W ramach festiwalu Korelacje pokazane zostaną filmy dokumentalne Władysława Ślesickiego, a ich autorską narrację przygotowała i przeczytała Małgorzata Lebda – poetka, która dorastała w beskidzkiej wsi Żeleźnikowa Wielka, w pejzażu surowym, wymagającym, nasyconym rytmami ludzkiej pracy i natury. Jej głos słychać jak echo tych wczesnych poranków, zapachów żywicy i mglistych dolin – miękki, a jednocześnie stanowczy, zanurzony w pamięci codzienności ludzi żyjących „przy ziemi”. Dzięki temu narracja nie pełni jedynie funkcji komentarza, lecz staje się organiczną częścią filmów Ślesickiego, mówiąc językiem tych samych pól, rękodzieła i milczeń, które reżyser uchwycił pół wieku temu.
W Chyłych polach (1970) dominuje narracja poetycka – czasem wyprzedzająca obraz, jakby głos znał krajobraz lepiej niż kamera. Kiedy słyszymy o starszym człowieku pchającym kamień, zanim jeszcze zobaczymy jego gest na ekranie, powstaje subtelna gra między czasem filmu a czasem opowieści. Ślesicki prowadzi nas przez górski świat pachnący anyżem i kosodrzewiną, pokazując twarze piękne w swojej surowości i dłonie spracowane ciężką pracą. W scenie wesela twarze „tańczą w uśmiechach”, a radość staje się chwilą wytchnienia od nieuchronnego pośpiechu przed zimą.
Tytuł filmu Rodzina człowiecza (1966) nawiązuje do słynnej wystawy „Family of Man” w nowojorskiej MoMA, prezentującej prace autorstwa 503 fotografów. W tym kontekście Małgorzata Lebda obiera w filmie inną strategię narracyjną niż w Chyłych polach: prowadzi nas dzięki fikcyjnemu dziennikowi wiejskiej kobiety, co pozwala wejść w codzienność domu z perspektywy osobistej, intymnej. Dziennik Anny oprowadza widza przez życie domu: pobudki o piątej rano, doglądanie obejścia („moje kury – najbardziej moje”), przemywanie dzieciom z twarzy „resztek snu”, teściowa z kobiałkami grzybów, krowy prowadzone na łąki „w ciszy jak w modlitwie”. Poznajemy członków rodziny po kolei – każdy z własnymi zajęciami w obejściu, na polu czy w lesie. Obserwujemy też wspólne posiłki – ziemniaki, grzyby, mięso – które stają się chwilowym zawieszeniem, momentem, w którym można popatrzeć sobie w oczy i policzyć zmarszczki od słońca. Tymczasem na horyzoncie rosną bloki, zapalają się światła – znak, że świat wokół nieuchronnie się zmienia.
W Opowieści o drodze (1958) ton staje się baśniowy, podszyty dziecięcą wyobraźnią. Ojciec opowiada sześcioletniej córce historię swojej wyprawy „w góry przypominające śpiące niedźwiedzie”, w poszukiwaniu złota i walki ze „smokiem z błota”. Dziewczynka nazywa jednak tę krainę Colorado, jak w oglądanym razem z ojcem westernie. Inni robotnicy, czyli „wujkowie z całej Polski”, docierają na budowę wielkimi traktorami, palą Sporty, tęsknią za domem, a w przerwach jedzą obiady gotowane przez „ciocie”: zupę, ziemniaki, schabowego. Jak zauważył mój redakcyjny kolega, Jędrzej Sławnikowski, „dokumentalny odpowiednik Bazy ludzi umarłych”. Zdjęcia Stanisława Niedbalskiego rejestrują codzienną pracę w Bieszczadach, a zainspirowana nimi narracja Lebdy tworzy bajkowe metafory – smocze języki, leśni szpiedzy, buntujące się konie – które zamieniają robotniczy trud w opowieść o przygodzie. Poetka przekształca tę codzienną pracę w mit założycielski zwykłych ludzi – tych, którzy lasom zadawali rany, a jednocześnie opowiadali o nich swoim dzieciom jak o magicznej krainie.