Z Testamentem Ann Lee miałem okazję już się zmierzyć przy okazji festiwalu w Wenecji. Wtedy, osłupiały intensywnością doświadczenia, nie czułem się gotów poświęcić mu dłuższego tekstu. Dzisiaj zastanawiam się równie zagubiony: co właściwie wydarzyło się na Lido?
W swojej depeszy z Biennale pisałem następująco: „Ze względu na kluczowych członków ekipy, filozofię pracy i wielkoformatową taśmę Testament of Ann Lee aż prosi się o porównanie z jednym z większych hitów zeszłorocznego sezonu – The Brutalist. Porównania tego najlepiej nie znosi, ale okazuje się, że w ogóle go nie potrzebuje. Film Corbeta, zgodnie ze zmyślonym życiorysem swojego bohatera, przypomina gęstą sinusoidę: co chwilę przechodzi od piękna do zgryzoty, budując dużą amplitudę emocji. Mona Fastvold natomiast, odwzorowując mechanikę drżących rytuałów szejkersów, nadaje swojemu obrazowi temperaturę lekkiego wrzenia i utrzymuje ją bez większego zawahania. To właśnie transowa energia, w pewnym momencie udzielająca się także najbardziej zaangażowanym widzom, stanowi największy atut filmu i czyni go niezwykle charakterystycznym przeżyciem. Szkoda tylko, że jego wielki potencjał tłumi zbędna rama narracyjna, okazjonalnie objaśniająca kontekst głosem z offu”.
Najbardziej minąłem się z prawdą w ocenie voice-overu, który zamiast sporadycznego dopowiedzenia, przyjmuje formę wikipedyjnej czytanki. Wraz z rozwojem akcji Mary Partington, najbliższa przyjaciółka Ann Lee, referuje jej życiorys od narodzin aż do śmierci, dokładniej komentując najważniejsze wydarzenia. Można odnieść wrażenie, że żaden fakt nie zostaje przywołany bez określonego celu. Przymusowa praca w XVIII-wiecznym Manchesterze hartuje ciało i uczy przetrwania; wczesny kontakt z seksualnością rodziców budzi wstręt do fizycznej bliskości; wymierzane przez ojca kary cielesne podkopują wiarę w autorytety. Co więcej, gdy pada informacja, że żadne z jej dzieci nie dożyło pierwszego roku życia, obraz nie pozostawia miejsca na wyobraźnię – kamera pokazuje zwłoki każdego z nich. Reżyserka niewiele sobie robi ze scenopisarskich reguł, przekornie obierając strategię show and tell, a nawet sing and dance.
To właśnie w scenach musicalowych Testament Ann Lee zaczyna przypominać prawdziwy film zamiast jednej, wielkiej, skrupulatnie budowanej tezy. Są one wyraźną przerwą od charakterologicznej wykładni i fabularnych objaśnień – od różnych form przemocy po duchowe przewodnictwo szejkersom. W tych układach pojawia się coś żywego, rytualnego, ucieleśniającego zarówno ból, jak i bezwarunkowe oddanie. Proste, repetytywne rytmy wchodzą w głowę, a Daniel Blumberg wydobywa z nich subtelną głębię. Choreografie hipnotyzują; można się w nich zgubić, poddać kolektywnemu pulsowi, zapomnieć o dydaktycznym szkielecie opowieści.
W centrum tego transu znajduje się fantastyczna Amanda Seyfried. Jej wykon łączy w sobie czułość i szaleństwo, jest naznaczony cierpieniem, a jednocześnie żarliwą motywacją do szerzenia dobra. Seyfried gra liderkę zgromadzenia z taką intensywnością, że łatwo zrozumieć, dlaczego wierni gotowi są podążyć za nią w każdy taniec i każdą radykalną doktrynę.
Problem polega na tym, że akcenty rozkładają się odwrotnie względem tego, co pisałem z Wenecji. To nie narracyjna rama jest tu dodatkiem, lecz muzyczne uniesienia, będące przerywnikami w książkowej, aż nazbyt sumiennej opowieści. Transowy stan zostaje zakłócony, zanim zdąży naprawdę zawładnąć widownią. Wydźwięk tego tekstu jest więc nieco gorzki, w dużej mierze dlatego, że stanowi zderzenie z zachwytem pierwszego seansu. Nie chciałbym jednak pozostawić wrażenia, że film Fastvold jest niewarty uwagi. Ba, nawet rozbudowaną gawędę da się obronić – wystarczy przyjąć rolę adwokata diabła. Ustanowiona w konwencji kroniki i legendy spełnia swoją funkcję: kreśli bogaty portret bohaterki i kształtującego ją otoczenia.
Jak na liderkę sekty, Ann Lee została potraktowana z wyraźnym podziwem: jej zawziętość wbrew przeciwnościom losu, zdolności przywódcze i wizjonerstwo wybrzmiewają z pełną mocą. W interpretacji Fastvold daleko jej do szarlatanki. Wykorzystywała swoją boską pozycję – nie dla próżnej chwały, ale jako narzędzie zabezpieczenia ekonomicznej przyszłości najbliższych. Istotna okazuje się outsajderska perspektywa ateistycznej reżyserki, która – mimo dużej uwagi poświęconej religijnym celebrom – nie traci z pola widzenia aspektu materialnego. Ważniejszy od samych objawień okazuje się projekt utopijnego społeczeństwa: świeckie, progresywne poglądy, próba stworzenia wspólnoty opartej na równości i współdzieleniu dóbr. Gdybym miał ująć wydźwięk filmu jednym zdaniem, powiedziałbym, że to wnikliwe studium odwiecznej relacji między materią a wiarą – między tym, co kształtuje idee, a tym, co przez nie zostaje przekształcone.
W Testamencie jest co doceniać, a jednak – wybijany raz po raz z hipnotycznych obrzędów – pozostaję z poczuciem niedosytu. To jedna z tych sytuacji, w których twórcy udowadniają, że dysponują wszelkimi narzędziami potrzebnymi do stworzenia czegoś naprawdę wyjątkowego – ale zwyczajnie nie mają takiej intencji. Wierna swoim dotychczasowym twórczym tendencjom Fastvold poprzestaje na realizacji ambitnej biografii i filmu historycznego, nie próbując radykalnie przekroczyć tych łatek. Oceniany w tych kategoriach obraz zasługuje na uznanie za oryginalność i realizacyjny kunszt. Choreografie i kompozycje oszałamiają, wielkie dorysówki budują malowniczą scenografię, a Seyfried bez wątpienia zasługuje na branżowe nagrody. Artystyczną niespójność zdradza natomiast nawet trudny do zaakceptowania tytuł. Obcujemy przecież z żywotem bohaterki, a jej spuściznę gorzko komentuje rzeczywistość: społeczność szejkersów liczy dziś zaledwie trzech członków. Nie mogło się to skończyć inaczej, skoro obowiązuje ścisły zakaz najprostszej metody szerzenia religii – reprodukcji.
Próbując zrozumieć, skąd brał się mój wenecki entuzjazm, rozważyłem wiele opcji. Nie mogę winić zmęczenia, które doskwierało mi na obu seansach. Nie przejdzie też small-talkowy unik i mówienie o pogodzie. Prawda jest taka, że po weneckim sukcesie The Brutalist i materiałach promocyjnych zapowiadających epicki, religijny musical, wokół filmu Fastvold powstała kolejna bańka samonapędzających się oczekiwań. W świetle konfrontacji pierwszego zachwytu z późniejszym chłodem Testament Ann Lee jawi mi się przede wszystkim jako film o potędze projekcji. Zarówno w psychologii, jak i w sali kinowej mechanizm ten pozwala nie tylko w coś uwierzyć, ale i przeżyć to całym ciałem. Matka Ann wmówiła sobie, że jest drugim wcieleniem Jezusa – a ja uwierzyłem w obcowanie z dziełem mistycznym.
Testament Ann Lee
Tytuł oryginalny: The Testament of Ann Lee
Rok: 2025
Kraj produkcji: USA, Wielka Brytania
Reżyseria: Mona Fastvold
Występują: Amanda Seyfried, Lewis Pullman, Thomasin McKenzie, Christopher Abbott i inni
Dystrybucja: Disney
Ocena: 3,5/5
