Ręce wielu diabłów – recenzja „Take Out” – Pięć Smaków 2025

W tym roku Sean Baker cztery razy wychodził na scenę Hollywood Dolby Theatre, żeby odebrać Oscary za Anorę, a Shih-Ching Tsou zaczęła podbijać świat swoim pełnometrażowym debiutem Left-Handed Girl [NASZA RECENZJA]. Jednak dwie dekady temu wynajmowali małe nowojorskie mieszkanie, snując marzenia o podbiciu branży. Ich okna atakował zapach chińszczyzny, a spotkania z dostawcami jedzenia były codziennością. Tak narodził się pomysł na film oraz piękna, już blisko dwudziestoletnia współpraca, której owoce pokochał świat.

Fujian, prowincja we wschodnich Chinach była jednym z głównych źródeł migracji do Stanów Zjednoczonych. Podróż zdesperowanych za lepszym bytem najczęściej odbywała się nielegalnie, a odpowiadała za nią banda przemytników o nazwie snakeheads. Organizowali podróż, fałszowali dokumenty, relokowali do największych miast wschodniego wybrzeża oraz pożyczali pieniądze na bandycki procent, wykorzystując migrantów do ostatniego złamanego centa. Jedną z wielu takich ofiar był Ming Ding, główny bohater Take Out, którego poznajemy podczas nalotu dwóch windykatorów. Po torturach młotkiem otrzymuje ultimatum: albo do końca dnia uzbiera 800 dolarów na spłatę długu, albo kwota się podwoi, a sam zostanie jeszcze brutalniej ukarany. Ręce diabłów sięgają po jego ostatnie pieniądze trzymane w lodówce, a kurier rozpoczyna odyseję przez miasto, które nigdy nie śpi.

Od tego momentu rozpoczyna się istna walka z czasem. Kibicujemy młodemu dostawcy, żeby udało się zebrać pieniądze, a reżyserski duet często podkłada mu kłody pod nogi, odrzucając magię kina na poczet eksponowania realizmu, pokazując, że nie jest to wcale takie proste. Tu zepsuł się rower, tam niezadowolony klient każe mu uciekać, gdzie pieprz rośnie, a bariera językowa (Ming Ding mówi tylko po mandaryńsku) czasem odstrasza nowojorczyków od wsparcia kuriera kilkoma dolarami. To nie górnolotna opowieść o walce z systemem, ale próba wydostania się z labiryntu ekonomicznej niewoli. Dla Bakera i Tsou nie liczą się spektakularne gesty, obnażające patologię systemu, ale te intymne tragedie, które składają się na obraz współczesnej migracji.

Jednocześnie Take Out w swojej strukturze narracyjnej wykorzystuje motyw jednego dnia jako metafory życia. Zabieg, który w kinie społecznym wywodzi się z włoskiego neorealizmu (Baker i Tsou przede wszystkim inspirują się Złodziejami rowerów Vittorio de Siki), uwypukla tragedię głównego bohatera oraz, patrząc szerzej, całego prekariatu. Nawet jeśli Ming Ding zarobi na swój dług, to dlatego, że miał wystarczająco dużo szczęścia, ale z nowym dniem nastąpi reset i kolejne przeciwności, trudni klienci czy niefortunne wydarzenia. Jednocześnie reżyserski duet mądrze podkreśla, że 24 godziny nie zmienią życia ot tak, a piękne amerykańskie sny to bujda na resorach sprzedawana z pokolenia na pokolenie.

W swoim mikrobudżecie Baker i Tsou często świadomie korzystają z dobrodziejstw zasad Dogmy 95, jeszcze mocniej podbijając stawkę tragedii głównego bohatera i oszczędzając na tworzeniu filmu. Istnieje nawet legenda, że reżyser Red Rocket [NASZA RECENZJA] wyrzucił ekipę filmową w trakcie kręcenia, ponieważ widział, jak szybko i mocno kurczył się budżet. I tak zatrudnili nieprofesjonalnych aktorów, przez miesiąc kręcili wnętrza restauracji, żeby potem wmontować je do filmu, a przejażdżki po deszczowym Nowym Jorku są poza naciskiem na fatalną sytuację dostawcy wykorzystaniem naturalnego światła. I zamiast szukać wzniosłych metafor czy pokrzepiających narracji, twórcy zanurzają się w klaustrofobii miejskiej ekonomii. Ulica, kuchnia, korytarze, klatki schodowe, maleńkie mieszkania odwiedzane podczas dostaw – to wszystko przestrzenie, w których główny bohater musi stale negocjować swoje miejsce i stawkę napiwku.

W tej intymności jest metoda, ponieważ Take Out stał się kamieniem milowym dla późniejszej twórczości reżyserskiego duetu. Zaproponowana etyka patrzenia na jeżdżącego po mieście kuriera jako narzędzie pracy i opresji oraz pokazanie miasta jako sieć niewidzialnych przymusów to niewątpliwie siła tej kameralnej produkcji. To też początek długiej drogi na filmowy szczyt Bakera i Tsou. Poznali się w trakcie studiów w Nowym Jorku, potem Amerykanin podziękował jej w swoim debiucie w napisach końcowych pisząc, że uratowała mu życie. Następnie Tajwanka grała i pomagała w montażu kolejnych produkcji swojego przyjaciela i być może pójdzie za ciosem i w marcu przyszłego roku zdobędzie najważniejszą statuetkę w branży filmowej.

Nie jest sztuką stworzenie obrazu krytykującego kapitalistyczne narzędzia. W wielu polityczno-społecznych produkcjach znajdziemy tego typu treści, ale często reżyserzy prowadzą do bezrefleksyjnego wykorzystania nośnego tematu, żeby pojawić się na ustach widowni choć przez moment. Baker i Tsou poszli pod prąd, tworząc film o wymazywanych ze struktur pracowników, tych bez umów, ubezpieczeń i statusu prawnego, którzy jednocześnie, co przykre i ironiczne, cały ten system trzymają w ryzach. Potrzebujemy współcześnie więcej intymnych historii ubranych w szaty szczerych elegii dla bidoków. Nie musimy więcej słyszeć tych samych górnolotnych, odtwórczych frazesów, że zachłysnęliśmy się snami o potędze kapitalizmu i niewidzialną ręką wolnego rynku. Więcej o ludziach, mniej o systemie.

Szymon Pazera
Szymon Pazera

Take Out


Tytuł oryginalny: Take Out

Rok: 2004

Kraj produkcji: USA

Reżyseria: Sean Baker, Tsou Shih-Ching

Występują: Charles Jang, Jeng-Hua Yu

Ocena: 3,5/5

3.5/5