Ostatni sprawiedliwy – recenzja filmu „Stillwater”

Ostatni sprawiedliwy – recenzja filmu „Stillwater”

Tom McCarthy, któremu ogromną popularność przyniósł przede wszystkim jego debiut, czyli Dróżnik z 2003, a później odważny Spotlight, wraca z filmem Stilllwater, mającym swoją premierę na tegorocznym festiwalu w Cannes. Ta gatunkowa hybryda, zawierająca w sobie między innymi elementy westernu, stanowi subtelny portret zarówno jednostki, jak i kolektywnej świadomości Ameryki.

Fabuła filmu inspirowana jest prawdziwymi wydarzeniami – morderstwem amerykańskiej studentki, Meredith Kercher, podczas jej pobytu we Włoszech w 2007 roku oraz postacią Amandy Knox, oskarżonej o dokonanie zbrodni. Trwający cztery lata proces Knox był jednym z największych wydarzeń medialnych we Włoszech, a jej historia inspirowała zarówno twórców filmów fabularnych (Oskarżona Amanda Knox, Twarz anioła), jak i dokumentalnych (dostępna na Netfliksie Amanda Knox). Sięgnął po nią również McCarthy, ale nie w celu faktograficznej rekonstrukcji zdarzeń czy detektywistycznego spojrzenia, dającego albo możliwość rzutu kamieniem albo uznania jej za ofiarę systemu sądownictwa. Jej wina, przynajmniej dla pierwszych dwóch aktów, ma tutaj mocno drugorzędne znaczenie. Dla amerykańskiego reżysera cała historia stanowi jedynie pretekst do dekonstrukcji wartości, uważanych za święte w jego ojczyźnie. Choć powiewająca już w pierwszych scenach na tle ruin domów zniszczonych przez tornado flaga Stanów Zjednoczonych mogłaby być nieszczęśliwym zwiastunem pompatycznego kąpania się w amerykańskich mitach, McCarthy zabiera nas w zupełnie inną podróż.

Na pierwszym planie przewrotnie stawia ojca oskarżonej Allison (Abigail Breslin), Billa Bakera (Matt Damon). Człowieka wolnego fizycznie, ale czującego na karku oddech demonów przeszłości. Pogrążonego w letargu codziennej rutyny, gdzie rytm życia wyznacza ciężka praca, jedzenie na wynos i zasypianie ze zmęczenia przed telewizorem. Bill jest małomówny, niekonfliktowy i nad wyraz dobrze wychowany, a przede wszystkim mocno wierzący w tradycyjne, amerykańskie wartości. Co kilka miesięcy kupuje bilet lotniczy do Francji (w filmie wydarzenie przeniesione zostały z włoskiej Perugii do Marsylii), żeby odwiedzić przebywającą w więzieniu Allison. Kiedy podczas jednej z wizyt pojawia się szansa na wznowienie procesu, Bill nie cofnie się przed niczym, żeby dowieść niewinności córki.

Stillwater

Etos ostatniego sprawiedliwego wybrzmiewa tutaj na każdym kroku. Amerykanin w europejskim mieście, religijny wśród świeckich, tradycjonalista wśród wolnościowców, nie znający języka, mający za przewodnika jedynie niezłomną wiarę w niewinność swojego dziecka. Ale też człowiek umiejący zapuszczać korzenie, a Marsylia kusi nie tylko gorącym powietrzem, ale także potencjalną, nową rodziną, która może przynieść ukojenie zszarganym nerwom. Jednak to, co widz patrzący z boku analizuje racjonalnie, bohater tkwiący w epicentrum własnych zmagań widzi tylko na poziomie emocjonalnym. Dlatego mimo silnej wiary w naszego bohatera, nie mamy złudzeń co do toru, jakim potoczą się dalsze wydarzenia. Klimat fatum wisi w powietrzu i jest tak gęsty, że kroić go można nożem. Napięcie nie spycha nas jednak sztuczkami na krawędź fotela, a karmi powoli, równomiernie. Wiemy, że za błędy trzeba w końcu zapłacić, pytanie tylko w czyim imieniu? I na ile celem Billa jest pomoc w uniewinnieniu Allison, a na ile nakarmienie własnego ego naprawieniem ojcowskich błędów sprzed lat? Matt Damon, filar amerykańskiego kina, buduje rolę w głównej mierze na behawioralnym poziomie. Z dawnym, atletycznym ciałem teraz porośniętym warstwą tłuszczu, spuszczoną głową, bejsbolówką na głowie i zwrotami „yes, ma’am”, a jednocześnie wypełniającą oczy samotnością, sprzedaje swoją postać idealnie.

Swoistym bohaterem filmu jest Ameryka sama w sobie, pojmowana jako niezniszczalny bastion mitów, gdzie za deklaracją prawdy stoi ona sama. Gdzie sprawiedliwość zawsze zwycięża, szczególnie jeśli jest się człowiekiem głęboko wierzącym i głosującym na Trumpa. Celem McCarthy’ego nie jest jednak oddzielania białego od czarnego, wartościowanie postaw i używanie oklepanych środków narracyjnych w celach demaskacji. A raczej pokazanie, że wystarczy lekko poskrobać fasadę, żeby odkryć rdzę fundamentów. I co można z tym zrobić, kiedy nie mamy już wyjścia i musimy spojrzeć uczciwie w lustro.

Stillwater zachwyca koronkowością reżyserskiego rzemiosła, przemyślanego w najdrobniejszych szczegółach. Skąpana w słońcu Marsylia stanowi idealny kontrapunkt dla gatunkowego napięcia, które bezustannie miesza się z emocjami, nie sprowadzając ich jednak na histeryczne tory. McCarthy co prawda nie podejmuje ryzyka wyważania narracyjnych drzwi, jednak poprawność prowadzonej przez niego narracji ma swoje atuty – przede wszystkim oddaje ona przestrzeń bohaterom, budując pełnokrwisty, wyważony dramat – dotyczący nie tylko ojca walczącego za wszelką ceną o uniewinnienie oskarżonej o morderstwo córki, ale przede wszystkim rodzinnych więzów, za które trzeba wziąć odpowiedzialność, nawet jeśli cena do zapłaty okaże się zbyt wysoka. Koniec końców to film o pyrrusowym zwycięstwie i powierzchowności wartości, rozpoczynający się i kończący narracyjną klamrą o tym, że nic już nie jest takie, jak kiedyś – mity się kruszą.

Agnieszka Pilacińska
Agnieszka Pilacińska
Stillwater plakat

Stillwater

Rok:
2021

Kraj produkcji: USA

Reżyseria: Tom McCarthy

Występują: Matt Damon, Camille Cottin, Abigail Breslin i inni

Dystrybucja: UIP

Ocena: 3,5/5