„Razem ze mną kundel bury / Penetruje wszystkie dziury”. Nie mam wątpliwości, że słowa piosenki dla dzieci autorstwa Wandy Chotomskiej pobrzmiewały w uszach Łukasza Grzegorzka i jego żony Natalii przy tworzeniu Trzech miłości. Była to co prawda metaforyczna interpretacja nauczana przez wszelkich erotomańskich wujów, lecz trudno zaprzeczyć, że jest ona bardziej pociągająca od historyjki o adoptowaniu bezpańskiego psa przez dziecko (i weselsza od prawdopodobnego późniejszego zgonu ów dziecka na wściekliznę). W efekcie otrzymaliśmy wyjątkowy na naszym podwórku przykład biseksualnej komedii erotycznej, dodatkowo unikającej kabaretowego przeginania za sprawą naciągniętej jak plandeka na Żuku maski thrillera. Co w tym wszystkim najdziwniejsze – efekt końcowy okazał się niezwykle udany!
Ona? Lena (Marta Nieradkiewicz), aktorka na etacie w Teatrze Dramatycznym. W przylegającej czarnej sukience, pończochach i peruce ukradzionej od Alice z Bliżej Mike’a Nicholsa wygląda seksowniej niż ktokolwiek inny w polskim kinie ostatnich lat. Czeka właśnie w udekorowanym mieszkaniu na gości swoich czterdziestych urodzin. On? Jan (Marcin Czarnik), prawnik na etacie w urzędzie miasta i jej były mąż, wciąż beznadziejnie zakochany. Na imprezę przychodzi w galowym mundurze policyjnym. Żart to? Czy może metafora brutalnego tępego psa? W końcu jest też ten trzeci, na domówkę wpada przypadkiem, ot znudzony diler, co zabrał się ze swoimi klientami na bibę z braku lepszych piątkowych planów. To Kundel (Mieszko Chomka, reżyser krótkich metraży debiutujący w roli aktorskiej), co prawda nie bury, a pofarbowany na platynowy blond, cichy, acz wyszczekany student prawa. W queerowej masie ciał warszawskiego światka artystycznego wycofany, lecz stanowczy sztubak wyróżnia się nie mniej od spiętego oficera, nic więc dziwnego, że szybko rozwija nić seksualnego napięcia z jubilatką. Ta, pijana wódką i podnieceniem, nie zauważa jednak, że jej jurny ogier oczu nie może oderwać od pewnej skrępowanej pały, której pomaga rozluźnić się przy wsparciu nielegalnych substancji i pocieszyć podczas ataku stresu. Rodzący się właśnie trójkąt miłosny ma jednak jeszcze jeden zwrot akcji do zaoferowania. Gdy impreza wypala się w oparach wydychanego etanolu, goście znikają, a Lena z Kundlem od pocałunków przechodzą do rzeczy – Jan słucha z uwagą dźwięków pożądania prosto z mikrofonu telefonu coraz bardziej rozebranej byłej. To wszystko nie jest jednak grą pary, a efektem działania niezawodnej szpiegowskiej aplikacji zainstalowanej chyłkiem na smartphonie kobiety.
Warszawa (i Mielno) w obiektywie Weroniki Bilskiej (m.in. Bo we mnie jest seks i świetne dokumentalne Między nami Doroty Proby) mienią się nocnymi światłami i promieniami południowego słońca. Operatorka, kredytowana tu również wśród scenarzystów, śladem Michała Englerta w Światłoczułej pokazuje stołeczne miasto jako przepełnioną kolorami żywą scenę dla absurdalnych postaci – symboli. Śladem słynnego cytatu z Euphuesa Johna Lyly’ego, że w miłości, jak i na wojnie, wszystkie chwyty są dozwolone, podążają pozornie manipulujący i bezwzględni, lecz w istocie ślepi bohaterowie dramatu. Uwodzicielka staje się desperatką, prześladowca simpem, a playboy wrażliwym chłopcem. Wynikające z sugerowanych ukradkiem traum manewry miłosne podane są tu jednak w formie lekkiej, zabawnej i zamiast uderzającej w psychikę widza, to raczej mówiącej mu: nie przejmuj się, zobacz – przynajmniej nie masz tak jak oni. Z drugiej strony wylewające się bogactwo i komfort życia (nawet gnieżdżący się w akademiku Kundel dorabiający jako żigolak chwali się pięciocyfrowymi zarobkami) dodają do tego mentalnego eskapizmu fantazję o byciu wolnym od trosk niezwiązanych z drugorzędowymi narządami płciowymi. To wszystko przywodzi na myśl z jednej strony kino Drake’a Doremusa, na czele z rewelacyjnym Coś się kończy, coś zaczyna, nawet bardziej jednak uderza w tony bezcelowej włóczęgi nad Wisłą znanej ze Wszystkich nieprzespanych nocy Michała Marczaka. Ten sam duch fantastycznego świata zamożnej miejskiej bohemy mogącej sobie w pełni pozwolić na ekstrawagancje serca.
Kolejne wspólne dziecko twórczego duetu niemal samodzielnie zaspokajającego polski popyt na niezależne kino o trójkątach miłosnych stanie we wrześniu do walki o Złote Lwy. Jako że gatunkowe i seksualne produkcje raczej nie są niestety w naszej branży przesadnie cenione to trudno się nie cieszyć z Trzech miłości sukcesu, nawet jeśli pierwotny tytuł – Romantic Psychos pasował do filmu nieporównywalnie bardziej. W Gdyni produkcja nie jest zresztą pozbawiona szans, głównie za sprawą świetnych kreacji aktorskich, wśród których zachwyca przede wszystkim Marcin Czarnik. U Grzegorka ma on wreszcie możliwość ucieczki z piekła ról drugoplanowych i pokazania, co zobaczył w nim, chociażby Laszló Nemes osadzając w swoim wybitnym Schyłku dnia. Jan jest desperacki, lecz nie żenujący, słaby, a przy tym wciąż na pewien paradoksalny sposób uwodzicielski. I w gruncie rzeczy te wszystkie paradoksy idealnie opisują film Grzegorzków. Śmiech, płacz i pożądanie, a przede wszystkim dobra rozrywka, w której nawet zawodzenie Ralpha Kamińskiego nie tylko nie wymusza zatkania uszu, a wręcz dodaje scenie siły. Trudno o większy komplement konceptualnego triumfu.
Trzy miłości
Rok: 2025
Kraj produkcji: Polska
Reżyseria: Łukasz Grzegorzek
Występują: Marta Nieradkiewicz, Marcin Czarnik, Mieszko Chomka i inni
Dystrybucja: Gutek Film
Ocena: 3,5/5