Może potrzebuje naszych kości w ziemi, zanim ten czas nadejdzie.
Niejednego krytyka potrafiła zbić z pantałyku szczera sympatia Straubów do filmografii Johna Forda. W końcu mowa o twórcy, którego kino uchodziło za audiowizualną twierdzę konserwatywnych mitów, szowinistycznych spojrzeń i patriarchalnych ustawień rzeczywistości. Dość wspomnieć Richarda Rouda, dyrektora nowojorskiego festiwalu, a co istotniejsze – autora pierwszej anglosaskiej publikacji poświęconej komunistycznemu duetowi. I gdybym miał wybrać z bogatego zestawu fordowskich powijaków amerykańskiej państwowości obraz najtrafniej oddający ten sojusz, wskazałbym właśnie Steamboat Round the Bend, pozornie banalny portret mezaliansu z wyścigiem parowców w tle, a w gruncie rzeczy traktat o propagandowym potencjale deepfake’ów avant la lettre.
Rzeka Mississippi w obiektywie autora trylogii kawaleryjskiej ma bowiem w sobie coś z Loary z Itinéraire de Jean Bricard. Obie wpisują narodową traumę w tkankę przyrody – zmywają ślady przodków zmarłych na ich brzegach, ujawniając jednocześnie geologiczny wymiar historii skrywany w kolejnych, nawarstwiających się pokładach ludzkich szczątków. Francuski reżyser zauważył, że gdzieś zawsze zalega kałuża krwi, po której chodzimy, nieświadomi jej istnienia. Stosunek Forda do przeszłości jest podobny. Ich krajobrazy są po prostu zranione. A żartobliwy salut dumnego kapitana (Irvin S. Cobb) dla zjadanej przez korniki, opartej o konar łajby jego rywala (ostatnia rola Willa Rogersa) – oddajmy hołd zmarłym czekającym na pochówek – mógłby stanowić motto politycznej archeologii, którą w ruch wprawia ojciec chrzestny wszystkich westernów.
Podkreślam humorystyczny aspekt dzieła, bo lekkość, z jaką Ford porusza się po planszy militarnych i religijnych aluzji – nie tracąc z oczu romantycznego kośćca opowieści – zasługuje nie tylko na kulturoznawczy aplauz, ale również salwę niewymuszonego śmiechu. Chociaż konkurencja jest mocna, to być może najzabawniejszy z jego filmów. Dowcipy o Mojżeszu, Napoleonie, brytyjskiej rodzinie królewskiej, leniwej służbie więziennej oraz ikonach kowbojskiej bandyterki sypią się z rękawa, pełniąc jednak rolę służebną wobec kreacji świata niezwykle różnorodnego pod kątem klasowym i wyznaniowym. Tym samym na burcie tytułowej łodzi miejsce znajdzie dla siebie kaznodzieja, składający obietnice zbawienia na ołtarzu całkowitej trzeźwości, rufa zaś należy do marzycielskiego hochsztaplera, który za drobną opłatą skory jest odstąpić butelkę lekarstwa na bolączki wywołane wstrzemięźliwością duchową – weź tu się nie zgub.
Dezorientacja służy Fordowi do rozbrajania społecznych dychotomii: bagna (chaos, barbarzyństwo, ukrycie, sedentaryzacja) i rzeka (prawo, cywilizacja, forum publiczne, mobilność). Jak często bywa w jego utworach realizowanych w Monument Valley, tu również swoisty przesyt tradycji obraca się w jej krytykę. Najdoskonalszym wyrazem tej poetyki staje się pływające muzeum figur woskowych, którego spetryfikowani protagoniści ulegają tożsamościowej metamorfozie zgodnie z aktualną potrzebą konsumującej cienie ich glorii gawiedzi. Anonimowych mesjaszy zastępują Jesse James i Robert Ford, a Ulyssesa Granta generał Robert Lee (na marginesie dodam, że w Łodzi, w ramach dekomunizacyjnych porządków w nazewnictwie ulic, Teklę Borowiak zastąpił… John Wayne). Kiedy konfederacka sfora z widłami i pochodniami w dłoniach napada na wędrującą wystawę, dopiero widok weterana i dźwięk kultowej Dixie temperuje ich gniew. Co więcej, w opisanej scenie rasistowski motłoch ulega iluzji wyprodukowanej przez czarnoskórego operatora teatrzyku (wspaniały Stepin Fetchit).
Można powiedzieć, że amerykański reżyser problematyzował manipulację wizerunkami celebrytów (wróci do tego w Człowieku, który zabił Liberty Valance’a), zanim to było modne – inteligencja zawsze była sztuczna. Jego przenikliwość nie zatrzymywała się natomiast wyłącznie na puencie, z której zadowoleni mogli być zaledwie relatywiści. Ford był w końcu mężczyzną wielkiej wiary i jeśli nowy porządek oraz szczęście dwójki zakochanych z odmiennych kulturowo kręgów wymagały puszczenia z dymem całego panteonu narodowych herosów, niech tak będzie – hop do pieca! Bo autor takich arcydzieł jak The Long Gray Line – Straub mawiał, że to film eksperymentalny – czy Słońce świeci jasno tak naprawdę zawsze piętnował fanatyzm i ubolewał nad potrzebą uciekania się do przemocy, na piedestale stawiając tych bohaterów, którzy potrafili wynieść człowieczeństwo ponad ideologiczne waśnie. Wszystkich zaś, zarówno tych zasługujących na politowanie lub karę, jak i godnych szacunku, ukazywał z niebywałą empatią.
Widocznie coś drgnęło w dyskursie krytycznym ostatnich lat, zmieniły się warunki widzialności podobieństw. Nie tylko sale nowojorskiego Museum of Modern Art, londyńskiego Institute of Contemporary Arts czy lizbońskiej Cinemateca Portuguesa pękają w szwach podczas projekcji najbardziej niszowych tytułów. Kuratorzy zgodnie podkreślają, że współcześni kinofile, których wyobraźni ostrogę dały hurtowe dostawy torrentów podczas pandemii, z niespotykaną łatwością identyfikują analogie na zasadzie nawet najodleglejszych skojarzeń. Zdają sobie sprawę z ciągłości między Fordem, Renoirem i Straubami – jak wskazuje Edward McCarry, współzałożyciel The Theater of the Matters. Kto wie, może ta „nowa fala” pasjonatów przyniesie pokolenie równie niekonwencjonalnych twórców. I dobrze byłoby, gdybyśmy w Polsce również pozwolili się jej porwać.
Steamboat Round the Bend
Rok: 1935
Gatunek: dramat, komedia
Kraj produkcji: USA
Reżyseria: John Ford
Występują: Will Rogers, Anne Shirley, Irvin S. Cobb, Stepin Fetchit i inni
John Ford
Urodzony: 1 luty 1894
Zmarły: 31 sierpnia 1973
Wybrana filmografia:
1925: Królowa toru wyścigowego
1935: Potępieniec
1939: Dyliżans
1940: Grona gniewu
1941: Zielona dolina
1946: Miasto bezprawia
1948: Masakra Fortu Apache
1952: Spokojny człowiek
1956: Poszukiwacze
1962: Człowiek, który zabił Liberty Valance’a
1966: Siedem kobiet