Top 25 pierwszego ćwierćwiecza XXI wieku

Koniec roku sprzyja podsumowaniom, toteż dzielimy się naszym spojrzeniem na ostatnie 25 lat. Pierwsze ćwierćwiecze XXI wieku zrewolucjonizowało kino – najpierw zastąpienie taśmy formatem cyfrowym, potem rozwój streamingów i sztucznej inteligencji. Był to też czas ostatnich dzieł największych mistrzów minionego wieku oraz moment rozkwitu tysięcy talentów z każdej części zglobalizowanego świata. Obieg produkcyjny i dystrybucyjny przeszedł dziesiątki różnych przemian, inni są już widzowie, ale filmy dalej powstają – również te wybitne.

Poniższy ranking to nasze redakcyjne zestawienie najlepszych filmów XXI wieku, od 2001 do 2025 roku. Wśród nich reprezentanci aż dwunastu państw, od Argentyny i USA, przez Portugalię, Francję i Polskę, po Rosję czy Tajwan. Na liście znaleźli się starzy nestorzy poprzedniej epoki, jak Godard, Malick, Żuławski, Lynch, ale też współcześni mistrzowie – Serra, Korine czy Glazer. Nie zabrakło gatunkowych szaleństw, arcydzieł slow cinema, wielkich eksperymentów, ale też wciągających opowieści. Zebrane tytuły dzieli wiele, również czas trwania – metraże rozciągają się od czterdziestu minut, przez cztery godziny, po całe serie. Są tu filmy Oscarowe, zwycięzcy Złotej Palmy, ale i dzieła pominięte w momencie premiery.

25. Dogville 🇩🇰 (2003), reż. Lars von Trier

Tytułowe Dogville to małe amerykańskie miasteczko w Górach Skalistych, w którym schronienia szuka Grace (w tej roli Nicole Kidman) uciekająca przed gangsterami. Jeden z mieszkańców, poczuwający się do roli lidera społeczności aspirujący pisarz Tom (Paul Bettany), przekonuje sąsiadów, by pozwolili kobiecie ukrywać się u nich w zamian za drobną pomoc w codziennych obowiązkach. Początkowo osada jawi się jako sielankowe miejsce pełne miłych, serdecznych osób, ale wraz z upływem czasu i rosnącą świadomością konsekwencji, na jakie narażają się mieszkańcy poprzez udzielenie pomocy uciekinierce, maski opadają, a Grace traktowana jest coraz gorzej, coraz bezczelniej wykorzystywana i manipulowana. Duński reżyser zagląda w ten sposób w głąb ludzkiej psychiki i niczym Zimbardo w kwestionowanym eksperymencie więziennym (ekranizowanym chociażby przez Olivera Hirschbiegela w filmie Eksperyment z 2001) stara nam się pokazać, że samo postawienie w pozycji władzy może prowokować przemocowe zachowania oraz że nieufność wobec obcych jest mocno zakorzeniona w ludzkiej naturze. Duńczyk na swój sposób przestrzega również przed małymi społecznościami, w których sąsiedzka zmowa milczenia okazuje się ważniejsza niż przepisy prawa, a pozorna gościnność nie jest niczym więcej niż badaniem granic i próbą zbudowania u ocalonej poczucia wdzięczności i długu do spłaty.

24. Trenque Lauquen 🇦🇷 (2022), reż. Laura Citarella

Trenque Lauquen może słusznie przywodzić na myśl inny argentyński tasiemiec sprzed paru lat – czternastogodzinne La Flor w reżyserii Mariano Llinása. To obraz wyprodukowany przez Citarellę i jej firmę, El Pampero Cine. Oba te tytuły łączy jednak nie tylko źródło finansowania oraz metraż wykraczający daleko poza przyjęty konsens, ale także subwersywny humor bazujący na autotematycznych gagach i metaironii. Tak jak Llinás, autorka Trenque Lauquen komponuje swój obraz z zapożyczeń i cytatów, gatunkowych memorabiliów, które odsyłają raz do kina klasy C, innym razem do klasycznych filmów detektywistycznych, by znów zagrać na komediowych kliszach, kończąc wyrafinowanym, telenowelowym telemarkiem. Citarella uprawia blisko czterogodzinną żonglerkę konwencjami i to naprawdę występ klasy światowej – nic dziwnego, że z miejsca zapisał się w arthouse’owym kanonie (1. miejsce na liście najlepszych filmów 2023 roku według redakcji „Cahiers du Cinéma”, nagrody International Cinephile Society i spora popularność na Letterboxd czy innych forach).

Michał Konarski

23. Trudno być Bogiem 🇷🇺 (2013), reż. Aleksiej German

Produkcja tego obrazu trwała aż trzynaście lat, sam twórca nie doczekał premiery – zmarł na kilka miesięcy przed zakończeniem prac i pierwszymi publicznymi pokazami. Oparta na powieści o tym samym tytule pióra Arkadija i Borysa Strugackich fantastycznonaukowa wariacja na temat średniowiecza rozgrywa się na Arkanar; „To nie Ziemia. To inna planeta. Jak Ziemia, tylko jakieś 800 lat w tyle” – tłumaczy głos spoza kadru w otwierającym ujęciu. Aleksiej German swoje opus magnum rozpoczyna wypełnionym śniegiem tableau vivant, „żywym obrazem średniowiecza”, przywodzącym na myśl malarskie dzieła Bruegla. Przeniesione z ekranizowanej powieści miejsce akcji i realia planety Arkanar rosyjski reżyser rozwinął w każdym aspekcie, kładąc szczególny nacisk na sferę wizualną i audialną, oprawiając literaturę Strugackich w nowe ramy. Jego poprzednie obrazy, zwłaszcza Mój przyjaciel Iwan Łapszyn (1984) i Chrustaliow, samochód! (1998), wypełnione są technicznymi zabiegami wzbogacającymi stronę formalną. Wychodząc poza niepisane konwencje, rosyjski autor dźwiękiem i obrazem jeszcze mocniej akcentuje zbieżność świata przedstawionego z realiami średniowiecza. Unikając pompatycznych inscenizacji, cały patos adaptowanej opowieści o grupie ziemskich naukowców próbujących uwolnić więzionych intelektualistów Arkanaru umieszcza w leitmotivie tego projektu – starciu mądrości i prawości z nieokrzesaną żądzą władzy.

Michał Konarski

22. Koń Forsa 🇵🇹 (2014), reż. Pedro Costa

W pierwszych sekundach Konia Forsy wpatrujemy się w zdjęcia – czy raczej – wspomnienia zakonserwowane na kliszy. Zaraz potem w iście rembrandtowskich kadrach po tajemniczych, jakby wręcz fraktalnych, korytarzach krąży Ventura wraz z towarzyszem. Ciemny labirynt okazuje się ścieżką do szpitalnej sali, a kompan – doprowadzającym do celu lekarzem. Dla kabowerdyjskiego imigranta każdy kolejny dzień jest wciąż naznaczony wspomnieniem ojczyzny. Choć minęły dekady, życie biegnie tak, jakby rewolucja goździków i idące za nią realizacje niepodległościowych celów narodowowyzwoleńczych ruchów działających w koloniach nigdy się nie wydarzyły. Jakby wojna wciąż trwała. Jakby nikt się wcale nie zestarzał. U Costy przeszły czas nie leczy ran, a jedynie generuje kolejne paralele między blizną a przykrytą plastrami gangreną. Młodość nie przypomina o beztroskim stawaniu się kimś, ale o druzgocącym przystawaniu na brutalny brak przyszłości.

21. Aggro Dr1ft 🇺🇸 (2023), reż. Harmony Korine

Między strzałami zabójców z Miami i odgłosem klaszczących pośladków ich wiernych partnerek – Cézanne’a Wielkie kąpiące się w wersji trap – Korine zdołał bowiem wypluć filozoficzny esej na miarę najbardziej afektowanych wywodów Terrence’a Malicka. W cukierkowym świecie postironii, gdzie pradawnych bogów o rogatych obliczach zastąpiła przemoc i chciwość z ludzką twarzą, autor znalazł przestrzeń dla rozważań na temat wiary, miłości i kondycji rodziny w starciu z systemową korupcją. Nie dziwi zatem, że obaj twórcy planują w przyszłości podjąć współpracę. Trochę jak w tym żarcie o przestawianiu literek w słowie „kościół” – wystarczy kilka zgrabnych ruchów i na kartce pojawi się szatan. Niedaleko stoi czołowy teolog kina od pyskatego bluźniercy.

Tomasz Poborca
Tomasz Poborca

20. Strefa interesów 🇬🇧🇵🇱 (2023), reż. Jonathan Glazer

Glazer pokazuje nam życie prominentnej niemieckiej rodziny ze spokojem. Nie znajdziemy tu emocjonalnych szantaży rodem z dzielącego tę samą tematykę Chłopca w pasiastej piżamie; dużo bliższym skojarzeniem może być Ostateczne rozwiązanie Franka Piersona, w którym zgromadzeni w Wannsee naziści rozmawiają o eksterminacji ludności żydowskiej tak, jakby mieli rozwiązać problemy łańcuchów dostaw owoców czy szukali nowej optymalizacji podatkowej. Hedwiga Höss traktuje siebie jako wzorową matkę i opiekunkę ogniska domowego, zdając się ignorować to, co jest źródłem jej wygodnego życia. Wyrzuty sumienia, o ile jakieś sumienie w ogóle ma, może zagłuszać dobrem dziecka czy też tym, w jakich żyje czasach. Mali Hössowie również mają swoje sprawy, nie interesuje ich, co dzieje się w obozie, chodzą do szkoły, bawią się i – jak na wzorową młodzież przystało – pozdrawiają się słowami: „Heil Hitler”. Ojciec czasami się stresuje, ale na ogół nie przynosi pracy do domu. Kocha swoje dzieci i czyta im bajki na dobranoc.

Marcin Grudziąż
Marcin Grudziąż

19. To nie ja 🇫🇷 (2024), reż. Leos Carax

Carax wycina, klei, dorysowuje, cytuje, powtarza, naśladuje i wymyśla na nowo przez cały czas ekranowy. Wykorzystuje wszystkie dostępne metody i narzędzia, by zmierzyć się z niełaskawym piętnem czasu. Wyzwać kalendarz na przegrany od początku pojedynek, by zadać tysiąc pytań i pomachać szabelką. Nie rozpacza jednak nad własną starością, łzy roni głównie z powodu pełzającej anachroniczności medium. „Ruchome obrazy straciły swój boski status” – prawi z ekranu, i choć brzmi przy tym jak skończony dziad, to nie sposób nie przyznać mu racji. To nie ja jest lekko spóźnionym pożegnaniem z XX wiekiem, nie epoką wojen czy totalitaryzmów, a okresem potęgi kina. Nadal zabija się przecież tak samo, rządzi też dosyć podobnie, ale kręci i ogląda się zupełnie inaczej. Co z tym faktem zrobić? Recepty Carax nie zdradza – w zamian oferuje jeszcze pięć złotych myśli i cztery kolejne dowcipy

Michał Konarski

18. Pewnego razu w Anatolii 🇹🇷 (2011), reż. Nuri Bilge Ceylan

Pewnego razu w Anatolii stało się emanacją ceylanowskiego marzenia, by połączyć te wszystkie składniki i jednocześnie postawić swój autorski stempel. O ile dzieła takie jak Uzak, Trzy małpy czy Klimaty spełniały się jako kameralne, wręcz klaustrofobiczne dramy, tym razem Turek podjął się nie tylko kina gatunkowego – kryminału, ale poszerzył znacznie liczbę aktorów i odważnie ruszył w anatolijskie pustkowia, nadając całości epickiego rozmachu. Wciąż jednak autor Miasteczka pozostaje dość przekorny, bo mimo panoramicznego obrazu i policyjnej tematyki, nader często lądujemy we wnętrzu wypchanego po brzegi ludźmi radiowozu lub skupiamy się na mało znaczących dla śledztwa wymianach zdań między bohaterami. Kamera chętnie bada wszystko poza przedmiotem toczącej się sprawy, a dowodzącego grupą policjantów komendantem rozpraszają raz po raz telefony od żony. Ceylan zmierza rzecz jasna ku rozważaniom filozoficzno-socjologicznym, ale nie umyka również przed komizmem. Trudno zresztą nie dostrzec śmieszności, ale i pewnej życiowej nauczki, w meandrującej opowieści o tym, jak pośród nocy policjanci z prokuratorem, lekarzem i zbrodniarzem, który zapomniał, gdzie zabił, bo był pijany, poszukują miejsca zbrodni. Toż to metafora naszej egzystencji: jak dzieci we mgle wypatrujemy prawdy, a jesteśmy i tak omamieni zjawiskami oddalającymi nas od niej.

17. Drzewo życia 🇺🇸 (2011), reż. Terrence Malick

Piąty długi metraż Terrence’a Malicka w ciągu 38 lat swojej kariery to najambitniejszy projekt Amerykanina, uhonorowany Złotą Palmą w Cannes. To próba połączenia historii pozornie zwykłej rodziny z Teksasu z opowieścią o kosmicznym porządku świata. W centrum tego wszystkiego znajduje się Jack (Hunter McCracken, Sean Penn). Jego życiowa droga to tylko pretekst do opowieści o patriarchalnej władzy, mitologizacji rodziny nuklearnej i amerykańskiego snu oraz pokazania okiem kamery pasażu obrazów przedstawiających narodziny wszechświata. W warstwie formalnej znajdziemy the best of Terrence Malick: narrację z offu będącą jednocześnie formą modlitwy do Absolutu czy przyrodę jako jeden z bohaterów świata przedstawionego. Znajdziemy też w nim maestrię operatorską Lubezkiego. Kamera w rękach Lubezkiego stale się kolejnym uczestnikiem wydarzeń, nie dominuje przestrzeni, ale krąży, dryfuje, zawiesza się pomiędzy ciałami. Niskie kąty, szerokie obiektywy i naturalne światło tworzą wrażenie percepcji ucieleśnionej, niemal dziecięcej.

Szymon Pazera
Szymon Pazera

16. Złe życie / Życie złe 🇵🇹🇫🇷 (2023), reż. João Canijo

Na poziomie metafilmowej gry już sam układ dyptyku – Viver Mal zdradza to, czego nie słychać lub nie widać w Mal Viver – odzwierciedla sens idiolektycznego języka Canijo. Tak, jak czułe małżowiny bohaterek wyłapują absolutnie każdą nutę z hotelowego fado, ale na większość pozostają otępiałe, tak i widz nie jest w stanie wyzbyć się doświadczenia poprzedniego seansu. Podsłuchiwanie i emocjonalna inżyniera nie tylko są nierozłączne, ale również konieczne – w taki sposób zdaje się komentować rzeczywistość Portugalczyk. I sugeruje, że nieodzowne dla akceptacji tego mariażu jest powitanie wszystkich jego dzieci, bez wyjątku – pływanie w czepku nie uchroni przed chlorem tego świata, a zatkanie uszu nie sprawi, że słowa przestaną się poruszać.

poborca
Tomasz Poborca

15. Ścinki z życia szczęśliwego człowieka 🇺🇸 (2012), reż. Jonas Mekas

Jak wielkim mistrzem był Mekas pokazują dobrze Ścinki z życia szczęśliwego człowieka. Mając do dyspozycji dosłownie ścinki, odrzuty z innych ukończonych dzieł, zakomponował z tych „bezcelowych” (jak je nazywa) i poniekąd przypadkowych ujęć przepiękny pean na cześć świata i ludzkiej egzystencji, jakkolwiek zwyczajna i banalna by ona nie była. To hołd złożony rzeczywistości i swoiste podsumowanie całej twórczości, o ile nie całego życia. Twórca uderza tu bowiem w inwokacyjny ton, tworząc swoistą wizualną modlitwę. Jest to również próba powrotu do dziecięcej intensywności przeżywania rzeczywistości. W ten sposób powstaje jeden z najpiękniejszych obrazów w filmografii Mekasa, ukazujący po prostu… fragmenty szczęścia. Dosłownie ścinki z życia szczęśliwego i spełnionego człowieka, z których – jak określił to nasz redaktor Wojciech Sławnikowski – niby nic nie wynika, a jakby wynikało z nich wszystko.

14. Błysk diamentu śmierci 🇧🇪🇱🇺🇮🇹🇫🇷 (2025),
reż. Hélène Cattet, Bruno Forzani

Nostalgia bohatera ostatniej akcji za starymi dobrymi czasami to dla Cattet i Forzaniego idealny przyczynek do złożenia typowo postmodernistycznego hołdu w swoim stylu dobrodziejstwom kultury lat 50. i 60. Czytelne referencje do podmianek aktorów w roli agenta 007, pulpowych klasyków czy uwielbianego przez reżyserów giallo dynamicznie tasowane są przez intensywne zabiegi audiowizualne. Nie brakuje błyskotliwie użytego splitscreenu, krzykliwych kolorów czy – z takim tytułem nie mogło być inaczej – diamentowych kadrów. Przyzwyczajeni do tiktokowej dynamiki albo onichrycznych poetyk mogą liczyć na stymulujące doznania. Nie rozczarują się też wielbiciele Resnais’go czy Robbe-Grilleta. Na cześć zdjęć Manuela Dacosse’a czy montażu Bernarda Beetsa już przy poprzednich filmach peany wznosili nawet ci sceptyczni wobec całościowego kształtu tych projektów. W Błysku diamentu śmierci na pierwszy plan wypływa jednak pion dźwiękowców w osobach Tricoire Martina i Oliviera Thysa. Czy mowa o pieniącym się piwie albo szumie fal, czy o zrywanej z twarzy skórze i łamanych paznokciach – audialny pejzaż wbija w trzewia ostre szpile. Gdyby przyznawana była nagroda za najlepszą czołówkę, to i tu nie mieliby sobie równych, prezentując skok rubinowych napisów z kameralnego jachtu w głębie morza, tłumiąc brzmienie epokowego kawałka na wzór gęstości wody.

Julia Palmowska
Julia Palmowska

13. Malmkrog 🇷🇴 (2020), reż. Cristi Puiu

Puiu w zjawiskowych kostiumach i przepięknych makijażach i fryzurach opowiada w Malmkrogu o całej ludzkości, o jej wielkości i słabości. Więc jak dziwić się temu, że efekt staje się wyczerpujący dla widza? Pewne tematy, formy i rozwiązania fascynują, chociaż sprawiają cierpienie – i taki właśnie jest ten film. Monumentalny, wymagający i fascynujący. Kino ponad granicami, kino ponad ograniczeniami, a tak w te ograniczenia, w ściany i w formy wciśnięte. Jestem przekonany, że będzie to jeden z najczęściej analizowanych i najdogłębniej rozkładanych na czynniki pierwsze obrazów nowej dekady.

Marcin Prymas
Marcin Prymas

12. Pochwała miłości 🇫🇷🇨🇭(2001), reż. Jean-Luc Godard

Bez Jean-Luca Godarda zestawienie najlepszych filmów ostatniego ćwierćwiecza nadawałoby się tylko do kosza. Na przekór leniwemu rozpłaszczaniu się na własnym pomniku, co częste wśród starzejących się twórców, on swojemu ostrzu stępieć nie pozwalał. Pochwała miłości otwiera nowe millenium w filmografii Godarda – okres, w którym z nader witalną, młodzieńczą wręcz fascynacją rozbijał się łokciami w nowinkach (dość wspomnieć chociażby eksperymenty z technologią 3D w Pożegnaniu z językiem). Ze charakterystycznym dla niego połączeniem…apologią estetyki amatorszczyzny, a z drugiej elegancką eseistyką wydaje się lepiej niż ktokolwiek inny odpowiadać współczesnym dylematom. 

W 2001 roku Godard zadał pytanie, czym jest miłość. Nad odpowiedzią zawiesił ducha Simone Weil, którą Edgar, główny bohater Pochwały…, wymienia obok Hannah Arendt jako swój ideał kobiety. Choć w twórczym zamiarze ma przedstawić różne wizje domyślnie romantycznych relacji międzyludzkich w różnym wieku i w kolejnych etapach rozwoju, to nie tętni młodzieńczym zachwytem pierwszego spojrzenia, ale zapada się w nieobecnym wzroku ze skapującą z oka łzą, rozpływając w melancholii i nostalgii niespełnienia (szczególnie kiedy brzmi Arvo Pärtem). Elegia dla poszukujących. „Nie ma ludzi dorosłych”, więc kiedy młody reżyser poszukuje do swojego filmu aktorów, młode i stare twarze znajduje bardzo szybko, a to, co pośrodku rozmywa się mu w szerokiej spektrualności. Godard dzieli rozważania na wyraźne dwie części. Pierwsza z nich, osadzona w Paryżu, została nakręcona na czarno-białej taśmie i przedstawia pracę Edgara nad filmem o miłości. W drugiej młody reżyser musi w końcu powrócić do przeszłości, czasu, który połączył w sobie apologię miłości, Simone Weil i nienawiść do Amerykanów. Nie mogło przecież w Pochwale… zabraknąć krytyki amerykańskich paradygmatów, i tu Steven Spielberg występuje w roli metonimii hollywoodzkiego przywłaszczania historii. Godard chwyta za kamerę wideo i podąża za Edgarem do oderwanej od urbanistycznego wyobcowania Bretanii. Tylko tutaj Edgar może napotkać Ją i starszą parę, która dopiero ujawnia mu w całej swej glorii miłość.

Pochwała miłości skąpana jest w naiwności młodzieńczych lektur, miłości do Weil i Bataille’a, zwyczajnej melancholii nadzwyczajnych emocji. Wysoka saturacja barw w części wideo wobec czarno-białej teraźniejszości pulsuje życiową energią. Oto przeszłość żywsza niż późniejsze refleksje nad nią, nawet jeśli Godard zdaje się zza ekranu kwitować miłosne rozterki Edgara słowem „życie” niczym Boguś Li. Filmowe Liebesträume – „kochaj, póki możesz!”. Nic dziwnego, że rok później kadr z Pochwały miłości znalazł się na okładce fenomenalnego Soul of Things kwartetu Tomasza Stańki. I nie był to ostatni raz, kiedy unikalna współpraca Godarda z ECM-em pozwoliła Manfredowi Eicherowi pożenić światy tych dwóch artystów.

Julia Palmowska
Julia Palmowska

11. Koń turyński 🇭🇺 (2011), reż. Béla Tarr

Koń turyński jest domknięciem kosmologicznego mitu kreślonego na kartach starotestamentowej „Genesis”. Ujęta w sześć z pozoru podobnych do siebie dni opowieść to w istocie odwrócony mit stworzenia, powrót do początku. Najpierw stopniowo zamiera organiczna różnorodność – cichną chrobotania korników, koń buntuje się przed kolejną wyprawą i odmawia przyjmowania pożywienia. Potem wysycha woda, która była podstawą egzystencji mieszkańców chałupy. Wreszcie gaśnie światłość. Koniec świata zakrada się do życia bohaterów w ciszy, mimochodem. De facto już dawno się rozpoczął, tylko rozpaczliwie przesuwano w czasie moment rozpoznania. To, co dzieje się na ekranie, to jedynie przypieczętowanie tego, co musiało się wydarzyć. „Bogów nie ma” – stwierdza sąsiad odwiedzający ojca, by zdobyć ostatni łyk palinki. Apokalipsa u Tarra nie jest piękna i efektowna. Rozgrywa się na uboczu, w powolnym zawieszaniu codziennego, znanego rytmu. Koniec świata jest zimny, szary, przyziemny. Ludzki. „Musimy jeść” – stwierdza starzec pochylony nad skrzypiącym w zębach ziemniakiem, dla którego zabrakło już wody. W nietzscheańskiej rzeczywistości Tarra, w której dążenia postaci są z góry bezcelowe, a podejmowane przez nie wysiłki nie są w stanie niczego zmienić, pozostaje już tylko zaufanie atawistycznym instynktom.

Katarzyna Szpot-Prusak

10. Holy Motors 🇫🇷🇩🇪🇧🇪 (2012), reż. Leos Carax

Carax w Holy Motors pozostaje sobą, a może wręcz staje się sobą jeszcze bardziej niż zwykle. Jego kinofilska natura, niepokorny charakter oraz fascynacja podpatrzonymi i przez lata rozwijanymi rozwiązaniami z dzieł nowofalowych czy kina niemego znalazły tu pełną egzemplifikację. W tej szalonej, a jednak wykładanej prostymi środkami historii śledzimy losy Pana Oskara (imię zapewne nieprzypadkowe), który przemierza Paryż w śnieżnobiałej limuzynie, raz po raz wcielając się w różne postaci według znajdowanych w aucie scenariuszy. Ulubieniec i przyjaciel Caraxa, Denis Lavant, odgrywa tu kilkanaście ról (Tadeusz Lubelski doszukiwał się tu nomadologii Gillesa Deleuze’a), wcielając się choćby w tę ikoniczną rudą bestię w zielonym odzieniu, która przypomina jako żywo opętanego doktora Mabuse z arcydzieła Fritza Langa. Staje się, co celnie zauważył w swej recenzji dla „Dwutygodnika” Michał Oleszczyk, jak ​​„Fantomas, materializując się to tu, to tam, i zazwyczaj siejąc zamęt”. Odniesień jak do filmu Louisa Feuillade’a znajduje się tu zresztą dużo więcej, Carax wszak fascynuje się naturą opowieści, kinetyczną siłą kina, igraniem z naszą uwagą i przyzwyczajeniami, jest postmodernistą pełną gębą, a wręcz jak pisał Andrzej Zalewski: czołowym przedstawicielem nurtu postmodernizmu innowacyjnego („Strategiczna dezorientacja. Perypetie rozumu w fabularnym filmie postmodernistycznym”). Nie bez kozery pojawiają się tu przecież Édith Scob, przywołująca od razu Oczy bez twarzy Georges’a Franju, Michel Piccoli, aktor-symbol Nowej Fali i ikona X Muzy, czy Kylie Minogue i Eva Mendes, które uosabiają komercyjne oblicze muzyki i kina.

9. Kosmos 🇫🇷🇵🇹 (2015), reż. Andrzej Żuławski

Kosmos zdaje się sugerować, że być może jedynym sposobem na to, aby oswoić rzeczywistość, jest sztuka. Witold opisuje wszystko w swoim laptopie, tworząc powieść, a i samo dzieło filmowe raz po raz uderza w metatekstualne tony. Ich zwieńczeniem są „ujęcia z planu”, jakie mamy okazję oglądać na napisach końcowych (chwyt ten reżyser zastosował już w Kobiecie publicznej, 1984), ale wielorakie odniesienia do dzieł kultury przypominają o sztuczności przedstawionego świata. Oddają one hołd innym twórcom i są po prostu świetną zabawą, chyba nie tylko dla widza. Żuławski podrzuca aluzje do swojej własnej twórczości, ale można dostrzec tu również odniesienia do Marcela Carné i Jacques’a Preverta, Bessona i Bressona, Pasoliniego, Felliniego i Buñuela, Chaplina i Spielberga. Do tego nawiązania literackie (Dante, Sartre, Flaubert, Stendhal), nie wspominając o tych dotyczących malarstwa, teatru i innych dziedzin sztuki.

8. Głód miłości 🇫🇷 (2001), reż. Claire Denis

Kino Claire Denis swoją wszechstronnością i nieustannym poszukiwaniem człowieczeństwa w miejscach i okolicznościach go pozbawionych zdefiniowało lata dziewięćdziesiąte i zerowe. Od kolonialnej Czekolady, czy osobistych U.S. Go Home i Nie mogę zasnąć, przez homoerotyczną fascynację wśród musztry Legii Cudzoziemskiej w Pięknej pracy oraz malarski bezruch Piątkowej nocy po filozoficzne rozważania samotności, globalizacji i nieuniknionej śmierci Intruza. Każda z produkcji Denis jest wyjątkowa, estetycznie i gatunkowo inna, lecz (w większości) tak samo odrzucająca sporą część widzów i krytyki swoim wyciszeniem i niedopowiedzeniem. Czternastego maja 2001 roku, dzień po canneńskiej premierze Głodu miłości brytyjski Guardian opublikował relację z tego wydarzenia pod tytułem: „Cannes audience left open-mouthed”. Tekst zaczyna się od słów o „pierwszym wielkim skandalu”, informuje także, że „nawet francuscy krytycy buczeli i wychodzili z seansu”, a następnie cytuje wypowiedź Jean-Paula Marceau: „Film jest okropny. Nie da się go obronić z żadnej perspektywy […] Nie mogę tego szanować”. Tak silną reakcję alergiczną wywołało sięgnięcie przez reżyserkę po język Francuskiej Nowej Ekstremy do opowiedzenia o pożądaniu, niezrozumieniu i bezkompromisowości uczuć.

Nocny Paryż staje się w Głodzie miłości sceną poszukiwań i łowów, ale przede wszystkim przestrzenią nadziei na niemożliwe wyzwolenie. Zrodzona z niezrealizowanego pomysłu sprzed dekady i długiego medycznego researchu erotyczna wampiryczna baśń przedstawia relacje jako polowania, a związki – niewolę. W centrum wszystkiego naukowcy – Amerykanin (Vincent Gallo), niby w podróży poślubnej, lecz może raczej ostatniej desperackiej próbie odzyskania siebie oraz Francuzka (Béatrice Dalle) ogarnięta żądzą krwi. Ludzkie płyny fizjologiczne pokrywające nagie ciała malarsko portretuje Agnès Godard, a pytania o symboliczne znaczenie tego całego gore, pozostają otwarte. W maju 2001 roku mordercze żniwa AIDS słabły, a bezprecedensowy rozrost inwigilacji post-9/11 dopiero nadchodził. Te wszystkie lęki znajdują swoje odbicie w wyjątkowym i napędzanym wybitną ścieżką dźwiękową Tindersticks manifeście niemożliwego do ugaszenia pragnienia wolności, bliskości i zrozumienia.

Marcin Prymas
Marcin Prymas

7. Twin Peaks: The Return 🇺🇸 (2017), reż. David Lynch, Mark Frost

Zanim podniesiecie larum, że to profanacja rankingu filmowego, wiedzcie, że obecność serialu w tym zestawieniu to nie pomyłka, lecz świadoma deklaracja wiary. David Lynch zamienił powrót do Miasteczka Twin Peaks w publiczną egzekucję, której preludium mieliśmy w Ogniu krocz ze mną. Kto czekał na cholernie dobrą kawę, ciepły placek z wiśniami i sentymentalne spotkania po latach, dostał w twarz atomowym grzybem, surrealizmem i destylowanym mrokiem. Trudno określić ten projekt po prostu trzecim sezonem; to osiemnastogodzinny, artystyczny terroryzm sfinansowany przez stację Showtime, która wręczyła twórcom czek in blanco na zniszczenie telewizyjnych konwencji.

Lynch i Frost odrzucili gorset Złotej Ery Seriali, udowadniając, że współczesna telewizja wciąż jest zakładnikiem bezpiecznych schematów. Zamiast kryminalnej zagadki otrzymujemy transcendentalną podróż z logiką koszmaru. Reżyser z sadystyczną precyzją każe nam godzinami obserwować katatonicznego Dougie’ego Jonesa, zamieniając seans w test na uważność, by nagle uderzyć wizualnym szaleństwem odcinka 8. Ekran zmienia się w reaktor: zamiast muzyki – trzask psującej się rzeczywistości i wchodzące pod czaszkę elektryczne buczenie. Świat lepki od smaru, krwi i taniego lakieru do włosów.

Kyle MacLachlan na naszych oczach uśmierca mit idealnego Coopera. Rozpięty między katatonią a lodowatym okrucieństwem Pana C. staje się polem bitwy o resztki człowieczeństwa. W epoce cynizmu tylko Lynch miał czelność traktować walkę Dobra ze Złem serio, zmuszając do szukania światła na dnie szamba.

Grzegorz Narożny
Grzegorz Narożny

6. Rycerz pucharów 🇺🇸 (2015), reż. Terrence Malick

Kino naszego stulecia często spotyka się z zarzutami powtarzalności i pustej, nużącej gry oklepanymi motywami. Tym większą sensacją stają się dzieła wciąż zdolne do przełamania tej stagnacji – za takie pójście pod prąd tendencjom współczesnego kina wypada uznać Rycerza pucharów, jeden z najjaśniejszych punktów w karierze Terrence’a Malicka – poety filmu o niezwykłej umiejętności nadawania swoim dziełom wszechogarniającego charakteru. Obraz z 2015 roku to projekt szczególnie niekonwencjonalny na tle jego dorobku, rozwijający z niezwykłą lekkością znane m.in. z Drzewa życia (2011) zagadnienie relacji pomiędzy jednostką a kosmosem (a może wręcz absolutem). Oglądając Rycerza pucharów, doznajemy uczucia, jakby Malick na naszych oczach powoływał do życia nowy język kina, w którym wyświechtane pojęcia w rodzaju „onirycznej poetyki” czy „subiektywizmu narracji” ukazują się w zupełnie nowym świetle, a sztampowa historia o pogłębiającym się kryzysie emocjonalnym hollywoodzkiego scenarzysty rozlewa się w ciąg dezorientujących refleksji na tematy kosmiczno-egzystencjalne.

5. Mulholland Drive 🇺🇸 (2001), reż. David Lynch

Tym, co napędza fenomen dzieła Davida Lyncha, jest fascynacja, rozumiana wielorako i otaczająca film ze wszech stron. Po pierwsze, to fascynacja, którą odczuwa Betty (Naomi Watts), spotkawszy po przyjeździe do Los Angeles tajemniczą Ritę (Laura Harring), i która popchnie obie bohaterki do przeprowadzenia amatorskiego śledztwa w celu poznania tożsamości dotkniętej amnezją Rity. Po drugie, to fascynacja samą tajemnicą, umiejętnie dawkowaną przez Lyncha, który sprawnie operuje filmowymi konwencjami, przy okazji bezceremonialnie je łamiąc. Po trzecie, to fascynacja Hollywood, wspólna tak widzom, jak i głównej bohaterce, motywująca ją do przyjazdu do Los Angeles, a nas do uważnego podążania jej śladami. To wreszcie również fascynacja samym filmem, niegasnąca od dwóch dekad, zarówno dzięki sile jego oryginalności i nastroju, jak i przenikliwości zawartej w nim krytyki hollywoodzkiego systemu, która nie przestała być aktualna i zwłaszcza po ruchu #MeToo pozwala oglądać dzieło Lyncha w odnowionym świetle. W Mulholland Drive obnażony zostaje zarówno mit Hollywood jako fabryki snów i słonecznej kuźni gwiazd, jak i jego przeciwieństwo, „anty-mit”, w którym wady systemu wytłumaczone są wpływami bliżej nieokreślonych potężnych organizacji. Wszystko to składa się na film nieoczywisty i podatny na ciągłe reinterpretacje z każdym kolejnym seansem.

Wojciech sławnikowski
Wojciech Sławnikowski

4. Pacifiction 🇫🇷🇪🇸🇵🇫 (2022), reż. Albert Serra

Choć Serra odchodzi tu od twórczej strategii, do której przyzwyczaił widzów przez lata twórczości, pewne założenia pozostają niezmienne. Pacifition, podobnie jak Liberte, Śmierć Ludwika XIV czy Historia mojej śmierci, wydaje się filmem zawieszonym między antynomiami: rajem a piekłem, życiem a śmiercią, prawdą a fałszem, racjonalnością a szaleństwem czy przeszłością a teraźniejszością. Ocean Spokojny bezruch ma jedynie w nazwie, zgoda panująca na pierwszym spotkaniu De Rollera z miejscowymi, jakie widzimy, okazuje się tylko pozorem, a klub o wdzięcznej nazwie Paradise siedliskiem przysłowiowej sodomy i gomory. W końcu główny bohater popada w szaleńczą wątpliwość co do statusu rzeczywistości, w którą Serra wprowadza widza za pomocą onirycznych zdjęć w bajkowych barwach autorstwa Artura Torta, pracującego z reżyserem przy poprzednich dziełach. Równie hipnotyzującą grę reżyser prowadzi z dźwiękiem, którego wyrazistość i moc zmienia się w zależności od stanu, w którym znajduje się już urzędnik.

Julia Palmowska
Julia Palmowska

3. Millennium Mambo 🇹🇼🇫🇷 (2001), reż. Hou Hsiao-hsien

Szybujące ujęcia, złośliwie leniwe i obojętne na pozakadrową dramaturgię, z cierpliwością godną szacunku kreują mikro-wyłomy w strukturze utworu Hou Hsiao-hsiena. Nie wykładając klarownego obrazu sytuacji, zawieszają spełnienie wojerystycznej zachłanności widza; czynią kanwę wydarzeń otwartą i podatną na wpływy z zewnątrz. Z jednej strony wyciągają dłoń do portretowanych bohaterów (gangsterów, DJ-ów, hostess i 80-letnich kinofilek z Yūbari), próbując przedrzeć się przez geometrię codzienności, przez dzielące ich ściany – architektoniczny noise cancelling psujący się za każdym razem, kiedy sąsiad robi domówkę, a z głośników trzeszczy coś o białych mewach. Z drugiej natomiast te półruchome źródła gościnności zapraszają także każdego z nas. Są tymi „nieścisłymi wyrażeniami”, których według Deleuze’a potrzebujemy, „aby opisać coś w sposób ścisły”.

poborca
Tomasz Poborca

2. DAU (projekt) 🇷🇺 (2021), reż. Ilja Chrżanowski, Jekaterina Oertel

Projekt DAU urodzonego w Moskwie reżysera Ilji Chrżanowskiego wydaje się najambitniejszą realizacją filmową wszech czasów. Zarówno pod kątem produkcji – zdjęcia powstawały przez blisko trzy lata, na terenie wielkości dwóch boisk piłkarskich, jak i rezultatu prac – 700 godzin materiału na taśmie 35 mm, zmontowane później w cztery serie, trzynaście filmów pełnometrażowych, publikację interaktywną i wystawy. Plan funkcjonował dzień w dzień przez blisko trzy lata, a na stałe w sztucznym miasteczku zamieszkało kilkaset osób, wybranych drogą castingu. Uczestnicy przedsięwzięcia otrzymywali wynagrodzenie w rublach radzieckich, które mogli wydać wyłącznie na miejscu, a całość przerodziła w istny eksperyment antropologiczny, znacznie wykraczający poza standardowe rozumienie pracy w studio. (…) Nie sposób oceniać go w kategoriach tylko kina albo tylko performensu czy teatru. To niewątpliwie opus magnum Chrżanowskiego, ale też, nie bójmy się tego słowa, dzieło totalne – totalnie zawłaszczające sobie zarówno uczestnika, jak i odbiorcę, ustanawiające własne warunki produkcji, obiegu i recepcji, podnoszące poprzeczkę naprawdę wysoko kolejnym projektom skupionym na historycznych rekonstrukcjach. Takie rzeczy tylko we współczesności.

1. Goodbye, Dragon Inn 🇹🇼 (2003), reż. Tsai Ming Liang

Goodbye, Dragon Inn Tsai Ming-lianga to również dzieło niezwykle precyzyjnie zrealizowane. Mistrzowskie operowanie dźwiękiem pozakadrowym, wyrafinowana inscenizacja na poziomie komponowania ujęć i budowania ich wizualnej wielopłaszczyznowości kodują wszystkie znaczeniowe niuanse ukryte w pojedynczych scenach. To one tworzą nastrojową, melancholijną, chwilami wręcz oniryczną opowieść o doświadczeniu pustki, ulotności i przemijania. Piękno arcydzieła Tsaia polega między innymi na tym, że poprzez jego wyrafinowane audiowizualia można zarówno zatopić się w intelektualnych rozważaniach dotyczących na przykład autotematyzmu, jak również przeżyć prostą, ale poruszającą opowieść o ludziach, którzy przeżywają „tylko” kolejną noc samotności.

Kacper Słodki
Kacper Słodki