Wenecja 2021 – nasza relacja

Wenecja 2021 – nasza relacja

Poniżej znajdziecie zbiór publikacji naszego korespondenta, Adama Nadolskiego, związanych z 78. edycją Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Wenecji, odbywającego się od 1 do 11 września 2021 roku.

DZIEŃ 11

Ostatni pojedynek

OSTATNI POJEDYNEK / THE LAST DUEL (reż. Ridley Scott)

Ridley Scott udaje się do Francji i daje nam XIV-wieczną wersję „Me Too”, w której dominuje zemsta. Podzielony na trzy części film przedstawia punkty widzenia Jeana de Carrougesa (Matt Damon z naprawdę kiepską fryzurą), Jacquesa Le Grisa (demoniczny Adam Driver) i wreszcie żony de Carrougesa, Marguerite, twierdzącej, że została zgwałcona przez Le Grisa, który stanowczo temu zaprzecza. Jedynym sposobem na rozwiązanie tego supła jest walka obu mężczyzn w pojedynku na śmierć i życie. Mamy też Bena Afflecka jako średniowiecznego Hugh Hefnera z blond włosami i karykaturalnymi dialogami. Film ma na celu dostarczenie pasjonującej epickiej przygody, a także komentarza społecznego na jeden z najczęściej dyskutowanych tematów ostatnich lat, ale zawodzi na obu frontach. Nawet jeśli sekwencje akcji są dobrze wykonane (nie spodziewalibyśmy się niczego innego po weteranie wielu udanych filmów akcji), są one dość męczące i monotonne. Rola Marguerite jest cienko napisana i wydaje się kreskówkowa, co nie daje Jodie Comer zbyt wiele opcji do pasjonującej interpretacji. 

Bardzo cieszy, że hollywoodzcy producenci inwestują w dramaty historyczne dotyczące kultury gwałtu, które tworzone są dla mainstreamowej publiczności. Szkoda tylko, że tym razem dostaliśmy powtarzalny i płytki spektakl.

NOSORIH / RHINO (reż. Oleg Sencow) 

Oleg Sencow trafił do rosyjskiego więzienia za rzekome planowanie ataków terrorystycznych podczas kryzysu krymskiego w 2014 r., lecz ostatecznie został zwolniony dwa lata temu w ramach umowy wymiany więźniów między Rosją a Ukrainą. 

Reżyser powraca do kina z „Nosorih”, filmem opowiadającym o wspinaniu się młodego człowieka w hierarchii zorganizowanej przestępczości i jego próbach odkupienia. Niestety wydaje się to zbyt znajome, by stać na własnych nogach. Widzieliśmy to już wszystko wcześniej w znacznie lepszych wersjach. Prawdziwy problem z filmem polega na tym, że stara się znaleźć swój cel, a raczej przekonać nas, że takowy posiada. A toporne „wyjaśnienie” tytułu pogrąża go jeszcze bardziej.

UN AUTRE MONDE / ANOTHER WORLD (reż. Stéphane Brizé) 

W Un autre monde Vincent Lindon występuje w roli Philippe’a – dyrektora wykonawczego dużej korporacji, który jest również w trakcie bolesnego rozwodu i sporu między prawnikami. Philippe musi żonglować między pragmatyzmem a moralnym kompasem w bezlitosnym świecie stałej maksymalizacji zysków i cięcia kosztów. Dowiadujemy się również, że rodzina bohatera zapłaciła duży rachunek za jego stresującą pracę, która powodowała stany lękowe, wybuchy gniewu i przedłużające się nieobecności. Kiedy amerykańscy odpowiednicy zażądają 10% redukcji personelu zatrudnianego przez jego fabrykę, Philippe podłamie fundamenty całego systemu, aby znaleźć najbardziej etyczne rozwiązanie. Ale jakim kosztem? Czy można pozostać przy zdrowych zmysłach w świecie podzielonym na dwie części, w którym życie zawodowe i osobiste prawie całkowicie wyklucza się w wyczerpującym wyścigu szczurów? A co się dzieje z nami – jako pionkami gry – gdy stajemy w obliczu dylematów etycznych, które w naturalny sposób narzucają służalczość i mechaniczny sposób stawiania zysku ponad wszystkie inne czynniki? Un autre monde osiąga punkt wrzenia i kończy „trylogię pracy” reżysera z impetem, pełnej współczucia i wyśmienicie zaobserwowanej eksploracji bezwzględnego kapitalizmu.

Vincent Lindon
Vincent Lindon

DZIEŃ 10

Żeby nie było śladów premiera

ŻEBY NIE BYŁO ŚLADÓW (reż. Jan P. Matuszyński)

 „Bijcie go w taki sposób, żeby nie było śladów”. Te słowa zostaną na zawsze w pamięci Jurka Popiela, jedynego świadka brutalnego pobicia swego najlepszego przyjaciela, Grzegorza Przemyka, przez milicję w 1983 roku. Kiedy Grzegorz umiera w szpitalu z powodu ciężkiego uszkodzenia jelit, komunistyczna władza próbuje chwytać się wszelkich sposobów na fałszowanie zeznań, zastraszanie każdego, kto stanie im na drodze, a wreszcie zrzucenie winy za śmierć Grzegorza na służby ratunkowe. Generał Kiszczak (zimny jak lód Robert Więckiewicz) nie cofnie się przed niczym, by osiągnąć swój cel, mając po swojej stronie zarówno policję, jak i skorumpowanych prokuratorów, którzy niestrudzenie pracują nad wypaczeniem prawdy. Ojciec Jurka sprzedaje agentom z bezpieki informacje o własnym synu w naiwnej nadziei, że może to pomóc wydobyć go z kłopotów, a także siebie i żonę z opresyjnej taktyki agencji rządowych, próbujących zniszczyć ich biznes i kariery. Jurek, jako wróg publiczny numer jeden, może liczyć tylko na pomoc Barbary Sadowskiej, matki Przemyka – w tej roli fenomenalna i boleśnie szczera Sandra Korzeniak, która poza kreacją Kristen Stewart w Spencer byłaby moim osobistym faworytem do wygrania Pucharu Volpiego dla najlepszej aktorki w sobotni wieczór. Korzeniak udowadnia, że nie trzeba „fajerwerków” i teatralnych monologów, by wydobyć surowość i szczerość postaci, która zaszywa się pod skórą widza. 

Czas trwania filmu (2 godziny i 40 minut) może okazać się wyzwaniem dla niektórych widzów. W filmie Matuszyńskiego jest jednak wiele do docenienia, jak dbałość o szczegóły w doskonałej rekonstrukcji lat 80., scenariusz oparty na prawdziwych wydarzeniach, który nie wydaje się sensacyjny, czy wreszcie skupiona i pozbawiona tanich chwytów reżyseria.

Nawet jeśli film traci trochę pary w ostatnim akcie, to w dalszym ciągu trafia celnie w emocje widzów, czego najlepszym dowodem była owacja na stojąco na weneckiej premierze.

AMERICA LATINA (reż. bracia D’Innocenzo)

Bracia D’Innocenzo szturmem podbili Berlinale swoim filmem Złe baśnie (NASZA RECENZJA), który zdobył Srebrnego Niedźwiedzia za najlepszy scenariusz. Włosi przyjeżdzają na Lido z jednym z najbardziej dyskutowanych, nieprzeniknionych i niesklasyfikowanych filmów w składzie konkursu głównego. Massimo Sisti ma wszystko, czego można chcieć od życia – dobrze płatną i dającą satysfakcję pracę, wspaniały dom w pięknej dzielnicy miejscowości Latina i co najważniejsze kochającą rodzinę – praktycznie idylliczny raj klasy średniej. Dzieje się jednak coś nieoczekiwanego, gdy Massimo schodzi do piwnicy… Nie zdradzę zwrotu akcji, ponieważ jest tak szalony i niezrozumiale zadziwiający, że to, co następuje, ma niemal klimat Zabicia świętego jelenia Lanthimosa (NASZA RECENZJA). Reżyserzy stwierdzili, że tytuł jest żartobliwym, ironicznym zestawieniem nazwy miejscowości, w której żyją bohaterowie, z „american dream”. Ich obserwacje w filmie płyną z ekstremalnie mrocznego miejsca pełnego odrazy do samego siebie i paranoi, co napędza spiralę psychologicznych pułapek, które nawet ujawnione w dalszej części filmu, wciąż pozostawiają wiele znaków zapytania. Jeśli chcesz obejrzeć film, który rzuci wyzwanie Twoim oczekiwaniom i sprawi, że przesuniesz swoją percepcję do punktu permanentnego zamętu, America Latina jest dla Ciebie.

Elio Germano, Damiano D'Innocenzo, Fabio D'Innocenzo
Elio Germano, Damiano D'Innocenzo i Fabio D'Innocenzo

LES CHOSES HUMAINES / THE ACCUSATION (reż. Yvan Attal)

„Wszyscy sympatyzujemy z wojną feministek z przestępstwami przeciwko kobietom, ale jednocześnie nie możemy zakneblować głosów oskarżonych. Sprawiedliwość nie potrzebuje wojowników. Potrzebuje sędziów, którzy przestrzegają praworządności” – mówi obrońca Jeana Farela (w tej roli Ben Attal – prywatnie syn reżysera i gwiazdy filmu – Charlotte Gainsbourg), młodego, ambitnego studenta prestiżowego Uniwersytetu w Stanach Zjednoczonych, który podczas krótkiej wizyty w Paryżu zostaje oskarżony o gwałt. Aby jeszcze bardziej skomplikować sprawę, oskarżycielką jest córka nowego partnera matki, którą Jean zaprosił na imprezę.

Kołowrotek w stylu „on powiedział, ona powiedziała” jest w ruchu, zmieniając życie wszystkich dalekosiężnymi konsekwencjami. Nic już nie będzie takie samo, a dowody nie są wystarczająco solidne, aby ani wymiar sprawiedliwości, ani my, publiczność, mogli ustalić, co się naprawdę stało i kto mówi prawdę. Jeszcze ciekawsze jest to, że te same sytuacje są przedstawiane przez reżysera z obu punktów widzenia – oskarżonego i oskarżyciela – i ta taktyka w połączeniu z inteligentnym scenariuszem pozwala dostrzec, że nic nie jest takie czarne lub białe, jakby się mogło z pozoru wydawać, a także to, że tragiczne skutki tzw. sądów poprzez media społecznościowe, które operują taktyką bezlitosnego linczu, nie dając szansy na obronę.

Les Choses Humaines to porywający dramat sądowy, który stawia nas bezpośrednio w roli jurorów, trzymający w rękawie wiele kart, które pomogłyby nam podjąć właściwy werdykt.

ON THE JOB: THE MISSING 8 (reż. Erik Matti)

„Próbowali nas pochować, ale nie wiedzieli, że jesteśmy nasionami”. Ten cytat pojawia się na samym początku 3,5-godzinnego filmu Mattiego, który zostanie wyemitowany przez HBO Asia jako serial telewizyjny, po weneckim otwarciu jako przedostatni tytuł konkursu głównego. The Missing 8 odnosi się do 8 osób, które zaginęły w związku z pracami śledczymi kręgu dziennikarzy odkrywających brudne tajemnice burmistrza i jego rozległej siatki przestępczej.

Korupcja, wolność prasy i rozpowszechnianie fałszywych wiadomości wydają się być „pod lupą” tegorocznego festiwalu, a „On the Job: The Missing 8” to kolejny obraz, który zgłębia ten temat.

Film zawiera kilka głównych historii, ale nawet jeśli tempo jest dość szybkie i złożone, to nie ma większych problemów z połapaniem się w historii. Długi czas trwania filmu zostaje prawie niezauważony dzięki umiejętnej reżyserii i wciągającej fabule. Przyznam, że nawet jeśli On the Job: The Missing 8 jest wciągającym i chwilami ekscytującym kryminałem, to nie można uniknąć wrażenia, że film pasuje jednak do srebrnego ekranu, a oglądanie go w częściach nie byłoby takim złym pomysłem.

DZIEŃ 9

Jamie Lee Curtis

HALLOWEEN KILLS (reż. David Gordon Green)

Reżyser David Gordon Green przywrócił franczyzę Halloween w 2018 roku, będąc tak blisko oryginalnej wizji Johna Carpentera, jak to tylko możliwe. W Halloween Kills – kontynuacja filmu rozgrywa się dosłownie kilka minut po zakończeniu poprzedniej części – Michael Myers dalej znajduje się w płonącym domu, a nasza bohaterka Laurie Strode (w tej roli Jamie Lee Curtis, którą na wczorajszej premierze nagrodzono Złotym Lwem za całokształt twórczości) zostaje z ciężkimi obrażeniami przewieziona do szpitala. Sequel jest kolejnym zestawem „slasherowych emocji” pomieszanych z prawdziwie komicznymi i autoparodystycznymi momentami, ponieważ Halloween Kills nie traktuje siebie na poważnie i nie oczekuje tego także od widzów.

Mieszkańcy Haddonfield jednoczą się w sloganie „Zło umrze dzisiejszej nocy”, a Gordon Green starannie przygotowuje fanów do ostatniego części nowej trylogii, która ukaże się w przyszłym roku.

FREAKS OUT (reż. Gabriele Mainetti)

Podobno najdroższy włoski film, jaki kiedykolwiek powstał, Freaks Out to zabawny i pomysłowy sposób na film o superbohaterach (trochę jak włoscy X-Meni).

Akcja rozgrywa się w czasie II wojny światowej z superbohaterami (w tym Elektryczna Dziewczyna, Człowiek-Insekt, Wilkołak), którzy muszą szukać schronienia po tym, jak bomba zniszczyła ich cyrk i w tajemniczych okolicznościach zniknął jego właściciel. Czarnym charakterem jest nazista, który chce wykorzystać ich supermoce, co wprawia w ruch kołowrotek całej akcji.

Film jest bardzo ekstrawagancką rodzinną ucztą, chociaż z europejskimi składnikami, takimi jak niestronienie od frontalnej nagości lub krwawej przemocy, której nigdy byśmy nie zobaczyli w takim wydaniu w jednym z filmów Marvela.

Muszę przyznać, że Freaks Out to nietypowy wybór na konkurs główny, ale odkąd Joker rozbił szklany sufit filmów gatunkowych/superbohaterskich, gdy niespodziewanie wygrał Złotego Lwa w 2019 roku – myślę, że programerzy festiwali filmowych odczuwają swego rodzaju presję, aby łamać utarte przez dziesięciolecia staromodne i nieaktualne schematy i strategie, dając szansę dziełom, które jeszcze kilka lat temu zostałyby zupełnie zlekceważone.

Trzeci akt filmu wydaje się nieco przeładowany i zdarzają się wpadki, jak np. sekwencja snów z nowymi technologiami ujawniającymi konsekwencje powojennych realiów, co wydaje się nieco chybione. Z drugiej strony mamy zabawną scenę, gdy postać grana przez Franza Rogowskiego gra na fortepianie do Creep zespołu Radiohead. Cytując tytuł filmu, dziwacy wyszli na zewnątrz i sprawią, że publiczność będzie licznie wracać do kin (przynajmniej włoskich).

KAPITAN VOLKONOGOV BEZHAL / CAPTAIN VOLKONOGOV ESCAPED) (reż. Aleksiej Czupow, Natasza Mierkułowa)

„Skończysz w piekle z resztą nas wszystkich. Możesz tego uniknąć i pójść do nieba, jeśli uda ci się uzyskać czyjeś szczere przebaczenie za to, co zrobiłeś” – mówi były kolega kapitana Fiodora Wołkogonowa, który przychodzi do niego jako zjawa z zaświatów. Tytuł filmu nawiązuje do momentu, w którym Wołkogonow zostaje oskarżony o przestępstwo i udaje mu się uciec (ZSRR, rok 1938). Za zabicie niezliczonej liczby ludzi jako kat i oprawca ścigają go zarówno jego byli koledzy, jak i nieczyste sumienie. Wołkogonow zabiera ze sobą dużą kartotekę z aktami ludzi, których zgładził, z adresami i danymi kontaktowymi ich rodzin i krewnych, w nadziei, że znajdzie choć jedną osobę, która wybaczy mu popełnione okrucieństwa. Ale pomysł „oczyszczenia” okazuje się trudniejszy, niż początkowo sądził, a zegar tyka nieubłaganie.

Twórców interesowało zgłębienie idei odkupienia duchowego, a także niewyobrażalnego faktu, że 80 lat później jako nowoczesne społeczeństwa z bogatą historią dwóch wojen światowych i lekcjami wyciągniętymi z wielu konfliktów na całym świecie – wciąż jesteśmy w „punkcie wyjścia” – kaci/oprawcy nadal istnieją i nie wydaje się prawdopodobne, abyśmy w najbliższym czasie (jeśli w ogóle) mogli wykorzenić ten problem.

Co to znaczy, że osoba otrzyma przebaczenie? Czy możesz odkupić swoją duszę za straszliwe zbrodnie przeciwko ludzkości? A może jesteś przeklęty na zawsze bez szans na rozgrzeszenie? Nasz bohater w końcu uświadamia sobie, że jest w patowej sytuacji – „teraz albo nigdy”.

Captain Volkogonov Escaped to mistrzowska, wciągająca rozprawa nad naturą człowieka – film prawdziwych, surowych emocji z wyjątkową, pozostającą na długo w pamięci kreacją Jurija Borysowa. To także mój osobisty wygrany tegorocznego Festiwalu Filmowego w Wenecji.

DZIEŃ 8

Odbicie

ODBICIE (reż. Walentyn Wasjanowicz)

„Dlaczego gołąb wpadł w nasze okno?

– Musiał widzieć w nim odbicie nieba”

Ukraiński reżyser Walentyn Wasjanowicz pojawił się na Lido dwa lata temu swoim debiutanckim filmem fabularnym Atlantyda (NASZA RECENZJA), który został pokazany w sekcji Orizzonti, w której  zdobył nagrodę dla najlepszego filmu.

Odbicie (oryg. Vidblysk) to zbiór rozbudowanych migawek z życia chirurga Serhija, który zostaje aresztowany przez rosyjskich żołnierzy w strefie konfliktu we wschodniej części Ukrainy. Wraz z naszym bohaterem schodzimy do prawdziwego ludzkiego szamba, które tworzą sceny upokorzenia, terroru i całkowitego znieważania ludzkiego życia. Reżyser zestawia ze sobą ponurą i pełną okrucieństwa i przemocy pierwszą część filmu z częścią drugą (po uwolnieniu Serhija), ukazującą relacje z byłą żoną i córką w ciepełku wygodnego mieszkania, ale naznaczoną nową perspektywą w kwestiach życia i śmierci, z którą musi się teraz zmierzyć bohater.

Serhij stracił kogoś bliskiego w ciągnącym się konflikcie, ale dopiero scena, w której gołąb wpada w jego okno, zmusza go do refleksji (również oczami córki), nad ulotnością ludzkiego życia i jego nieprzewidywalnością. Odbicie testuje cierpliwość widzów poprzez długie, starannie i precyzyjnie dopracowane sekwencje. Całościowo film jest jednak wyjątkową i uderzającą wizją jednego z najciekawszych nowych twórców wschodnioeuropejskiego kina.

OLD HENRY (reż. Potsy Ponciroli)

Old Henry
to jedyny western (nie licząc Psich pazurów Jane Campion) w oficjalnym selekcji tegorocznego festiwalu. Henry (Tim Blake Nelson) jest farmerem mieszkającym wspólnie z dorastającym synem, gdy przyjmuje rannego mężczyznę (Stephen Dorff), który (jak możemy przewidzieć od samego początku) skrywa ukryty motyw. Film oferuje kilka nieoczekiwanych zwrotów akcji i ma wyśmienite tempo, nawet jeśli widzieliśmy go wcześniej 25 razy. Przyjemne, ale nie zostające w pamięci kino środka.

DZIEŃ 7

La Caja

LA CAJA / THE BOX (reż. Lorenzo Vigas)

W 2015 roku Lorenzo Vigas został pierwszym w historii reżyserem latynoamerykańskim, który otrzymał Złotego Lwa. Stało się to za sprawą jego debiutu fabularnego Z daleka (Desde allá). Aż sześć długich lat zajęło mu nakręcenie drugiego filmu, który właśnie pojawił się na Lido.

LA CAJA to historia nastoletniego Hatzina z Mexico City, który wyrusza w podróż w poszukiwaniu szczątków swojego ojca Estebana, które podobno zostały znalezione w masowym grobie na północy kraju. Przypadkowe spotkanie z Mario, który do złudzenia przypomina Estebana, uruchamia falę wątpliwości i kwestionowania informacji o śmierci ojca i miejscu jego pobytu.

Na drugim planie obserwujemy także dehumanizację i handel tanią siłą roboczą, która staje się zwykłym towarem.

To ostatni film w nieformalnej trylogii reżysera dotyczącej postaci ojców z Ameryki Łacińskiej, po krótkometrażowym Elephants Never Forget, który brał udział w Semaine de la Critque w Cannes w 2004 roku i który był również inspiracją dla Z daleka 11 lat później.

Nie powiedziałbym, że La Caja jest stricte o ojcach, ale raczej o idei ojca, a nawet desperackiej próbie odczuwania miłości ojcowskiej. Istnieje wiele podobieństw między oboma pełnymi metrażami Vigasa – młodzi bohaterowie obu filmów gubią się w destrukcyjnej współzależności i manipulacjach, ostatecznie obaj doświadczają pewnego rodzaju zdrady, a ich słabości są okrutnie wykorzystywane.

Twarz nowicjusza – Hatzina Navarrete jest pełna tajemniczości i jego milczenie przekazuje wiele rozdzierających go, sprzecznych emocji. Mario to kolejna ambiwalentna postać Vigasa – czy jest on czarnym charakterem tej historii? A może naprawdę troszczy się o Hatzina? Czy w późniejszych scenach filmu decyduje się założyć maskę i udawać ojca chłopca, aby wykorzystać jego kruchość psychiczną, czy może w końcu przyznaje się do prawdy?

Jeśli widzieliście debiutancki film reżysera, to z pewnością słusznie podejrzewacie, że na powyższe pytania odpowiedzi pozostaną w sferze domysłów.

ILLUSIONS PERDUES / LOST ILLUSIONS (reż. Xavier Giannoli)

„Kiedy Lucien wszedł do jeziora, nie miał pojęcia, czy zamierza się po prostu umyć, czy popełnić samobójstwo. Postanowił przestać marzyć i zacząć żyć”.

Lucien, młody poeta z XIX-wiecznej Francji, jest pełen nadziei na rozpoczęcie kariery, kiedy opuszcza wiejską posiadłość, by realizować swoje marzenia w tętniącym życiem Paryżu. Bardzo szybko przekonuje się, że nie liczy się talent, ale to, kogo znasz i jaki zysk możesz przynieść. Reżyser Xavier Giannoli (Marguerite) uważa, że „powieść Balzaka (na której oparty jest film) odsłania matrycę współczesnego świata, moment, w którym cała cywilizacja poddała się władzy pieniądza”. Widać to często w jego filmie, gdzie korupcja, a także „fake news” rozprzestrzeniają się jak wirus – służąc tym, którzy płacą więcej. Spektakle teatralne, recenzje literackie są na sprzedaż, a osoba, która zaoferuje najwyższą cenę, uzyskuje oczekiwane rezultaty. Lucien wspina się i schodzi po drabinie społecznej tylko po to, by przekonać się, że jego szanse na odniesienie sukcesu w świecie pełnym zdrady i pozorów były zawsze minimalne, by nie powiedzieć, że w ogóle nie istniały. Giannoli nakręcił dynamiczny film, co jest godnym uwagi osiągnięciem dla 2,5-godzinnego kostiumowego dramatu opartego na XIX-wiecznej prozie. Benjamin Voisin (ostatnio widziany w Lecie ‘85 François Ozona) kreuje wyśmienitą rolę jako Lucien, podobnie zresztą jak cała reszta imponującej obsady, w tym Cécile de France, Vincent Lacoste, Xavier Dolan i legendarny Gérard Depardieu. Podobieństwa między materiałem źródłowym Balzaka a współczesnością są nieodzownie widoczne, zwłaszcza w scenach, w których francuskie elity próbują zamknąć lub ograniczyć niezależną prasę w kwestii publikowania artykułów krytykujących rząd. Czuje się powiew wschodnio-europejskich demokracji, takich jak Węgry, autorytarnej władzy likwidującej bądź też zamykającej usta opozycji i wolnym mediom krytycznie nastawionym do siły rządzącej.

Illusions Perdues
Ekipa „Illusions perdues”

L’ÉVÉNEMENT / HAPPENING (reż. Audrey Diwan)

Historia lubi się powtarzać. Tym razem naszą bohaterką jest Anne we Francji lat 60-tych – ambitna i zdeterminowana studentka ze świetlaną przyszłością, która zachodzi w ciążę i zgodnie z powiedzeniem „desperackie czasy wymagają desperackich środków”, zrobi wszystko, co będzie w stanie, ryzykując pójście do więzienia lub poważne komplikacje zdrowotne, aby dokonać nielegalnej aborcji – wówczas zakazanej i karanej przez państwo. Zaadaptowany przez scenarzystkę-reżyserkę Audrey Diwan z książki o tym samym tytule napisanej przez Annie Ernaux, L’événement to bezkompromisowy film z trudnymi do zniesienia scenami, które zdecydowanie są skierowane do widzów o mocnych nerwach. Obraz stanowi swego rodzaju miksturę 4 miesięcy, 3 tygodni i 2 dni Cristiana Mungiu i bardziej subtelnej Very Drake Mike’a Leigh. To, czego jednak nie dostajemy, to oryginalność, która czyniłaby go w jakikolwiek sposób wyjątkowym. O ile temat prawa do aborcji w kinie jest zawsze mile widziany (biorąc pod uwagę ciągłą walkę, którą toczymy 60 lat później) i ważny, aby o nim dyskutować, to obawiam się, że film Diwan, choć z dobrymi intencjami, będzie niestety szybko zapomniany.

L'événement
Ekipa „L'événement”

DZIEŃ 6

Competencia oficial

COMPETENCIA OFICIAL (reż. Gastón Duprat, Mariano Cohn)

Competencia Oficial to historia starzejącego się miliardera, który postanawia wyprodukować film-majstersztyk z najlepszą możliwą ekipą, aby pozostawić po sobie trwały ślad. Reżyserka Lola Cuevas (zagrana przezabawnie przez Penélope Cruz) zatrudnia dwóch zantagonizowanych aktorów i dostajemy dwugodzinny wet za wet. Co prawda lekko przydługie wprowadzenie do niektórych dowcipów wydaje się niepotrzebne, bądź zbyt przewidywalne, ale dzięki zaangażowanemu występowi Antonio Banderasa to satyryczne podejście do świata filmu jest beczką śmiechu, zwłaszcza w scenach gdy Lola na oczach aktorów niszczy ich prestiżowe nagrody filmowe lub poprawia sposób, w jaki wygłaszają swoje dialogi.

MONA LISA AND THE BLOOD MOON (reż. Ana Lily Amirpour)

Ana Lily Amirpour pojawiła się w 2014 roku ze swoim niezwykle oryginalnym filmem kina gatunkowego O dziewczynie, która wraca nocą sama do domu z bohaterką, będącą wampirzycą mówiącą w języku farsi. Jej kolejny film Outsiderka (The Bad Batch) został dość chłodno przyjęty, lecz mimo to zdobył Nagrodę Specjalną Jury na Festiwalu Filmowym w Wenecji w 2016 roku. Obraz ten przenosił widzów na dystopijne pustkowia rządzone przez bandę kanibali.

Na swój trzeci film fabularny Amirpour wybrała współczesny Nowy Orlean, a tym razem bohaterką jest superbohaterka – grana przez gwiazdę Płomieni Jun Jong-seo – Mona Lisa. Dziewczyna ucieka z zakładu psychiatrycznego i próbuje samodzielnie przetrwać na ulicach miasta, w zasadzie od podstaw ucząc się współistnienia i interakcji z innymi ludźmi. Jest pewien haczyk – Mona Lisa posiada moc kontroli umysłu, z której jest gotowa skorzystać w każdej chwili. Podobnie jak protagonistka O dziewczynie, która wraca nocą sama do domu i Samantha z Outsiderki – Mona Lisa to kolejna odsłona „odmieńca” według Amirpour, a film można śmiało uznać za odjechany, bajkowy hołd dla wszystkich wyrzutków. Mona Lisa nie może się dopasować i niczym kameleon nieustannie zmienia swój wygląd, sposób, w jaki się zachowuje i mówi, jak postrzega ludzi i rzeczy wokół siebie. 

Sama Amirpour, mająca irańskie pochodzenie i zawsze czująca się jak outsiderka w amerykańskim społeczeństwie, powiedziała, że ​​„w jej filmach antagonistą jest system i to, jak jego mechanizmy wymuszają na nas pewne zachowania, a ostatecznie wpływa na sposób, w jaki widzimy się nawzajem i gdzie znajdujemy przynależność”. Mona Lisa dąży do osiągnięcia własnej wolności poprzez zerwanie łańcuchów oczekiwań innych ludzi wobec siebie, ale także poprzez podążanie za własnymi pragnieniami.

Film napędzany jest zaskakującą ścieżką dźwiękową, która składa się zarówno z piosenek rockowych, jak i metal, aż po ostre EDM.

Mona Lisa and the Blood Moon to film o dziwakach i wyrzutkach, to cykl przygód nietypowego superbohatera – film zabawny, zaskakujący i nie bojący się zrazić niektórych widzów nieszablonową narracją i osobliwą atmosferą. To także jeden z najbardziej oryginalnych filmów 2021 roku, który zasługuje na uwagę i analizę.

Ekipa „Mona Lisa and the Blood Moon”

SUNDOWN (reż. Michel Franco)

Sundown to enigmatyczny, pokręcony i trudny do sklasyfikowania nowy projekt Michela Franco z Timem Rothem (który wcześniej zagrał u Franco w Opiekunie). Akcja toczy się w Acapulco, gdzie Alice i Neil Bennett, brytyjscy milionerzy, spędzają rodzinne wakacje, dopóki nie zetkną się z osobistą tragedią – dając efekt domina wobec rosnących napięć w tym dość niepokojącym, fascynująco nieprzejrzystym studium postaci. Nic nie wychodzi tak, jak można by się było spodziewać, co jest typowe dla meksykańskiego reżysera, który uwielbia bawić się oczekiwaniami widzów i zawsze rzucać im wyzwania w najbardziej wyrafinowany sposób. Neil Bennett ciągle powtarza, że ​​nie nie obchodzą go pieniądze, ale wydaje się to takie trochę ironiczne puszczanie oczka do widzów, gdyż to musi być jeden z ulubionych frazesów, których używają obrzydliwie bogaci ludzie. Konsekwencje wspomnianej tragedii, która rozpoczyna Sundown, są poważne, ujawniając ukryte żale i demaskując prawdziwie transakcyjny charakter życia, w tym rodzinnych więzów. To wszystko wydaje się bardzo cyniczne i surowe, ale rezonujące z prawdą i szczerym przekazem.

SUNDOWN
Michel Franco, reżyser „Sundown”, z aktorkami Iazuą Larios i Charlotte Gainsbourg

DZIEŃ 5

Ostatniej nocy w Soho

OSTATNIEJ NOCY W SOHO (reż. Edgar Wright)

Edgar Wright powraca z pozakonkursowym filmem Ostatniej nocy w Soho z Anyą Taylor-Joy i Thomasin McKenzie, opowiadającym o młodej aspirującej projektantce mody, która w swoich snach i wizjach trafia do Londynu lat 60. w próbie dotarcia do sedna mnożących się pytań o zniknięcie Sandie – wówczas naiwnej piosenkarki – bohaterki jej powtarzających się wizji.

Efektem jest przyjemna, komiczna i często porywająca opowieść o duchach, olśniewający kicz, czyli produkcja stworzona wyłącznie dla rozrywki i nieudająca niczego innego.

À PLEIN TEMPS / FULL TIME (reż. Éric Gravel)

Pomyśl o Good Time braci Safdie w połączeniu z jednym z dramatów braci Dardenne. Wyniki są niewiarygodnie imponujące.

À plein temps to historia samotnej matki Julie, wychowującej dwójkę małych dzieci i żonglującej wieloma obowiązkami codziennego życia. Pociechy spędzają więcej czasu ze starszą niańczącą je sąsiadką, niż z naszą bohaterką. Julie pracuje w Paryżu, w dziale sprzątania jednego z 5-gwiazdkowych hoteli i codziennie dojeżdża tam pociągiem. Kiedy pracownicy transportu zaczynają tygodniowy strajk, a w międzyczasie pojawia się nowa ekscytująca oferta pracy, dzięki której może wyjść z długów i kontynuować karierę zbliżoną do studiów ekonomicznych, które ukończyła, Julie nie zatrzyma się przed niczym, by wykorzystać ten moment. Film zostaje wyniesiony w stratosferę emocjonalnego zaangażowania przez fenomenalną grę Laure Calamy i ścieżkę dźwiękową, która podnosi tylko poziomy niepokoju i stresu. 

À plein temps to mądre spojrzenie na samotne matki, ale także krytyka rynku pracy, który nie sprzyja im w powrotach z zawieszonej macierzyństwem kariery.

À plein temps
Ekipa „À plein temps”

TRUE THINGS (reż. Harry Wootliff)

„Ten film jest bardzo subiektywny i intymny i tak naprawdę dotyczy relacji kobiety z samą sobą” – mówi reżyserka Harry Wootliff o swoim filmie z sekcji Orizzonti True Things z gwiazdą The Souvenir Tomem Burkem i Ruth Wilson.

Nasza bohaterka Kate prowadzi zwyczajne życie kobiety po trzydziestce, kiedy przypadkowe spotkanie z mężczyzną w pracy wywraca jej świat do góry nogami. Mamy ogromne zauroczenie, seksualną energię, a następnie falę uczuć w tym toksycznym i destrukcyjnym związku.

To wspaniałe, że w końcu dostajemy szczere filmy o kobietach wyreżyserowanych przez kobiety, które bezwstydnie odkrywają wadliwe, niepewne siebie postacie, popełniające mnóstwo błędów, których jednak nikt nie ocenia poprzez utarte standardy społeczne.

Wootliff nakręciła już Only You w 2018 roku, który badał dynamikę pary w obliczu problemów z niepłodnością. Jednak „Prawdziwe rzeczy” są znacznie bardziej udane, ponieważ skutecznie dekonstruują mit doskonałego życia, związku, przepisów na szczęście i innych „instagramowych banałów”, które skutecznie nami manipulują i powstrzymują – podobnie jak Kate przewijającą „inspirujące cytaty” na swojej komórce na początku filmu – od zauważenia i docenienia tego, czym tak naprawdę są owe „prawdziwe rzeczy”.

SCENY Z ŻYCIA MAŁŻEŃSKIEGO (reż. Hagai Levi)

Będę szczery. Pomysł przerobienia mistrzowskiego miniserialu Ingmara Bergmana Sceny z życia małżeńskiego wydał mi się „dead on arrival”. HBO jest znane z wysokiej jakości treści telewizyjnych, które ukształtowały przez ostatnie kilka dekad wiele pokoleń, ale w moim odczuciu nie da się udoskonalić tego, co Bergman zrobił w 1973 roku. Więc po co w ogóle próbować?

Dostaliśmy więc zaktualizowaną wersję z Jessicą Chastain i Oscarem Isaaciem. Dialogi wypowiadane są z przekonaniem i rozmachem (z feministycznym akcentem, bo tym razem to kobieta decyduje, aby odejść od męża). Dlaczego więc czuję, że doświadczam déjà vu z bezsensownego, pozbawionego życia remake’u Funny Games (wersja amerykańska) Haneke z 2007 roku?

Bo taki właśnie jest. Niepotrzebny. Wygląda na to, jakby dwójka genialnych aktorów zrobiła sobie warsztaty na kursie teatralnym. Tajemnica i przyjemność odkrywania lub zagłębiania się w historię (biorąc pod uwagę, że znasz materiał źródłowy) zniknęła. Chemia między aktorami jest dość słaba, mimo że obydwoje musieli włożyć dużo wysiłku, aby to zadziałało w nowoczesnych realiach.

Fani wersji Bergmana – trzymajcie się z daleka, a reszta – streamujcie/kupcie wersję z 1973 i doświadczcie geniuszu prawdziwego mistrza.

DZIEŃ 4

Diuna

DIUNA (reż. Denis Villeneuve)

Diuna, a raczej Dune: Part One, według początkowych napisów nowego filmu Denisa Villeneuve’a, jest hollywoodzkim blockbusterem, który chce być traktowany poważnie, ale w efekcie końcowym zawodzi, dając 2,5-godzinne, niespójne, dość monotonne doświadczenie. To trochę taka wielkanocna wydmuszka. Wygląda imponująco, nawet jeśli efekty wizualne (jakkolwiek spektakularne i olśniewające się wydają) nie wnoszą niczego nowego do kanonu sci-fi. Projekt DUNE jest po prostu przeklęty. David Lynch poniósł dojmującą artystyczną porażkę, Alejandro Jodorowsky próbował i przynajmniej dał nam przystawkę w postaci dokumentu o filmie, którego realizacja nigdy nie doszła do skutku, a Denis Villeneuve nakręcił przyzwoity hollywoodzki „popcorn movie”, który, jak twierdzi, „był wymarzony i stworzony dla projekcji na dużym ekranie”.

Jak wszyscy wiemy, nie wszystkie marzenia się spełniają…

IL BUCO (reż. Michelangelo Frammartino)

Niemal bezsłowne, wolno toczące się Il Buco napędzane jest obrazami – rekonstrukcją wyprawy grupy speleologów eksplorujących najgłębszą jaskinię Europy w 1961 roku, która jest zestawiona z działaniami miejscowego pasterza u kresu życia. 

Obraz Frammartino (Le quattro volte) to prawdopodobnie najpiękniej sfotografowany film festiwalu. Niektóre ujęcia naprawdę zapierają dech w piersiach i jeśli widzowi wystarczy cierpliwości (ale też chęci zapomnienia o potrzebie podążania za klasycznymi strukturami narracyjnymi), to potrafią zahipnotyzować swoim organicznym urokiem. 

DZIEŃ 3

The Lost Daughter

THE LOST DAUGHTER (reż. Maggie Gyllenhaal)

The Lost Daughter na papierze posiada wszystkie składniki na sukces: mamy fenomenalną obsadę, w tym Olivię Colman, Jessie Buckley, Dakotę Johnson, Eda Harrisa, a w epizodycznych rolach także Petera Sarsgaarda i Albę Rohrwacher. Ponadto film to reżyserski debiut aktorki Maggie Gyllenhaal, która ambitnie wzięła na swoje barki naprawdę ciężki temat nieudanego macierzyństwa, czy raczej braku macierzyńskiego instynktu. Coleman gra Ledę – 48-letnią kobietę nawiedzaną przez demony swojej przeszłości, zwłaszcza to, że zdecydowała się porzucić swoje dzieci, aby realizować własne życiowe cele. To odważny temat i pochwała za to, ponieważ nie widzimy wielu reżyserów przedstawiających „złe matki” bez osądzania lub próby odkupienia ich win, a Gyllenhaal właśnie tego nie robi. Jej Leda zapłaciła wysoką cenę za swoje wybory, jednak w obliczu innej młodej kobiety, która zmaga się z podobnymi dylematami bycia dobrą matką/żoną, nie traktuje jej protekcjonalnie, ale dość zaskakująco radzi, by kierować się własnym przeczuciem.

I tu kończą się moje komplementy. Film wydaje się bardzo nieostry, zaczyna kilka wątków i gdzieś je gubi. Bywa też nieumyślnie zabawny, czasami dając mi skojarzenia z Frankie Iry Sachsa, filmem który zmagał się z tym samym problemem. Cały motyw skradzionej lalki, którą przetrzymuje Leda, wydaje się dziwaczny i niepotrzebny, a także chwilami kuriozalnie śmieszny. Warto zauważyć wyjątkową scenę przed końcem filmu między Colman i Johnson, która uderza we wszystkie właściwe nuty, ale cóż z tego jeśli samo zakończenie wydaje się miałkie i niedopieczone.

SPENCER (reż. Pablo Larraín)

„Tu nie ma przyszłości, jest tylko przeszłość i teraźniejszość jednocześnie”

Reżyser Pablo Larraín powrócił do Wenecji z moim zdaniem najgłębszą i najdoskonalszą pracą w swojej karierze. Trzy dni Bożego Narodzenia 1991 roku, które określiły przyszłość księżnej Diany, w tym jej rozwód z księciem Karolem, są tematem tego pomysłowego, odważnego i ostatecznie łamiącego serce filmu. Co ważne, Spencer nie boi się surowego spojrzenia na tradycje rodziny królewskiej – wyuczony dystans, chłód w relacjach między sobą i schematyczne procedury. W jednej scenie Diana pyta swojego syna Williama „Czy chciałbyś zostać królem?”, na co ten odpowiada „Nie mam wyboru…”

Larraín sprzeciwia się utartym schematom filmów biograficznych, podobnie jak w swoim Jackie z 2016 roku, ale tym razem osiągając emocjonalny Mount Everest. Występ Stewart to ten, o którym będziemy rozmawiać przez najbliższe lata – z nieskazitelnym akcentem Diany, mową ciała, która nigdy nie popada w tanią mimikrę. Zdjęcia Claire Mathon (Portret kobiety w ogniu, Atlantyk) zadziwiają pomysłowymi i pozostającymi w głowie kadrami. Spencer zmienia zasady gry w świecie biografii – pasjonujący film nakręcony przez reżysera, który uwielbia rzucać swoim widzom wyzwania, z aktorką, której udało się pokonać stereotyp gwiazdki serii Zmierzch i udowodnić sceptykom, że jest „the real deal”.

DZIEŃ 2

Psie pazury

PSIE PAZURY (reż. Jane Campion / Netflix)

„Wybaw moją duszę z miecza, moją miłość z mocy psa”.

Po 12 latach nieobecności na kinowych ekranach, nowozelandzka reżyserka Jane Campion, powraca z wyśmienitym dramatem z Benedictem Cumberbatchem w jednej z najlepszych ról w karierze i dość zapomnianą ostatnimi czasy Kirsten Dunst, grającą gospodynię domową nawiedzaną przez wewnętrzne demony i morze kompleksów. Efektem jest elegancki, wyciszony, ale magicznie intymny film. W tej niejednoznacznej i starannie wyreżyserowanej historii skrajne emocje wyrysowane są na twarzach bohaterów, w ich spojrzeniach, a nawet w  banalnej codziennej agresji.

Psie pazury skupiają się na ciągłej rywalizacji, w pewnym sensie walce o dominację nad codziennością. Na przestrzeni domowej, jej toksyczności, która osacza ze wszystkich stron, by jednak ostatecznie stać się remedium na drodze do odkupienia i pojednania. Film został „przejęty” przez weneckich programerów, gdy ich koledzy z Cannes postanowili wykluczyć go z głównego konkursu, a jedynie zaprezentować w sekcji „Hors Competition”, co nie zostało zaakceptowane przez szefów Netflixa. Słusznie. Campion jedzie tu na wysokim koniu i całkiem możliwe, że finałem tej podróży będą liczne Oscary.

THE CARD COUNTER (reż. Paul Schrader / M2 Films)

„To wszystko jest powtarzalne, kręci się w kółko i nie ma większego sensu” – te słowa postaci granej przez Tye Sheridana w The Card Counter Paula Schradera najlepiej podsumowują moje odczucia wobec filmu, który z pewnością podzieli publiczność. Poprzedni pokazywany na włoskim festiwalu film tego reżysera  – „Pierwszy reformowany” z 2017 roku stał się nieoczekiwanym hitem w światku kina niezależnego i został entuzjastycznie przyjęty zarówno ze strony krytyków, jak i publiczności (nawet jeśli zasadniczo skopiował idee i wątki z Gości Wieczerzy Pańskiej Bergmana).

Tym razem mamy do czynienia ze swoistym kinem drogi. Były śledczy wojskowy, a może raczej oprawca na usługach systemu – William (Oscar Isaac) aktualnie próbuje zapomnieć o dawnym życiu, uciekając w hazard. By znaleźć odkupienie, zgadza się pomóc synowi zmarłego przyjaciela Cirkowi (Tye Sheridan) w zemście na ich wspólnym wrogu – swoim dawnym dowódcy (Willem Dafoe). 

Na papierze wydaje się być to obiecująca historia, niestety wszystko pogrzebała niezdarna realizacja, przez którą film staje się ledwie misz-maszem przypadkowo rzucanych pomysłów i haseł. „To tajemniczy mężczyzna, czy mam się bać? – Czego bać? Że się w nim zakocham?” to tylko jeden z przykładów niezbyt udanych dialogów. Zabójczo powolne tempo przywodzi na myśl serial Nicolasa Winding Refna Too Old To Die Young, ale odarty z oszałamiających efektów wizualnych. Film zabija największa choroba kina Schradera – śmiertelna powaga jednocześnie doprawiona kiczowatymi dialogami, które z pozoru mogą być odbierane jako bressonowskie, ale trafniej wpisujące się w stylistkę kina noir klasy B.

Paul Schrader ze swoimi aktorami („The Card Counter”)

TO BYŁA RĘKA BOGA (reż. Paolo Sorrentino / Netflix)

Paolo Sorrentino powiedział o swoim najnowszym projekcie: „Ten film jest opowieścią o dojrzewaniu, która stylistycznie ma na celu uniknięcie pułapek konwencjonalnej autobiografii: przesady,  empatii, przedstawiania się jako ofiary, szukania litości i pławienia się w bólu. Osiągnęliśmy to poprzez prostą, rzadką i niezbędną inscenizację, z neutralną, surową muzyką i zdjęciami. Mówiąc wprost, jest to film o wrażliwości”.

Z bólem stwierdzam, że nowy obraz reżysera nie przemówił do mnie. O ile Młodość i Wielkie piękno były emocjonalną lawiną, o tyle nowy film Włocha pozostawił mnie obojętnym. Równie dobrze może to być wspomniane wcześniej wycofanie się przez Sorrentino z „empatii”, przez co jego nowe dzieło wydawało mi się zbyt zimne i wykalkulowane.

Fabietto, bohater filmu, walczy ze swoim losem i próbuje znaleźć nowe powody, by czuć, że żyje, a ponieważ to wszystko jest autobiograficzne – jeszcze trudniej mi to odrzucić. Obiektywnie rzecz biorąc, film jest idealny, by rozgrzać atmosferę na jesiennych festiwalach filmowych, ze względu na swoją przystępność i uniwersalne podejście do opowiadania historii. Nie zdziwiłbym się także, gdyby okazał się zwycięzcą Złotego Lwa. Mi pozostaje jedynie swego rodzaju żal, że nie dołączę do hordy kinomanów okrzykujących To była ręka Boga opus magnum reżysera.

To była ręka Boga

DZIEŃ 1

Madres paralelas

Pedro Almodóvar otwiera 78. Międzynarodowy Festiwal Filmowy w Wenecji wspaniałym, skupionym na kobietach dramatem o macierzyństwie, trudnych wyborach, wypełnianiu egzystencjalnej pustki, a przede wszystkim o wartości więzi rodzinnych bez względu na upływający czas czy luki pokoleniowe. To pięknie skomponowany i prawdziwie emocjonalny film, który potwierdza szczytową formę reżysera. Ponadto Madres paralelas* oprócz mocarnej, ale zbyt znajomej kreacji Penélope Cruz to narodziny Mileny Smit, młodej, 24-letniej aktorki, która zapowiada się na kolejne wielkie odkrycie hiszpańskiego mistrza.

Sekcja Orizzonti została otwarta przez Les Promesses Thomasa Kruithofa z Isabelle Huppert w roli głównej – o pani burmistrz manewrującej tak, aby pomóc nieuprzywilejowanym mieszkańcom bloków komunalnych. W filmie zawiodło przede wszystkim naiwne zakończenie. Wydaje się, że jest to bardziej dramat telewizyjny w sam raz na środowy wieczór, niż pełnowartościowe doświadczenie kinowe. Sama Huppert nie doczekała końca seansu i opuściła salę w połowie projekcji.

* Film Almodóvara według zapowiedzi dystrybutora (Gutek Film) ma być wprowadzony do kin zimą. Jest już znany również oficjalny polski tytuł hiszpańskiej produkcji, czyli Matki równoległe.

Adam Nadolski
Adam Nadolski