Kelly Reichardt od lat uchodzi za autorkę kina nade wszystko minimalistycznego, realistycznego i społecznie wyczulonego. Coraz wyraźniej widać jednak, że równie istotnym elementem jej filmografii są gatunkowe subwersje: po anty-thrillerze i kilku anty-westernach przyszedł czas na przewrotną wariację na temat pewnego rodzaju kryminału.
The Mastermind to najbardziej ironicznie zatytułowany film tego roku. Co prawda JB Mooney (Josh O’Connor) jest mózgiem kryminalnej operacji, ale daleko mu do intelektualnych wyżyn. Razem z dwoma pomniejszymi przestępcami napada na lokalną galerię sztuki i kradnie cztery modernistyczne obrazy. Nasuwa się oczywiste pytanie: dlaczego? Czy te dzieła sztuki są warte fortunę? Czy główny bohater szuka środków na leczenie chorego syna? Nie – JB rabuje galerię, ponieważ najzwyczajniej w świecie jest przekonany, że może (i darzy sympatią prace Arthura Dove’a).
Wątpliwe motywacje to dopiero początek dekonstrukcji konwencji heist movie przez Reichardt. Reżyserka z wielką precyzją prezentuje plan napadu, skupiając się na jego fundamentalnym absurdzie i znikomej szansie na powodzenie. Mooney jest wręcz antytezą postaci typu Danny Ocean – podejmuje jedną złą decyzję za drugą, a ktoś zawsze znajduje się o krok przed nim. Nie ma w tym nic dziwnego, skoro nie jest on zawodowym złodziejem, a bezrobotnym stolarzem.
Swojemu fachowi JB zawdzięcza jedyną część układanki, którą wykonał perfekcyjnie – drewnianą skrzynię na obrazy. Z łatwością mógłby być porządnym rzemieślnikiem, dobrym mężem i ojcem dwójki dzieci – gdyby nie myślał, że jest ponad to. Zaprzepaszcza zupełnie dostateczną codzienność w imię czegoś, co ubzdurał sobie, że mu się należy. Mooney ucieleśnia amerykańskie wypaczenie indywidualizmu, życiową roszczeniowość, męską brawurę. Napotkane podczas ucieczki protesty przeciwko wojnie w Wietnamie są dla niego wyłącznie białym szumem, ignorowanym na rzecz pogrążania się w marazmie własnej egzystencji.
The Mastermind to jedna z najlepszych komedii tego sezonu. Perełką jest sekwencja napadu: śpiący opiekun ekspozycji, niezręczność amatorskich rabusiów i starsza para, biorąca facetów z rajtuzami na głowie za woźnych. Moim ulubionym, powracającym rytmicznie żartem jest po prostu twarz Mooneya, emanująca zdumiewającym poczuciem niesprawiedliwości. Raz po raz uśmiechałem się także dzięki wspaniałej ścieżce dźwiękowej Roba Mazurka – skocznej, jazzowej i poprzez zgodność z konwencją podkreślającej rozlaną po opowieści ułudę.
Nad całością unosi się cień kina Roberta Bressona: widoczny nie tyle w pieczołowitym obrazowaniu detali, co w fantastycznej, wycofanej kreacji Josha O’Connora. Wyraźniej odczuwalny jest duch Antonioniego: sposób, w jaki JB przekształca swoją tożsamość – nie w akcie wyzwolenia, a podsuniętej przez los ucieczki przed rzeczywistością – odzwierciedla ideę filmu Zawód: Reporter. Ale co najważniejsze, The Mastermind to dzieło niemożliwej do pomylenia Kelly Reichardt: niespieszne, pełne szczegółów, wielce zainteresowane przestrzenią i relacją z zajmującymi ją ludźmi. Tym razem w nadzwyczaj przystępnym wydaniu, zachęcającym do odzierania gatunkowych fasad i zanurzania się w znajdujących się pod nimi warstwach.
The Mastermind
Rok: 2025
Kraj produkcji: Wielka Brytania, USA
Reżyseria: Kelly Reichardt
Występują: Josh O’Connor, Alana Haim, Hope Davis, Bill Camp i inni
Dystrybucja: Mubi
Ocena: 4,5/5
