Czy lubisz seks? – recenzja „Teenage Sex and Death at Camp Miasma” – Cannes 2026

Jane Schoenbrun canneńską premierą wieńczy swoją trylogię medialną. Rozpoczęła się zgłębianiem tożsamości cyfrowej w filmie Wszyscy idziemy na wystawę światową. Potem było W blasku ekranu, przedstawiające portret dysforii płciowej przez pryzmat uwielbianego serialu telewizyjnego. Teraz nastała era Teenage Sex and Death at Camp Miasma i rozłożenie na czynniki pierwsze idei, że media, które konsumujemy w dzieciństwie nie tylko nas bawią, ale kształtują na całe życie.

Hipnotyzujące napisy początkowe rozwijają przed oczami widza prawdziwy, nostalgiczny palimpsest, na który składają się: chaotyczna kaskada zakurzonych kaset VHS, wycinki z dawnej prasy brukowej, plastikowe figurki oraz tabelki z Excela, bezdusznie rejestrujące spadające zyski z dystrybucji kinowej. W tle leci melancholijne, upiorne Nightswimming R.E.M. W ciągu dwóch minut, przypominających raczej chłodną prezentację w korporacji, reżyserka streszcza historię fikcyjnej serii slasherów opowiadających o obozie Miasma. Do tego popkulturowego cmentarzyska pamięci wkracza Kris (Hannah Einbinder), młoda i neurotyczna osoba niebinarna, która dotychczas stworzyła jedynie alternatywną wersję Psychozy z perspektywy wnętrza kabiny prysznicowej, czym oczarowała festiwal Sundance. Celem jej podróży pod granicę z Kanadą jest odnalezienie Billy Crystal (Gillian Anderson), oryginalnej final girl serii i zachęcenie jej do powrotu.

Produkcję Schoenbrun napędza instrumentalizm, poniekąd znak współczesności. Gest zatrudnienia głównej bohaterki przez studio jawi się jako wyrachowany ukłon w stronę nowej generacji widzów, szukających w kinie odzwierciedlenia tożsamościowej rewolucji. Młoda osoba chce odnaleźć starszą koleżankę po fachu, żeby na nowo zrozumieć swoje seksualne przebudzenie, spowodowane pierwszą częścią Camp Miasmy. Bohaterka portretowana przez Gillian Anderson wykorzystuje Kris, żeby na nowo sprowadzić potwora z głębin. On natomiast wraca tylko wtedy, gdy napaleni nastolatkowie przyjeżdżają do domków w lesie uprawiać seks. Każdy każdego chce, mówiąc niekulturalnie, „wyruchać”, ku własnej uciesze i szczytowaniu: cielesnemu czy finansowemu.

Przez cały film czekamy na ten wieńczący orgazm. Może on pojawić się w sposób dosłowny, może być spełnieniem artystycznym w postaci stworzenia lub obejrzenia dobrej produkcji. Schoenbrun eksploruje też ideę seksu. W jej interpretacji, przytaczanej ustami Kris, to wręcz astralne wydarzenie, podczas którego młodzi ludzie często czują się obco, jakby nie w swoim ciele. Przewrotnym zabiegiem wydaje się też nazwanie filmowego potwora Little Death, co stanowi czytelne nawiązanie do francuskiego eufemizmu la petite mort, małej śmierci – metaforycznego określenia na orgazm. Teenage Sex and Death at Camp Miasma to również wędrówka po głębinach freudowskiego świata, w którym Eros i Tanatos tańczą swój odwieczny chocholi taniec jako bliźniacze siły napędzające każdy gatunek i narracje w sztuce.

Początkowy kolaż o uniwersum okazuje się zaledwie preludium do gorzkiej tyrady Schoenbrun nad stanem ducha współczesnego Hollywood. Osoba reżyserska punktuje plagi naszych czasów, wymierzając ciosy w stronę: sztucznej inteligencji, wszechobecnej marvelizacji kultury, chronicznej plagi sequeli oraz cynicznego żonglowania emancypacyjną retoryką przez korporacyjnych potentatów. Diagnozy te, choć fundamentalnie trafne, mogłyby brzmieć wtórnie, gdyby nie fakt, że tchnięto w nie hipnotyzujący urok Gillian Anderson. Jej obecność na ekranie ma w sobie coś z wyrafinowanej ironii. Jej postać często wyszydza idee sequeli i bazowaniu na nostalgii, a u Schoenbrun poniekąd powtarza rolę edukatorki seksualnej z ukochanego przez publiczność Sex Education. Tegorocznym odkryciem festiwalu zostaje jednak Hannah Einbinder, która debiutuje w filmie pełnometrażowym. Aktorka znana dotychczas z serialu Hacks może stać się dla młodego pokolenia rodzajem zmysłowego objawienia, figurą fascynującą i nieuchwytną – dokładnie taką, jaką Gillian Anderson w „Z Archiwum X”. Kamera za nią podąża, Schoenbrun regularnie umieszcza ją w centrum kadru, fetyszyzuje drobne gesty i robi czułe zbliżenia na jej twarz.

Pozycja tegorocznego Un Certain Regard nawiązuje do szerokiej gamy klasyków, jak na geeka, którym jest Jane Schoenbrun, przystało. Często cytuje Fargo – od ujęć odbicia stóp na śniegu po charakteryzację Kris oraz jej wizerunek, przypominający Frances McDormand. Sama osoba reżyserska opisała swój projekt jako „Portret kobiety w ogniu osadzony w sequelu Piątku 13-ego”. Romansuje z Wideodromem Cronenberga, poprzez eksplorowanie relacji mediów z ciałem człowieka. Pomostem do hołdu w kierunku Davida Lyncha jest aktor Patrick Fischler – tu sprzedawca-duch na stacji benzynowej, u nieżyjącego mistrza znany z Mulholland Drive. No Ordinary Love Sade, opowieść o przytłaczającym, nierównym charakterze głębokiego pożądania, idealnie wybrzmiewa podczas intymnej sceny ekranowego duetu. Wreszcie to piękna laurka dla slashera – od najsłynniejszych obrazów Wesa Cravena do wyszydzanych B-klasowych produkcji, w tym Uśpionego obozu, serii filmów, która wydaje się najważniejszą inspiracją dla uniwersum stworzonego przez Schoenbrun.

Gdy Billy zadawała intymne pytania Kris o jej stosunki seksualne, przypomniał mi się ikoniczny wywiad Małgorzaty Domagalik ze Zbigniewem Bońkiem. Schoenbrun również tworzy swój teatr symboliczny, lecz w przeciwieństwie do przytaczanego przez piłkarza Stephane’a Mallarme – nazywa wiele przedmiotów po imieniu, nie niszcząc przy tym 3/4 uroku poetyckiego, utkanego ze szczęścia powolnego odgadywania. Jednak obydwoje są zgodni w jednym aspekcie: pewne rzeczy lepiej robić, doświadczać i eksplorować. Do tego zachęca najnowszy film Schoenbrun, pozostawiając z uniesionymi kącikami ust długo po seansie.

Teenage Sex and Death at Camp Miasma

Rok: 2026

Kraj produkcji: USA. Kanada

Reżyseria: Jane Schoenbrun

Występują: Hannah Einbinder, Gillian Anderson, Amanda Fix, Eva Victor i inni

Ocena: 4/5

4/5