworzyć filmu biograficznego, ale raczej opowiedzieć o duszy kobiety, artystki, w epoce wielkich historycznych wstrząsów, mając okazję zgłębić tematy, które są mi bliskie: z jednej strony rolę artysty w obliczu tragedii, takich jak wojna, ubóstwo i cierpienie, z drugiej zaś możliwe aspekty relacji między sztuką a władzą”.
W obsadzie pojawi się również Noémie Merlant (Portret kobiety w ogniu, Tár), Fausto Russo Alesi (Zdrajca, Porwany) i Vincenzo Nemolato (La Chimera, Martin Eden). Za zdjęcia odpowiada Marco Graziaplena (Mektoub. Moja miłość: Pieśń pierwsza).
ELISA 🇮🇹🇨🇭
reżyseria: Leonardo Di Costanzo
obsada: Barbara Ronchi, Roschdy Zem, Diego Ribon, Valeria Golino
Leonardo Di Costanzo zaczynał jako dokumentalista portretujący swój ukochany Neapol. W 2003 roku A scuola – un cas d’egole, portret gimnazjum w dzielnicy Pazzigno, gdzie sześć lat wcześniej policja przeprowadziła krwawy szturm na mafijne posiadłości, opuścił Cinema du Reel z nagrodą (bibliotekarzy, ale zawsze to nagroda). Co ciekawe film walczył w konkursie francuskim, gdyż reżyser mieszkał wtedy w Paryżu, a w selekcji spotkał się z wczesnym projektem Julii Kowalski, nakręconym Hi8 portretem jej dziecięcych wspomnień Międzylesie. Później przyszła pora na spojrzenie na morze. W Odessie (2006) opowiadał o siedmiu ukraińskich marynarzach uwięzionych od lat na tytułowym statku w neapolitańskim porcie, po tym, jak jego armator zbankrutował. Najciekawszym projektem non fiction w karierze Włocha było jednak Cadenza d’inganno, autotematyczny film powstający przez niemal dekadę. To portret chłopca z niesławnej dzielnicy hiszpańskiej, przerwany zniknięciem protagonisty. Osiem lat później Antonio kontaktuje się jednak z reżyserem…
Ostatnią dekadę Di Costanzo spędził, realizując się już w fabułach. Zainteresowany jest intymnymi historiami, ludzkimi dramatami i moralnymi wątpliwościami budzącymi się na przecięciu młodości, bezsilności i przestępczości. W Przerwie (2012) spojrzał na relację nastolatków, piętnastoletniej Weroniki odbywającej karę domowego aresztu za romansowanie z członkiem wrogiego gangu oraz siedemnastoletniego Salvatore – jej strażnika wbrew swojej woli. Zaś Intruz (2017) czerpiąc z Balzaka, zaglądał do prywatnego domu samotnej matki, w którym schronienia postanowiła poszukać żona ukrywającego się bossa. W ojczyźnie największe uznanie i 11 nominacji do Davidów przyniósł di Constanzo jeden raz, gdy ten wyjechał z Neapolu. Kręcona na Sardynii Ariaferma podobnie jak Przerwa patrzy na dychotomię relacji między osadzonym a strażnikiem, tym razem w rozpadającym się więzieniu, które ma być niedługo zamknięte, lecz biurokratyczne wpadki spowodowały wstrzymanie transferów. Tuzin więźniów i kilku strażników trwa w stanie zawieszenia, coraz bardziej zdając sobie sprawę z podobieństwa swoich sytuacji. Film chwalony był za pieczołowity scenariusz oraz świetne kreacje Toniego Servillo oraz Silvia Orlando, ten drugi opuścił galę „włoskich Oscarów” z nagrodą za najlepszy pierwszy plan męski.
W Elisie włoski filmowiec powraca do placówki penitencjarnej, tym razem będącej luźną adaptacją naukowej książki kryminologicznej Io volevo ucciderla Adolfo Cerettiego i Lorenza Nataliego. Całość opowiada o tytułowej morderczyni, która podczas odsiadki decyduje się wziąć udział w badaniach naukowych i opowiedzieć o sobie i swojej zbrodni, po raz pierwszy stając w prawdzie i przełamując własne mechanizmy wyparcia. Do włoskich kin Elisa wejdzie już dzień po weneckiej premierze – 5 września.
EOJJEOLSUGA-EOBTDA (어쩔수가없다) / NO OTHER CHOICE 🇰🇷
reżyseria: Park Chan-wook
obsada: Lee Byung-hun, Son Yej-in, Park Hee-soon, Lee Sung-min, Yeom Hye-ran, Cha Seung-won
dystrybucja: Gutek Film
Park Chan-wook jest twórcą, którego dzieła wyglądają jak wysmakowane luksusowe cacuszka, a jednocześnie mają w sobie brutalność kastetu. Jego trylogia, tworzona przez Pana Zemstę (2002), kultowego Oldboya (2003) i Panią Zemstę (2005), zmieniła zachodnie wyobrażenie o kinie koreańskim mocniej niż jakiekolwiek kroniki historyczne czy raporty ekonomiczne. Park uczynił z przemocy operę, z melodramatu – dreszczowiec, a z kina zemsty – filozoficzny komentarz do modernizacji Korei. To nie przypadek, że w jego filmach krew nigdy nie jest tylko posoką, a perwersja nie zamienia się w pornografię: to raczej ornamenty, które tworzą wizualny język większy niż same fabuły. Kiedy europejscy krytycy odkrywali Bonga Joon-ho, a Hong Sang-soo nadal uczył się jak używać zbliżeń, Park już dawno był w kanonie – z Grand Prix w Cannes (za Oldboya) czy Złotym Lwiątkiem z Wenecji (za Panią Zemstę). Kolejne lata, nawet pomimo drobnego potknięcia za oceanem w postaci Stokera (którego skądinąd niezmiennie lubię), przynosiły Koreańczykowi kolejne sukcesy (m.in. BAFTA za Służącą czy canneńskie laury za Pragnienie i Podejrzaną) i pozwalały badać różne pola gatunkowych ekstrawagancji: od wampirycznych zalotów przez kostiumowe rozliczenie z okupacją japońską aż po reinterpretacje Zawrotu głowy Hitchcocka.
Park na tegoroczny konkurs główny w Wenecji przygotował No Other Choice, czyli Nie ma innego wyjścia. Projekt w kalendarzu koreańskiego twórcy dojrzewał niemal dwie dekady. W połowie lat dwutysięcznych reżyser odkrył powieść Donalda E. Westlake’a The Ax i z miejsca uznał, że historia bezrobotnego, który postanawia dosłownie eliminować konkurencję z rynku pracy, aż prosi się o przeróbkę na tamtejszą rzeczywistość. Wówczas wydawało się to zbyt bliskie prawdy, zbyt przyziemne – Korea była wtedy pijana sukcesem Oldboya, w którym Park już przecież mówił o samotności i systemowej przemocy, tylko w bardziej metaforycznej formie. Teraz, w epoce czatbotów, masowych zwolnień i rosnącej ekonomicznej paranoi (w erze post-Parasite), jego pomysł brzmi jak diagnoza globalna. Różnica polega na tym, że o ile Bong Joon-ho musiał opakować swoją metaforę w dom z bunkrem, Park może wprost ukazać nóż wbijany w plecy konkurenta z rynku pracy. W roli Man-soo obsadza Lee Byung-huna, aktora-instytucję, a Son Ye-jin zagra jego żonę Mi-rin. Reszta obsady to zestaw nazwisk, które z pewnością mówią coś fanom azjatyckiej kinematografii, jak choćby Park Hee-soon (znany z seriali My Name czy Niezwykli). Tym razem autor J.S.A. łączy czarną komedię z thrillerem o desperacji, ale tak naprawdę powraca do swego naczelnego tematu: przemocy systemu, która w jego ojczyźnie – i nie tylko – staje się czymś codziennym.
Powrót Parka do Wenecji po dwóch dekadach ma wymiar symboliczny. No Other Choice to pierwszy koreański film w konkursie głównym od Piety Kim Ki-duka (2012). Jednocześnie swego rodzaju manifest: kino Korei nie skończyło się na Parasite, tak jak nie zaczęło się na oscarowym szlagierze, który ratował kiedyś polskie kina. Park przypomina, że zanim Bong wszedł na scenę z globalnym megafonem, on grał już na klasowych strunach. Nowy film ma wyglądać jak Kafka przepisany przez Coenów: groteskowy, precyzyjny, zabawny i jednocześnie pełen chłodu. Na Lido ceni się takie hybrydy, pachnące literaturą, ale jednak trzymające tempo filmowej opowieści. Jeżeli Jury pod przewodnictwem Alexandra Payne’a da się porwać tej mieszance farsy, baroku i społecznej diagnozy, Park Chan-wook może wrócić ze Złotym Lwem – i udowodnić, że w koreańskim kinie jest miejsce i dla moralisty Bonga, i dla stylisty Parka, który o tej samej rzeczy mówi bardziej przewrotnie.
FATHER MOTHER SISTER BROTHER 🇺🇸🇮🇪🇫🇷
reżyseria: Jim Jarmusch
obsada: Tom Waits, Adam Driver, Mayim Bialik, Charlotte Rampling, Cate Blanchett,
Vicky Krieps, Sarah Greene, Indya Moore, Luka Sabbat, Françoise Lebrun
dystrybucja: Gutek Film
Jim Jarmusch, legendarny twórca amerykańskiego kina niezależnego, wraca po najdłuższej przerwie w swojej karierze – minęło już sześć lat od czasu, gdy Truposze nie umierają otwierało festiwal w Cannes. To właśnie na Lazurowym Wybrzeżu premierę miała większość dzieł autora Nocy na Ziemi (8 na 13 dotychczasowych fabuł), choć zwykle wyjeżdżały bez nagród – wyjątkami były Mystery Train (nagroda za wkład artystyczny w 1989) oraz Broken Flowers (Grand Prix w 2005). Z kolei przełomowy w karierze Jarmuscha film Inaczej niż w raju (1984) otrzymał na Lazurowym Wybrzeżu Złotą Kamerę, a także Złotego Lamparta na festiwalu w Locarno. Amerykanin ma też na koncie Złotą Palmę dla krótkiego metrażu za trzecią część cyklu Kawa i papierosy (1995), włączoną później do pełnometrażowego filmu pod tym tytułem.
Struktura nowelowa, właśnie w Kawie i papierosach występująca w największym rozdrobnieniu, lecz obecna w różnych odsłonach również w innych filmach Jarmuscha (Mystery Train, Noc na Ziemi), powróci w najnowszym projekcie Amerykanina pt. Father Mother Sister Brother, będącym jego debiutem na festiwalu w Wenecji. Film ma składać się z trzech nowel dziejących się w różnych częściach świata: Father w północno-wschodnich Stanach, Mother w Dublinie, Sister Brother w Paryżu. Jak same tytuły wskazują, centralnym tematem będą relacje rodzinne, zarówno wewnątrz rodzeństwa, jak i dorosłych dzieci z rodzicami. W obsadzie znalazły się twarze znane z wcześniejszych filmów reżysera: Cate Blanchett (Kawa i papierosy), Adam Driver (Paterson) i Tom Waits (Poza prawem), jak również europejskie gwiazdy z różnych pokoleń: Vicky Krieps, Charlotte Rampling czy Françoise Lebrun. Za zdjęcia odpowiadają Frederick Elmes i Yorick Le Saux, a za muzykę – sam Jarmusch we współpracy z piosenkarką Aniką.
Opis festiwalowy zapowiada Father Mother Sister Brother jako melancholijną komedię, z kolei reżyser nazywa swoje dzieło „anti-action film”, co silnie rezonuje z poetyką jego dotychczasowej twórczości, niespiesznej, nastrojowej, skupionej na nieefektownej codzienności. Pozostaje nieśmiało trzymać kciuki, że Jarmusch podczas sześcioletniej przerwy zregenerował się twórczo i nowe dzieło nie będzie kolejnym po Truposzach… (nie mylić ze znakomitym Truposzem z 1995!) artystycznym niewypałem. A kto wie, może czeka nas w filmografii Amerykanina mocne nowe otwarcie i powrót do czasów Tylko kochankowie przeżyją i Patersona, gdy zdawało się, że najlepszy Jarmusch dopiero przed nami. Nadzieja – jak truposze – nie umiera w końcu tak łatwo.
UN FILM FATTO PER BENE 🇮🇹
reżyseria: Franco Maresco
obsada: Franco Maresco, Umberto Cantone, Bernardo Greco,
Francesco Conticelli, Marco Alessi, Francesco Puma, Antonio Rezza
Franco Maresco uchodzi we włoskim kinie za enfant terrible – twórcę bezkompromisowego i prowokacyjnego. Zaczynał w duecie z Daniele Ciprìm, tworząc Cinico TV, kultowy cykl groteskowych miniatur o sycylijskiej codzienności, a później fabuły takie jak słynne Totò che visse due volte, czasowo zakazane z powodu oskarżeń o bluźnierstwo. Po rozstaniu z Ciprìm w 2008 roku jego kariera obrała nowy kierunek: dokumenty Belluscone. Historia sycylijska i Mafia to już nie to, co kiedyś przyniosły mu nagrody w Wenecji i reputację bezlitosnego komentatora włoskiej kultury, polityki i mafijnych powiązań.
Un film fatto per Bene to powrót Maresca do konkursu głównego i do własnych badawczych obsesji. Tym razem punktem wyjścia jest projekt filmu o Carmelu Bene – legendzie włoskiej neoawangardy, aktorze i reformatorze teatru, który w latach 60. i 70. kwestionował wszelkie konwencje sztuki. Zdjęcia się rozpadają – wypadek za wypadkiem, ciągłe opóźnienia, wreszcie decyzja producenta o wstrzymaniu prac. Maresco reaguje oskarżeniem o „filmobójstwo” i znika bez śladu, a jego przyjaciel i współscenarzysta Umberto Cantone rozpoczyna śledztwo, przesłuchując wszystkich uczestników katastrofy. W ten sposób rodzi się film w formule docu-fiction, który staje się nie tylko opowieścią o Bene i zablokowanej produkcji, ale też o samym Marescu i jego autodestrukcyjnej metodzie.
Ta historia zdaje się korespondować ze starszym o dekadę Belluscone, mockumentem o mafijnych wpływach Silvio Berlusconiego na Sycylii, przy produkcji którego również doszło do niecodziennej sytuacji: Maresco porzucił zdjęcia, a Tatti Sanguineti – krytyk i ponownie przyjaciel reżysera – próbował zarówno dokończyć film, jak i ustalić, dlaczego twórca z niego zrezygnował. Un film fatto per Bene zdaje się rozwijać ten motyw jeszcze bardziej: kryzys staje się sednem, a kino przedmiotem własnej analizy. Niedługo przekonamy się, czy taki autorefleksyjny eksperyment podbije serca jury, ale na razie jedno jest pewne: Maresco wraca na Lido w swoim typowym, przewrotnym stylu.
FRANKENSTEIN 🇺🇸
reżyseria: Guillermo Del Toro
obsada: Oscar Isaac, Jacob Elordi, Christoph Waltz, Mia Goth, Felix Kammerer,
Charles Dance, David Bradley, Lars Mikkelsen, Christian Convery
dystrybucja: Netflix
Jednym z trzech laureatów Złotego Lwa (obok Lanthimosa i Rosiego), który stanie w szranki na Lido, będzie spełniony reżyser teraz po prostu śniący swoje kinowe marzenia. Frankenstein, najnowszy wykwit mrocznej wyobraźni Guillermo del Toro, idealnie wpisuje się w już dorodną kolekcję jego gotyckich maszkaronów. Projekt przygotowywano przez lata, a ostatecznie został zrealizowany we współpracy z Netflixem, który po sukcesie animowanego Pinokia (m.in. Oscar, Złoty Glob, BAFTA, Złoty Konik) z wielkim przekonaniem zainwestował w kolejny koszmar Meksykanina. Autor Labiryntu fauna w wywiadach podkreślał, że nie chciał realizować po prostu filmu grozy, a psychologiczną opowieść o tożsamości, kreacji i odpowiedzialności. Odrzuca więc horrorowe klisze (krzykliwe jump-scares i inne tanie efekty zaskoczenia), a stawia na relację naukowca i jego stworzenia oraz paralelę ojcowsko-synowską. Słynna scena narodzin monstrum wedle wizji del Toro ma być surrealistycznym tańcem, w którym szalony profesorek w rytm walca komponuje nowe życie z ciał zmarłych.
W obsadzie znaleźli się Oscar Isaac jako Victor Frankenstein i Jacob Elordi (zmiennik rozważanego wcześniej Andrew Garfielda) jako niesławny potwór, łączący w sobie niewinność i okrucieństwo. Ponadto w filmie pojawiają się Mia Goth (w podwójnej roli matki i kochanki Victora: oj, doktor Freud miałby co badać), Christoph Waltz, David Bradley, Felix Kammerer, Lars Mikkelsen, Ralph Ineson, Nikolaj Lie Kaas czy Charles Dance. Świat znany z powieści Mary Shelley na ekran przeniesiono dzięki maestrii duńskiego operatora Dana Laustsena, który pracował już z del Toro przy trzech filmach (Zaułek koszmarów, Kształt wody, Crimson Peak. Wzgórze krwi), a także jak zawsze u Meksykanina pieczołowitym staraniom pionów kostiumowych i scenograficznych. Gotycki klimat mają wspierać kompozycje Alexandre’a Desplata. Znając dorobek autora Kręgosłupa diabła, trzeba spodziewać się raczej reinterpretacji klasycznej opowieści, odchodzącej od sztampy z prób Whale’a i Branagha. Pozostaje tylko pytanie czy nowy Frankenstein będzie czymś więcej niż zabawką kupioną za bajońskie sumy przez czerwonego wujcia pielęgnującemu dawne lęki Guillermo czy jednak humanistyczną opowieścią bliższą arcydziełu (nomen omen) Victora Erice.
LA GRAZIA 🇮🇹
reżyseria: Paolo Sorrentino
obsada: Toni Servillo, Anna Ferzetti, Orlando Cinque, Massimo Venturiello,
Milvia Marigliano, Giuseppe Gaiani, Linda Messerklinger, Vasco Mirandola
dystrybucja: Gutek Film
Kiedy Sorrentino po raz ostatni prezentował swoje dzieło w Wenecji, zakończyło się to prawdziwym deszczem nagród. Mowa tu oczywiście o To była ręka Boga, wyróżnionymSrebrnym Lwem oraz sześcioma innymi statuetkami, w tym za poszczególne role aktorskie oraz dla najlepszego filmu włoskiego. Nic więc dziwnego, że ten dotychczas preferujący Cannes reżyser zdecydował się na ponowny udział w najważniejszym festiwalu w swojej ojczyźnie.
La grazia jawi się jako powrót włoskiego twórcy na znane tory, film ma bowiem przedstawiać ostatnie dni urzędowania fikcyjnego prezydenta Włoch. Sorrentino dał się już widzom poznać jako reżyser zafascynowany polityką, opowiadał wszak o Giulio Andreottim w Boskim i Silvio Berlusconim w dwuczęściowym obrazie Oni. Co ciekawe w obydwu przypadkach do najważniejszej roli angażował Toniego Servillo, który analogiczną funkcję będzie pełnił również w filmie otwarcia tegorocznego festiwalu. Uczciwie będzie więc założyć, że po raz kolejny dostaniemy dzieło o niezwykle zbliżonej tematyce, a prawdopodobnie również wymowie, co powinno usatysfakcjonować licznych fanów twórcy, a krytykom jego poczynań dodać paliwa do oskarżeń o stagnację i brak rozwoju.
Jeżeli wierzymy, że werdykty Jury mimo różniących się gremiów cechują się jakąś spójnością, możemy założyć, że La grazia zostanie w Wenecji nagrodzona, zwłaszcza że jako przedstawiciel włoskiej kinematografii ma szanse na laury w większej liczbie kategorii. Niezależnie od tego, czy Sorrentino ponownie wróci do Neapolu obładowany statuetkami, czy przełknie gorycz porażki, możemy być pewni, że jego najnowszy obraz zobaczymy w polskich kinach. Gutek Film jeszcze przed festiwalową premierą ogłosił zakup praw do dystrybucji.
JAY KELLY 🇺🇸🇬🇧🇮🇹
reżyseria: Noah Baumbach
obsada: George Clooney, Adam Sandler, Laura Dern, Billy Crudup, Riley Keough, Grace Edwards,
Stacy Keach, Jim Broadbent, Patrick Wilson, Eve Hewson, Greta Gerwig, Alba Rohrwacher,
Josh Hamilton, Lenny Henry, Emily Mortimer, Nicôle Lecky, Thaddea Graham, Isla Fisher
dystrybucja: Netflix
Ostatni raz Noaha Baumbacha widzieliśmy w Wenecji trzy lata temu, wtedy to jego Biały szum, na podstawie prozy Dona DeLillo, otwierał festiwal, spotykając się z mieszanym odbiorem. W tym roku reżyser ponownie zawalczy o Złotego Lwa i po raz kolejny będzie to projekt sygnowany logiem Netflixa, będący ich czwartą współpracą. 5 grudnia tytuł ten zasili katalog serwisu.
Platforma streamingowa kategoryzuje film jako komediodramat. Sądząc po opisach, spodziewam się rozliczeniowego, bardziej introspektywnego tonu znanego z wcześniejszych filmów twórcy, takich jak Greenberg czy Ta nasza młodość. Krótki zarys „Wszyscy znają Jaya Kelly’ego, ale Jay Kelly nie zna samego siebie” sugeruje kolejny baumbachowski obraz neurotycznego rozdarcia, spoglądania wstecz i szukania dla siebie nowego sensu.
Baumbach wspólnie z aktorką Emily Mortimer przygotowali studium charakteru Jaya Kelly’ego (w tej roli George Clooney) – fikcyjnej gwiazdy filmowej, która dokonuje rozrachunku z pozostawionym przez siebie dziedzictwem w drodze na festiwal, gdzie ma zostać uhonorowana za całokształt twórczości. W burzliwej podróży towarzyszyć mu będzie jego oddany menedżer Ron. W postać wcieli się Adam Sandler, który miał już okazję wykazać się u Baumbacha w Opowieściach o rodzinie Meyerowitz i zderzyć powagę z komediową ekspresją. W wywiadzie udzielonym dla „Vanity Fair” George Clooney podsumował aktorską współpracę słowami: „Żaden z dotychczasowych filmów Adama nie pokazał tak dobitnie, jakim jest cudownym, szczerym i uczuciowym aktorem”. Już wcześniejszy występ u nowojorskiego reżysera zrzucił z Sandlera dawno temu przypisaną łatkę głupkowatego komika, a po drodze mieliśmy jeszcze nieoczywiste i wymagające kreacje w Nieoszlifowanych diamentach braci Safdie i Astronaucie Johana Rencka. Ciekaw jestem, jak sprawdzi się ów duet i czy któraś z ról odznaczy się na tyle, by zostać wyróżnioną Pucharem Volpiego.
LE MAGE DU KREMLIN / THE WIZARD OF THE KREMLIN 🇫🇷
reżyseria: Olivier Assayas
obsada: Paul Dano, Alicia Vikander, Tom Sturridge, Will Keen, Jeffrey Wright, Jude Law
dystrybucja: Monolith Films
To w sumie niesamowite, że mimo tylu książek, reportaży, wywiadów, dokumentów i filmów, po ćwierćwieczu u władzy, nadal nie wiemy, ilu dokładnie Putinów chodzi po naszym świecie. Jedyne, co jest pewne, to że – bez względu na wersję sobowtóra – ta paskudna moralnie kreatura o wyglądzie makaka poparzonego radioaktywnym gazem przez tyle lat była w stanie rozgrywać wszystkich, i w kraju, i za granicą. Le Mage du Kremlin stanowi kolejną próbę wglądu w ideologiczne zaplecze budowy rosyjskiej dominacji po upadku ZSRR. To adaptacja powieści o tym samym tytule pióra Giuliano da Empoli, za którą włosko-szwajcarski autor otrzymał przed trzema laty nagrodę Akademii Francuskiej. Olivier Assayas podjął się jej w scenariuszowej współpracy z Emmanuelem Carrère, pisarzem i dramaturgiem, autorem m.in. Limonova, którego w zeszłym roku w świetnym stylu zekranizował Kirył Sierebrennikow. Opowieść skupia się na postaci Wadima Baranowa, fikcyjnej szarej eminencji Kremla, inspirowanej sylwetką Władisława Surkowa – wieloletniego stratega i spin doktora ruskiego miru.
Wedle zajawek fabuły akcja ma się dziać na styku kresu Związku Radzieckiego i narodzin nowego bytu państwowego, gdy dokonywała się wymiana kadrowa elit oraz kształtował nowy charakter rosyjskiej polityki. W roli Baranowa zobaczymy Paula Dano, Putinowi twarzy użyczy Jude Law, a w pozostałych rolach wystąpią też Alicia Vikander, Tom Sturridge czy Jeffrey Wright. Trochę niczym Ali Abbasi w Wybrańcu, Assayas ma się skupić na początkach drogi na szczyt i walce z systemem duetu przywódca-doradca. Tam z perspektywy przywódcy, tutaj – wedle opisu – doradcy. Jak pisze jednak w swoim komentarzu reżyser, Le Mage du Kremlin „nie jest filmem o wzlocie jednego człowieka – ani o sile, z jaką narzucana jest władza, ani o odrodzeniu się narodu, jednocześnie nowoczesnego i archaicznego, który znów znajduje się pod jarzmem totalitaryzmu. Osadzony w rzeczywistych, współczesnych wydarzeniach, jest raczej refleksją nad dzisiejszą polityką – lub raczej zasłonami, za którymi się ona kryje: cyniczną, zwodniczą i toksyczną”.
Za kamerą stanął Yorick Le Saux, operator współpracujący wcześniej z Assayasem, ale też m.in. Claire Denis, François Ozonem czy Jimem Jarmuschem. Film jest amerykańsko-brytyjsko-francuską koprodukcją, a na budżet złożyło się pokaźne grono stałych współpracowników Francuza, jak i nowych inwestorów. W Rosję wcieliła się Ryga, której postsowiecka architektura przyciąga od lat wiele planów ze scenami w Moskwie, Petersburgu czy innych miastach. Putinowska wojna z Ukrainą nie pozwala nad Wołgą kręcić, ale nie przeszkadza w opowiadaniu o ojczyźnie Puszkina. Skoro Amerykanin za portret rosyjskiej elity w Stanach ledwo co został obsypany Oscarami, kto wie czy Francuz nie ugra czegoś w Wenecji, demaskując kremlowskich pachołków na swoim. To jego czwarty udział w weneckim konkursie głównym, ale dotychczas opuszczał Lido wyłącznie z nagrodami pobocznymi. Podobno do filmu o Putinie ostatnio przymierzał się Albert Serra – chyba lepiej, że jednak za ten temat zabrał się Assayas.
NǙHÁI (女孩) / GIRL 🇹🇼
reżyseria: Shu Qi
obsada: Roy Chiu, 9m88, Bai Xiao-Ying
Konkurs uzupełnia film reżyserskiej debiutantki, jednocześnie będącej niezwykle zasłużoną aktorką – Shu Qi. Ta urodzona na Tajwanie artystka przez ponad trzydzieści lat w branży występowała w licznych produkcjach ze swojej ojczyzny, jak i w filmach chińskich czy hongkońskich. Czytelnicy Pełnej Sali prawdopodobnie będą kojarzyć ją z głównej roli w Zabójczyni Hou Hsiao-hsiena, Trzech miłości [10 miejsce w PK: 2005] tego samego reżysera czy pokazywanego na Nowych Horyzontach Zmartwychwstania [NASZA RECENZJA] Bi Gana, jednak bez wątpienia najpopularniejszym (przynajmniej na globalnym zachodzie) filmem z jej udziałem pozostaje Transporter, gdzie towarzyszyła na ekranie Jasonowi Stathamowi.
O debiucie reżyserskim Shu Qi wiemy niewiele. Nühai ma być osadzoną w 1988 opowieścią o nastoletniej dziewczynie Lin, która poznaje swoją rówieśniczkę Li, będącą dla niej uosobieniem niespełnionych ambicji i pragnień. Pogłębiająca się relacja między bohaterkami ma pozwolić im inaczej spojrzeć na świat i zrewidować swoje dotychczasowe poglądy.
Z pewnością ciężko upatrywać w tym tytule faworyta do Złotego Lwa czy bycia jednym z najgłośniejszych filmów festiwalu, zwłaszcza że pierwsze skrzypce będą tu grały młode, nieznane szerokiej publiczności aktorki. Dla rozpoczynającej swoją przygodę po drugiej stronie kamery aktorki sam udział w konkursie głównym może być traktowany jako wielka nobilitacja.
RÌ GUÀ ZHŌNG TIĀN (日掛中天) / THE SUN RISES ON US ALL 🇨🇳
reżyseria: Cai Shangjun
obsada: Xin Zhilei, Zhang Songwen, Feng Shaofeng
Szóste pokolenie chińskich reżyserów wyrosło z buntu i potrzeby niezależności. Po zajętej kręceniem drogo, monumentalnie, wystawnie i głównie na eksport piątej generacji (jej liderami byli Chen Kaige i Zhang Yimou) przyszło pokolenie młodych, który nie mogli zdobyć państwowych milionów – mieli za to swoje kamery cyfrowe, kinofilię i siłę przyjaźni. Jia Zhangke, Wang Xiaoshuai czy Diao Yinan w swojej twórczości połączyli fascynację kinem gatunkowym, czy to gangsterskim (Jia), hitchcockowskim (Wang), czy noir (Diao), z polityczną i społeczną tematyką oraz czerpaniem z trendów filmowego neomodernizmu. Wpisana w ich ducha pewna antysystemowość, niezależność i polityczność owocuje stałymi problemami z cenzurą oraz dużo częstszym niż w przypadku antenatów blokowaniem premier gotowych filmów. Niektórzy jak Jia radzą sobie poprzez płacenie swoistego cła partii w postaci produkcji propagandowych dokumentów, inni realizują się w teatrze (Diao) czy akademii (Wang). Nawet wielki zagraniczny sukces nie gwarantuje im komfortu spokoju.
Taki właśnie triumf w 2011 roku odniósł Cai Shangjun, gdy jego People Mountain People Sea stało się absolutną sensacją weneckiego konkursu głównego, a jury pod przewodnictwem Darrena Aronofsky’ego przyznało autorowi Srebrnego Lwa za reżyserię. Był to dopiero drugi pełny metraż ukończony przez Caia, na papierze prosta historia o zemście, która uwiodła krytyków na Lido, zrealizowaną z dużą pewnością ręki i pietyzmem, eliptycznością narracji, powalającymi lokacjami i wszechobecnym brudem – tak fizycznym, jak i moralnym. Światowa premiera produkcji nie obyła się jednak bez sensacji, w połowie filmu ekran zgasł na ponad kwadrans, co miało być efektem interwencji w kabinie projekcyjnej chińskiej delegacji – film nie miał zgody cenzorów na zagraniczny pokaz. Po zakończeniu Biennale Cai Shangjun zniknął z oczu kinowego światka. Nie udzielał wywiadów, a People Mountain People Sea nie doczekało się większego festiwalowego tournée czy dystrybucji (nigdy nie dotarło chociażby do Polski). W 2017 roku w Szanghaju i Toronto pokazano co prawda jego trzeci pełny metraż – Konformistę, historię o biedzie, desperacji i zbrodni na ruso-chińskim pograniczu, lecz obraz tak nagle, jak się pokazał, został schowany przez cenzorów na półki, gdzie przesiaduje do dziś.
Niemal półtorej dekady po weneckim laurze Cai Shangjun powraca na Lido, tym razem (zapewne) ze zgodą cenzury i finansowym wsparciem francuskiego dystrybucyjnego giganta mk2. The Sun Rises On Us All opowiadać ma o parze kochanków, którzy spotykają się ponownie po siedmiu latach. Uczucia nie wygasły, lecz podobnie pamięć wzajemnych zdrad oraz popełnionej zbrodni. Film nakręcono w południowej prowincji Guangdong, w szczególności stołecznym Kantonie. Narzekający na niski profesjonalizm chińskich filmowców Cai Shangjun sięgnął tym razem po międzynarodową ekipę, za zdjęcia odpowiada koreański operator Kim Hyun-seok znany z Żegnaj, mój synu Wanga Xiaoshuaia i Poezji Lee Chang-donga, a całość zmontowali: Francuz Matthieu Laclau (stały współpracownik Jii Zhangke, Midi Z czy Shujun Weia) oraz Tajwańczyk Yann-Shan Tsai (m.in. Śpiąc z otwartymi oczami Nele Wohlatz). The Sun Rises On Us All prosto z Włoch poleci na swoją północnoamerykańską premierę w Toronto, liczymy, że inaczej niż w przypadku dwóch poprzednich fabuł reżysera, tam nie skończy się jego festiwalowa droga.
OBCY / L’ÉTRANGER / THE STRANGER 🇫🇷
reżyseria: François Ozon
obsada: Benjamin Voisin, Rebecca Marder, Pierre Lottin, Denis Lavant, Swann Arlaud
dystrybucja: Gutek Film
Bywalec europejskich festiwali filmowych, François Ozon, powraca na weneckie Biennale po prawie dekadzie, kiedy to jego Frantz walczył o Złotego Lwa. Ostatecznie melodramat luźno oparty na filmie Ernsta Lubitscha otrzymał jedynie aktorskie wyróżnienie imienia Marcello Mastroianniego dla Pauli Beer. Jeden z najpopularniejszych francuskich twórców filmowych przyzwyczaił widzów do sporej różnorodności i eklektyczności swego stylu. Kojarzony jest z pokoleniem filmowców, którzy w latach dziewięćdziesiątych zdołali przełamać postnowofalową tradycję na rzecz transgresywnego, neobarokowego cinema du corps. Cielesność, pożądanie, queerowość łączą się u niego w swobodnym melanżu gatunków i filmowych cytatów. Jego gry z kinem obejmują zarówno własne, autorskie scenariusze, jak i adaptacje tekstów kultury. Przez pierwsze dziesięć lat swojej kariery realizował krótkie metraże, aż w końcu w roku 1998 debiutował komedią Sitcom.
W weneckim konkursie pojawił się po raz pierwszy w roku 2004 z filmem 5×2, w którym Valeria Bruni Tedeschi i Stéphane Freiss wcielali się w role rozstających się małżonków. Ozon, zainspirowany filmem Dwie przyjaciółki Jane Campion historię ich separacji przedstawił w pięciu segmentach w odwrotnej kolejności. Kolejnym filmem dostrzeżonym w Wenecji była komedia z gwiazdorską obsadą Żona doskonała z roku 2010. W głównych rolach wystąpili Catherine Deneuve, Gérard Depardieu i Fabrice Luchini. Adaptacja sztuki teatralnej duetu Pierre Barillet i Jean-Pierre Grédy była próbą opowiedzenia o podzielonym politycznie kraju po wyborczym zwycięstwie Nicolasa Sarkozy’ego w 2007 roku. Inspiracją reżysera miały być filmy Jacques’a Demy.
W tegorocznym konkursie François Ozon przypomni dzieło z kanonu dwudziestowiecznej literatury i filozofii – Obcego Alberta Camusa. Praca nad filmem stała się dla twórcy wspomnieniem własnej historii rodzinnej – jego dziadek pracujący jako sędzia śledczy w Bône w Algierii miał w 1956 roku cudem uniknąć śmierci, co przyspieszyło decyzję rodziny o powrocie do Francji. Jak przyznaje, sama myśl o adaptacji arcydzieła egzystencjalizmu przyprawia o lęk i wprawia w wątpliwości. Jest to jedna z najsłynniejszych powojennych powieści, więc każdy czytelnik ma w myślach swojego Meursaulta. Tym razem wcieli się w niego Benjamin Voisin, który współpracował już z reżyserem na planie Lata ‘85. Będzie musiał mierzyć się nie tylko z literackim pierwowzorem, ale również z pamiętną kreacją Marcello Mastroianniego w filmowej adaptacji Luchino Viscontiego z 1967 roku. W Obcym A.D. 2025 zobaczymy również Rebeccę Marder, Pierre’a Lottina, Swanna Arlauda oraz Denisa Lavanta.
STILLE FREUNDIN / SILENT FRIEND 🇩🇪🇫🇷🇭🇺
reżyseria: Ildikó Enyedi
obsada: Tony Leung Chiu-wai, Luna Wedler, Enzo Brumm, Sylvester Groth,
Martin Wuttke, Johannes Hegemann, Rainer Bock, Léa Seydoux
Zanim Ildikó Enyedi zajęła się kinem, skończyła jeszcze ekonomię. Dopiero po tym podjęła naukę na SZFE, związała się z Balázs Béla Studió i skupiła na filmowej działalności, stając się jedną z najważniejszych postaci współczesnego kina węgierskiego. Reżyserka kojarzona jest przede wszystkim z szeroko zakrojonymi szkicami na temat ludzkiej egzystencji i tożsamości. Choć od premiery jej debiutanckiego, schowanego na dnie lamusa Kreta (1985) minęło już 40 lat, przez ten czas zaprezentowała łącznie z nim tylko osiem filmów. Dziewiąty, Stille Freundin, będzie jej debiutem nie tylko w konkursie głównym MFF w Wenecji, ale w ogóle na Lido. Dotychczas Enyedi odwiedziła Cannes m.in. z Moim wiekiem XX (1989), gdzie nagrodzono ją Złotą Kamerą, Locarno z Szymonem Magiem (1999) i wreszcie Berlin z Duszą i ciałem (2017). Ostatni z filmów przyniósł jej m.in. Złotego Niedźwiedzia, nagrodę FIPRESCI czy w końcu nominację do Oscara w kategorii nieanglojęzycznej. Ponownie zawitała na Lazurowe Wybrzeże z monumentalną Historią mojej żony (2021), która nie przypadła wówczas do gustu naszemu redaktorowi Marcinowi Prymasowi.
Po tym, jak ostatnim filmem z Léą Seydoux w roli głównej wypłynęła na wody kina anglojęzycznego, w kolejnym projekcie Enyedi postanowiła kontynuować pracę z aktorami spoza Węgier. W obsadzie Stille Freundin oprócz francuskiej aktorki znaleźli się również Tony Leung Chiu-Wai, Luna Wedler, Sylvester Groth i Martin Wuttke. Za zdjęcia do filmu odpowiada Gergely Pálos, węgierski operator współpracujący w ostatniej dekadzie z Royem Anderssonem. Ponownie pod względem temporalnym ma być to epicka opowieść, tym razem skoncentrowana wokół jednego drzewa w ogrodzie botanicznym niemieckiego miasteczka uniwersyteckiego. Dwuipółgodzinne dzieło ma być podzielone na luźno powiązane ze sobą epizody, zerkające na otoczenie rośliny w 1908, 1972 i 2020 roku. Reżyserka podkreśla humanistyczny wymiar historii i opisuje film jako swego rodzaju hołd dla ludzkiej ciekawości, a także dokonań naukowych. Fabuła rozłożona na okres ponad wieku sugeruje również próbę ukazania uniwersalnych aspektów istnienia czy też na odwrót – czynników historycznych wpływających na człowieka. Jako że namysł nad ludzką naturą wobec społecznej tkanki, w którą jest wrzucona, czy przypadków dnia codziennego fascynuje Enyedi nie od dziś, Stille Freundin zapowiada się jako bezpośrednia kontynuacja tych zainteresowań.
THE SMASHING MACHINE 🇺🇸
reżyseria: Benny Safdie
obsada: Dwayne Johnson, Emily Blunt
dystrybucja: Monolith Films
Początki mieszanych sztuk walki w Stanach Zjednoczonych nie należały do najlepszych. Raczkująca w latach 90. najsłynniejsza obecnie organizacja UFC była raczej zbiorem freaków niż sportowców, przez co wiązała koniec z końcem przez konflikt z politykami oraz stacjami telewizyjnymi. Na skutek kampanii przeprowadzonej przez ówczesnego senatora USA Johna McCaina trzydzieści sześć stanów przyjęło prawo zakazujące widowisk. Głównym zarzutem była brutalność walk i trudno się z nim nie zgodzić. Początkowo w trakcie pojedynków nie obowiązywały jakiekolwiek zasady. Podczas 14. edycji nakazano zawodnikom nosić rękawice, a dopiero na następnej gali zakazano uderzeń w krocze, w tył szyi, głową czy ciągnięcie za włosy.
Symbolem tamtej ery był Mark Kerr. Mierzący 191 cm i ważący 116 kg został wiodącą postacią w kategorii ciężkiej. Uzyskał przydomek „Smashing Machine” ze względu na swój charakterystyczny brutalny styl – kopnięcia w głowę nieprzytomnego przeciwnika, uderzenia w krocze, kimury, ground and pound z użyciem łokci czy niesłuchanie się sędziego to chleb powszedni jego walk. Wraz z sukcesem i miłością Dawn Staples przyszło umiłowanie do leków przeciwbólowych i opioidów, a dalej wstrzykiwanie sobie końskich dawek narkotyków oraz wielokrotne pobyty na odwykach.
Wydaje się, że historia byłego zawodnika UFC czy PRIDE to idealny materiał na film dla Benny’ego Safdie, połówki z braterskiego duetu reżyserów. The Smashing Machine kontynuuje drogę pokazywania na ekranie jednostek zniszczonych własnymi wyborami życiowymi po Lenny Cooke’u, Harley Boggs, Constantine „Connie” Nikasie czy Howardzie Ratnerze, którego wybitnie sportretował Adam Sandler. To też pierwszy solowy projekt Benny’ego, ponieważ Josh w tym roku zaprezentuje swoją produkcję z tenisem stołowym w tle z Timothée Chalametem w roli głównej. Miejmy nadzieję, że rozłąka braci nie poskutkuje spadkiem jakości jak w przypadku Coenów, gdzie Żegnajcie laleczki i Honey Don’t Ethana zostały dosyć chłodno przyjęte przez widownię.
Na pierwszym planie znajdziemy Dwayne’a „The Rocka” Johnsona oraz Emily Blunt, wcielających się odpowiednio w postacie zapaśnika i jego obiektu westchnień. Według relacji z pokazów testowych rola jednego z najsłynniejszych wrestlerów w historii jest wręcz wybitna, a wielu typerów sonduje go do oscarowej nominacji w kategorii aktora pierwszoplanowego. W tym zdecydowanie pomógłby Puchar Volpiego oraz dobra prasa z Wenecji. Za zdjęcia odpowiedzialny jest Maceo Bishop, który stworzył specyficzny i przepięknie paradokumentalny świat w serialu The Curse. Muzykę do filmu stworzyła Nina Sinephro, 29-letnia karaibsko-belgijska muzyczka jazzowa. Czyżby czekały nas sceny walk z introspektywnym jazzem w tle? Taki zabieg zdecydowanie przełamałby tradycję używania w trakcie walk rockowo-metalowych ballad, które straszyły chociażby we Zapaśniku Aronofskiego czy Do utraty sił z Jake’iem Gyllenhaalem w roli głównej.
SOTTO LE NUVOLE / BELOW THE CLOUDS 🇮🇹
reżyseria: Gianfranco Rosi
Gianfranco Rosi należy do najbardziej znanych i najczęściej nagradzanych dokumentalistów. Tworzy przede wszystkim dokumenty obserwacyjne, portretując życie ludzi w interesujących i często nietypowo dobranych miejscach lub w cieniu większych wydarzeń. Kręcił m.in. w Waranasi, świętym mieście Hindusów (debiut pełnometrażowy Boatman z 1993, pokazywany m.in. w Locarno, Toronto i Sundance), w Slab City położonym na pustyni Sonora w południowej Kalifornii (Below Sea Level – laur w Wenecji dla najlepszego filmu dokumentalnego w sekcji Horyzonty) oraz w okolicy okalającej Rzym autostrady Grande Raccordo Anulare. Rzymska aureola wygrała Złotego Lwa w 2013 roku jako pierwszy włoski film od 15 lat i jako pierwszy dokument w historii.
Rosi powraca na Lido w zasadzie z każdym filmem, a ponadto w 2009 zasiadał w jury sekcji Horyzonty. Oprócz wyżej wymienionych prezentował tu również nakręcony w Meksyku Pokój 164. Spowiedź mordercy (2010) oraz Fuocoammare. Ogień na morzu (2016). Ten film był poniekąd dokumentem interwencyjnym, próbującym poruszyć sumienia widzów. Nakręcony na Lampedusie, traktował o kryzysie migracyjnym, aczkolwiek skupiał się nie tyle na uchodźcach, ile na mieszkańcach wyspy. Dzięki tej produkcji obok weneckiego Złotego Lwa mógł postawić na półce berlińskiego Złotego Niedźwiedzia – sytuacja niezdarzająca się zbyt często, zwłaszcza w świecie kina dokumentalnego.
W 2020 roku powrócił do Wenecji z Notturno, efektem trzyletniej podróży z kamerą przez Bliski Wschód, gdzie zbierał historie i obrazy z pogranicza Iraku, Kurdystanu, Libanu i Syrii. Obecny w konkursie głównym film tym razem musiał zadowolić się Nagrodą Arca Cinemagiovani dla najlepszego filmu włoskiego. Kolejna produkcja, W podróżach (2022), opowiadająca o pielgrzymkach papieża Franciszka, chociaż była wyświetlana w Wenecji poza konkursem, przeszła zupełnie bez echa.
Sotto le nuvole jest więc szóstym dziełem Rosiego pokazywanym podczas święta filmowego na Lido. Wydaje się, że kontynuuje on w nim swoją metodę twórczą, aczkolwiek w czerni i bieli. Tym razem przez trzy lata kręcił, jak sam to określa, „między morzem, niebem i Wezuwiuszem”. Filmując ruiny Pompejów i Herculanum, przygląda się pracy archeologów i muzealników próbujących odkryć i zinterpretować ślady przeszłości. Kieruje swoją kamerę również na współczesnych mieszkańców Zatoki Neapolitańskiej, a także pielgrzymów i turystów. Jak podaje opis festiwalowy: „Pociąg, który okrąża Wezuwiusza, kursuje po torach, podczas gdy konie wyścigowe trenują wzdłuż brzegu. Nauczyciel prowadzi prowizoryczną świetlicę dla dzieci i młodzieży. Strażacy w centrum dowodzenia próbują uspokoić obawy mieszkańców, którzy dzwonią z prośbą o pomoc; organy ścigania polują na złodziei grobów, a w Torre Annunziata syryjskie tankowce rozładowują ukraińskie zboże”. Według zapowiedzi film Rosiego będzie tym razem swoistym wehikułem czasu, łączącym przeszłość z teraźniejszością.
THE TESTAMENT OF ANN LEE 🇬🇧
reżyseria: Mona Fastvold
obsada: Amanda Seyfried, Thomasin McKenzie, Lewis Pullman, Stacy Martin, Tim Blake Nelson,
Christopher Abbott, Matthew Beard, Scott Handy, Jamie Bogyo, Viola Prettejohn, David Cale
Niespełna czterdziestoletnia norweska reżyserka i scenarzystka Mona Fastvold zadebiutowała za kamerą, kręcąc w 2014 The Sleepwalker, mieszaninę mumblecore i thrillera z Christopherem Abbottem w jednej z głównych ról. Film miał premierę w konkursie Sundance, gdzie spotkał się z chłodnym przyjęciem. Już od tej reżyserskiej inicjacji Fastvold współpracuje ze swoim partnerem Bradym Corbetem, który współpisał scenariusz The Sleepwalker oraz tegorocznej weneckiej premiery Norweżki; ponadto, Fastvold tworzyła razem z Corbetem teksty wszystkich jego dotyczasowych obrazów: Dzieciństwa wodza (2015), Vox Lux (2018) oraz nagrodzonego trzema Oscarami Brutalisty, za którego para otrzymała scenariopisarską nominację. Pomiędzy tymi utworami Norweżka zrealizowała swoją drugą fabułę – Świat, który nadejdzie (2020) z Katherine Waterston, Vanessą Kirby, Christopherem Abbottem i Caseyem Affleckiem, rozgrywający się w dziewiętnastowiecznym Nowym Jorku lesbijski melodramat, który został zakwalifikowany do konkursu na Lido, otrzymując tam Queerowego Lwa. W tym roku Fastvold powraca do Wenecji ze swoim trzecim pełnometrażowym obrazem – The Testament of Ann Lee.
Film stanowi kolejną wycieczkę reżyserki w przeszłość, tym razem do XVIII wieku. Bohaterką jest Ann Lee, przywódczyni religijna (w swoim czasie jedna z nielicznych), założycielka protestanckiej grupy wyznaniowej szejkersów (pełna nazwa: Zjednoczone Towarzystwo Wyznawców Powtórnego Przyjścia Chrystusa), głosząca z jednej strony poglądy antyseksualne, z drugiej chrześcijański protokomunizm i równouprawnienie kobiet; przez swoich wyznawców była uznawana za żeńskie wcielenie Boga na ziemi. Szejkersi charakteryzowali się specyficznymi rytuałami religijnymi obfitującymi w ekstateczne tańce, krzyki i śpiewy, stąd zresztą ich nazwa (shakers – drżący). Fastvold dostrzegła w Lee pragnienie sprawiedliwości, transcendencji, kolektywności, przemiany świata na nowo, w jej działaniach – coś na kształt procesu twórczego, w którym uczestniczy ludzka zbiorowość. Film, zgodnie z tytułem, ma być hołdem złożonym marzeniu głównej bohaterki. W roli tytułowej występuje Amanda Seyfried, dla której to bodaj najambitniejsza rola w karierze (żeby przypomnieć m.in. Pierwszego reformowanego czy Manka). Obok niej przed kamerą pojawią się: po raz kolejny u Fastvold Christopher Abbott, Thomasin McKenzie, Stacy Martin czy Tim Blake Nelson. Poza festiwalem weneckim film pokazany zostanie również nieco ponad tydzień później w Toronto.
صوت هند رجب / THE VOICE OF HIND RAJAB 🇹🇳🇫🇷
reżyseria: Kaouther ben Hania
obsada: Saja Kilani, Motaz Malhees, Clara Khoury, Amer Hlehel
dystrybucja: Stowarzyszenie Nowe Horyzonty
Kaouther Ben Hania ma już na swoim koncie cztery fabularne filmy pełnometrażowe oraz kilka dokumentów i pozostaje wyrazistym, oryginalnym głosem współczesnego kina. Pochodząca z Tunezji twórczyni ukończyła tamtejszą Ecole des Arts et du Cinéma, a także paryską La Fémis i Université Sorbonne-Nouvelle. Debiutowała w roku 2017 pełnym metrażem Zaineb Hates the Snow, a już rok później jej Piękna i bestie miała swoją premierę w Cannes w ramach sekcji Un Certain Regard. Poruszająca, oparta na faktach historia młodej Tunezyjki zgwałconej przez funkcjonariusza policji i zderzającej się z wrogością aparatu państwa okazała się nie tylko bezkompromisowym obrazem stosunków społecznych w ojczyźnie reżyserki, ale także uniwersalnym głosem w sprawie praw kobiet. W roku 2020 obraz Człowiek, który sprzedał swoją skórę zaprezentowany został w weneckim konkursie Orizzonti. Gorzka satyra na współczesną hipokryzję elit wobec kryzysu uchodźczego zadawała intrygujące pytania o etykę i uprzedmiotowienie, a także doczekała się oscarowej nominacji. W Czterech córkach Kaouther Ben Hania, która wciąż pozostaje aktywną dokumentalistką, zaprezentowała swoistą hybrydę gatunków. W obrazie zakwalifikowanym do konkursu głównego w Cannes w roku 2023 profesjonalni aktorzy zastępują brakujących członków podzielonej, muzułmańskiej rodziny. Reżyserka zawsze jest blisko najbardziej aktualnych problemów jednak skupia się nie na ich polityczności, ale na tych, których najbardziej one dotykają.
Nie inaczej jest tym razem. Na tegorocznym Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Wenecji Kaouther Ben Hania przedstawi obraz The Voice of Hind Rajab dotyczący trwającej izraelskiej inwazji na Strefę Gazy. W styczniu 2024 roku Siły Obronne Izraela ostrzelały cywilny samochód, w którym uciekała rodzina sześcioletniej Hind Rajab. Większość pasażerów już nie żyła, gdy dziewczynka zadzwoniła do Palestyńskiego Czerwonego Półksiężyca, błagając o pomoc. Hind Rajab, uwięziona w samochodzie pod ostrzałem, przez kilka godzin rozmawiała z dyspozytorką, podczas gdy ratownicy medyczni próbowali ją ratować. Ostatecznie zostali zabici przez izraelskie wojska. Relacjonowana w mediach historia poruszyła reżyserkę, która porzuciła przygotowywany przez wiele lat projekt, by zrealizować w dwanaście miesięcy film o tym wydarzeniu. Skontaktowała się z pracownikami Palestyńskiego Czerwonego Półksiężyca, odsłuchała całe dostępne nagranie z tytułowym głosem Hind Rajab i zdecydowała się zrealizować kameralny film, w którym przemoc i terror obecne są poza kadrem, a główną rolę grają ratownicy i sama bohaterka wołająca o pomoc. „Kino potrafi zachować pamięć. Kino może powstrzymać amnezję. Niech głos Hind Rajab będzie usłyszany” – mówi reżyserka.
Film do polskich kin wprowadzi Stowarzyszenie Nowe Horyzonty, a producentami wykonawczymi są m.in. Brad Pitt, Joaquin Phoenix, Rooney Mara, Alfonso Cuarón oraz Jonathan Glazer.