Nowe dokumenty Wernera Herzoga to specyficzne zjawisko w świecie współczesnego dokumentu – z uwagi na olbrzymi dorobek reżyser, nie obciążony potrzebą wyróżnienia się w wyścigu o uwagę widza, może sobie pozwolić na formę antropologiczno-filozoficznych ćwiczeń – dla niektórych nużącą, ale imponująco precyzyjną. W swojej najnowszej realizacji odchodzi od eseistycznej formy, jaka cechowała kilka jego poprzednich filmów, by zrelacjonować wyprawę południowoafrykańskiego badacza Steve’a Boyesa w poszukiwaniu nieznanego gatunku słoni-olbrzymów – największych ssaków lądowych mających zamieszkiwać oddzielone od świata rozległe równiny pośrodku terytorium Angoli. Już ten krótki opis każe dostrzec w osobie kierownika wyprawy kolejną postać z herzogowskiego kramu z figurami wizjonerów opętanych faustyczną obsesją, która przeradza się w obłęd. Tutaj przychodzi nam jednak obcować z człowiekiem nad podziw świadomym ryzyka i słabości związanych z taką postawą, reżyser wyczuwa w nim zatem jedynie punkt wyjścia do rozmyślań nad celowością takich desperackich poszukiwań tajemnej wiedzy. Wyprawa do nazywanych „źródłami życia” staje się – choć brzmi to może patetycznie – poszukiwaniem esencji człowieczeństwa, refleksją nad tym, w czym objawia się szczególne miejsce homo sapiens pośród istot żywych. Poszukiwanie „słonia-ducha”, a więc istoty łączącej „anioła” i „bydlę” ze znanego twierdzenia Pascala: niedostępne człowiekowi porządki zwierzęcy i metafizyczny – jawi się jako próba rekapitulacji miejsca człowieka w hierarchii bytów po kilku stuleciach niepohamowanego rozwoju i eksploatacji natury, może wręcz rachunek sumienia ludzkiej cywilizacji na moment przed zagładą. Jako metaforyczne ujęcie tej myśli można potraktować muzykę – kompozytor Ernst Reijseger zdecydował się na przygotowanie aranżacji najważniejszych pieśni kościelnych na sardyński chór śpiewający w charakterystycznej technice cantu a tenore – śródziemnomorskim odpowiedniku śpiewu gardłowego, który pozwala na uzyskanie głosu wydobywającego się z ludzkich trzewi niczym z głębokiej studni. Intrygującą klamrę filmowanej podróży stanowią dwie audiencje odbyte przez członków wyprawy u króla plemienia Nkangala, które wywodzi swoje pochodzenie od związku słonia z człowiekiem. Skomplikowany ceremoniał i udramatyzowana relacja z podróży skłania do namysłu nad ludzką potrzebą tworzenia form i formalności, ale także układania swoich przeżyć w fabułę.
Można było się obawiać, że w filmie, za którego dystrybucję odpowiada National Geographic, autorska wyrazistość Herzoga zostanie stępiona, co zwraca uwagę nawet w porównaniu z kilkoma poprzednimi filmami – na tyle, że trudno wręcz zorientować się, czy bezcielesny głos rzeczywiście uczestniczył w relacjonowanych wydarzeniach. Magnetyczna osobowość reżysera, który przyzwyczaił widownię do występów w roli mistrza ceremonii, schodzi na drugi plan, ograniczając się do zwięzłych notatek z podróży, oschłych “podpisów” pod kolejnymi ujęciami, z rzadka tylko przerywanych przez ogólniejsze refleksje. Ascetyczna forma oznacza też niestety rezygnację z twórczej pomysłowości – jedynym śladem charakterystycznego dla reżysera onirycznego stylu pozostaje najbardziej udana sekwencja ze słoniami majestatycznie pływającymi wśród podwodnej roślinności – urzekający powidok tytułowych marzeń.
Mimo tego pesymizmu i poczucia schyłkowości Sny o słoniach dają jakże budującą wizję skutecznej współpracy dwóch krańcowo odległych światów – sięgających prehistorii technik łowieckich namibijskiego plemienia San i osiągnięć współczesnej nauki, z mikroskopijnych próbek umiejącej wydobyć informacje o materiale genetycznym zwierzęcia. Postaciom uczestniczących w bezkrwawych łowach tropicieli Herzog przygląda się szczególnie uważnie, widząc w nich zarówno ludzi, w których zachowały się resztki innego, „pierwotnego” sposobu funkcjonowania człowieka, jak i wspaniałych kontynuatorów łowieckiego rzemiosła, które zginęło samobójczą śmiercią, ustępując miejsca przemysłowo-rozrywkowemu okrucieństwu (wymownie ilustrują je stylizowane kadry z włoskiego paradokumentu mondo pół wieku wcześniej kręconego na tych samych sawannach). Wreszcie zaś nie traci z oczu prostych kwestii społecznych – marginalizacji i nędzy plemion buszmeńskich przez państwa Afryki czy wyraźnie zaznaczonego wątku pierwszej (i być może jedynej) podróży w miejsce odległe o setki kilometrów od ich wioski. Herzog otwarcie przyznaje, że nie chce romantyzować trudnej egzystencji swoich bohaterów, ale to właśnie oni stają się przedmiotem jego najciekawszych obserwacji.
Ostatecznie kontakt z upragnionym zwierzęciem sprowadza się do kilku sekund chaotycznego podglądania i próbek pobranych z odchodów słoni. Można w tej sytuacji widzieć dumną obronę przyrody przed wydarciem swoich tajemnic, ale ciekawiej chyba dopatrywać się tu antytezy głośnej sceny z filmu Grizzly Man, w której Herzog zapoznaje się z dźwiękowym zapisem pożarcia człowieka przez niedźwiedzia – tym razem wstrząsająca jest nie drastyczność zwierzęco-ludzkiej konfrontacji, ale właśnie zobojętnienie po obu stronach. Nawet główny zainteresowany dość szybko wychodzi ze stanu euforii i ze smutkiem konstatuje, że wolałby poszukiwać tajemniczych słoni do końca życia zamiast doświadczać tej pozornej epifanii. Kryje się w tym gorzka mądrość – każda dalej posunięta ingerencja mogłaby uruchomić mechanizm ludzkiej ekspansji zagrażający populacji słoni. Czyżby więc kapłan filmowej mistyki postanowił podsumować nowy obraz banalnym stwierdzeniem, że „prawdziwe słonie to przyjaciele, których spotkaliśmy po drodze”? Herzog uchyla się od odpowiedzi na to pytanie, ale od pewnego momentu wyraźnie bardziej interesuje go wspólnota tworząca się między uczestnikami wyprawy.
Choć Sny o słoniach dalekie są od jednoznacznego pesymizmu (, to tchnie z nich poczucie zdezaktualizowania się paradygmatu odkrycia w świecie, nie tyle z braku zjawisk do odkrywania, co niezdolności do dotrzymania kroku niszczącej ekspansji człowieka. W scenach, w których się pojawiają, słonie górują nad ludźmi niczym Behemot opisany w biblijnej Księdze Hioba – najpotężniejsze oblicze stworzenia boskiego lub naturalnego, by zaraz potem okazać się całkiem zależne od ludzi, pozostających z kolei pod urokiem zwierząt i ich „dzikości”.
Cały film zdaje się być przesiąknięty nastrojem niemal melancholijnym – Herzog tak wiele razy wizualizował czy rejestrował apokaliptyczne obrazy, że na tę „ostatnią podróż w nieznane” patrzy raczej z życzliwą ciekawością, ale i poczuciem schyłku. Wyprawa w jedno z ostatnich miejsc niezbadanych przez człowieka (ale i tak dotknięte już konsekwencjami ludzkich działań – wojny o niepodległość Angoli i masowego kłusownictwa) nieuchronnie dobiega końca, po którym ludzkości nie pozostanie wiele poza przygotowywaniem się do własnego upadku. Ów dziwny pęd, który doprowadził człowieka do szalonego rozwoju, a jednocześnie stłamsił wszystkie inne dotychczasowe porządki, wygasł – paradoksalnie jest w tej myśli też przenikliwa samoświadomość.
Na tle widocznej we współczesnym dokumencie tendencji (zobrazowanej w programie tegorocznej edycji festiwalu Millenium Docs Against Gravity) do przesady w obudowywaniu ukazywanych historii wybujałymi kontekstami i interpretacjami Sny o słoniach wyróżnia trzymanie się faktów i pewna ręka w prowadzeniu narracji Jedną z kilku powracających natrętnie w filmie scen jest widok starca z wioski myśliwych usiłującego wydobyć dźwięk z prymitywnego instrumentu. W tym kolejnym z nielicznych dowodów nieustającej słabości Herzoga do wymownych, symbolicznych scen można dostrzec iskierkę nadziei pokładanej przez twórcę w (szeroko pojętej) kulturze – tym dziwnym wynalazku człowieka zdolnym połączyć dwa bieguny tego udanego filmu – głęboką filozoficzną refleksję i prostą radość z obserwacji świata.
Sny o słoniach
Tytuł oryginalny: Ghost Elephants
Rok: 2025
Kraj produkcji: USA
Reżyseria: Werner Herzog
Dystrybucja: Against Gravity
Ocena: 4,5/5