Shortlista 25. edycji festiwalu Nowe Horyzonty. Zapowiedź sekcji – Nowe Horyzonty 2025

Ponownie zostaliśmy oficjalnym partnerem nowohoryzontowej Shortlisty, więc jak co roku na kilka dni przed rozpoczęciem festiwalu oddajemy w wasze ręce redakcyjny przegląd najciekawszych tytułów. Tegoroczny zestaw zawiera filmy prezentowane w oficjalnych selekcjach takich imprez jak Sundance, IDFA czy Annecy. Wśród nazwisk zobaczycie osoby znane z poprzednich edycji, ale znalazło się miejsce dla debiutujących – swoje pierwsze krótkometrażówki pokażą Varvara Zarytska, Janina Księska, Wojciech Węglarz oraz szczeciński raper Adam „Łona” Zieliński. Warto nadmienić, że filmy zrealizowane przez twórców i twórczynie poniżej trzydziestego roku życia mają szansę konkurować o Nagrodę im. Zuzanny Jagody Kolskiej.

MY SECRET CYBERLOVE, reż. Bartosz Stankiewicz

Otwierająca tegoroczną Shortlistę gratka dla retromaniaków może budzić skojarzenia z parodystycznymi hitami wczesnego YouTube’a, tylko zmodernizowanymi z nieco większym budżetem, imponującą dbałością o szczegóły i wyraźną myślą przewodnią. Obraz Bartosza Stankiewicza, naznaczony narożnym logiem „TV4 Łódź”, głosem Janusza Szydłowskiego, śmiechem z puszki oraz szumem, drżeniem i gubieniem ostrości rodem z zajechanej kasety VHS, na każdym kroku smakowicie miesza porządki. Konwencja tradycyjnego familijnego sitcomu spotyka tu motywy futurystyczne i grozy. Rozkład typowego amerykańskiego domku na przedmieściach, do którego powraca ojciec rodziny – stylówa Strażnika Teksasu z przeceny – wzbogacają pamiętające PRL komody zastawione Maryjkami i fotografiami papieża Polaka. Ta pokręcona wariacja na temat Świata według Bundych w zasadzie może się dziać wszędzie i nigdzie, jednak artefakty takie jak drugi winyl Sinead O’Connor czy pad do PSX-a nie pozostawiają wątpliwości co do epoki, tj. „pewnego razu w najntisach”.

Poruszane przez My Secret Cyberlove kwestie są jednak uniwersalne, a może i bardziej współczesne, niż mogłaby sugerować estetyka. Jest zatem zgrywa z zaściankowego katolicyzmu, toksycznej męskości i tradycyjnego modelu rodziny, oczywiście wykrzywionego w edypalny trójkąt, a problem uprzedmiotowienia kobiet komplikuje wątek niewinnej miłości piwniczaka do realizującego wszystkiego jego potrzeby seks-robota. Zamiast więc tylko na próżno kpić z tego, jak zestarzały się telewizyjne przeboje i dawne futurystyczne wyobrażenia, twórca przewrotnie opowiada o czasach obecnych. Bo czy nie jest tak, że nasze zmagania z prymitywnymi rozwiązaniami AI, którym próbujemy nadawać role partnerów życiowych i terapeutów, albo widoczne w wielu społeczeństwach backlashowe tendencje wobec zdobyczy feminizmu, już teraz sprawiają wrażenie groteskowego żartu ze starej komedii, z którego będziemy się śmiać przez kolejne dekady?

Dawid Smyk
Dawid Smyk

BAR KROKIET FREESTYLE, reż. Maria Dakszewicz

Co może powiedzieć o życiu płyta bollywoodzkiego filmu z miesięcznika Samotnych i zdruzgotanych? Walka z tradycjami, bogactwo i zakazana miłość obezwładniły percepcję bohaterki animacji Marii Dakszewicz, określającej się raczej jako patronka migreny i bólu nóg, prowadząc do kilkuminutowego, na swój sposób joyce’owskiego monologu o tym, jak bardzo jej życie jest skazane na porażkę. Same pragnienia orbitują wokół przedmiotów nawołujących do ucieczki od monotonnej rzeczywistości, w sycących się złotych lub czerwonych kolorach. Łamią decorum szarości widelców czy kieliszków, więziących siedzącą malkontentkę w jej królestwie baru mlecznego.

Kilka minut wyrzucenia z siebie wszystkich pretensji to zgrabne nawiązanie do monologów Adasia Miauczyńskiego chociażby z Dnia Świra, gdzie nieustannie narzekał na otaczającą rzeczywistość. Całość uświetnia tytułowy freestyle, gdzie niczym u raperów, tematy mnożą się z minuty na minutę. Nie jest to oczywiście zarzut do samej autorki, tylko natura konceptu, żeby w kilkudziesięciu liniach pełnych rymów wyciągnąć esencję z tej groteskowej sytuacji.

Szymon Pazera
Szymon Pazera

LUDZIE I RZECZY, reż. Damian Kosowski

Dwa lata temu Damian Kosowski mógł poszczycić się Nagrodą im. Zuzanny Jagody Kolskiej dla najlepszego krótkiego metrażu tamtejszej Shortlisty [WYWIAD Z REŻYSEREM]. Eksperymentujący z narracją pierwszoosobową Stwór zaprosił widza do chłopięcego świata, dość osobliwie obchodząc się z tematem dorastania.

Jego Ludzie i rzeczy podobnie jak Atlantyda Walentyna Wasjanowycza [NASZA RECENZJA] sprzed kilku lat rozgrywają się w niedalekiej przyszłości, kiedy wojna z Rosją dobiegła końca, pozostawiwszy po sobie zrujnowany krajobraz i nieodwracalne zmiany w kondycji psychicznej ludzi próbujących zacząć życie od nowa. Olena, główna bohaterka filmu Kosowskiego, w towarzystwie ośmioletniej córki i nowego partnera odwiedza ośrodek kultury w celu identyfikacji ekshumowanych szczątków męża i zakończenia wszelkich czynności związanych z badaniem zgodności DNA. Zindywidualizowany proces oswajania się z śmiercią poniekąd staje się sprawą publiczną. Podróż ta, choć miała być formalnością, cały czas przypomina o niedomkniętym rozdziale. Żałoba nie jest wyłącznie formalnym rytuałem pozwalającym przezwyciężyć ból straty, ale przede wszystkim wiąże się z wysiłkiem, jaki należy podjąć, aby na nowo odnaleźć się w obcych okolicznościach. Strzały ucichły, ale przeszłości nie da się zbyć milczeniem.

Patryk Ciesielczyk
Patryk Ciesielczyk

BLOODLINE, reż. Wojciech Węglarz

Spotkanie odwiecznego z aktualnym – to hasło wywoławcze krótkiego metrażu Wojciecha Węglarza. Reżyser dokonuje w nim zabiegu odważnego, choć zarazem (zdawałoby się) oczywistego: patrzy na ciągle trwający wzdłuż polsko-białoruskiej granicy kryzys humanitarny z perspektywy ikonicznego mieszkańca tych lasów – żubra, jednego ze zwierząt „narodowych”, oswojonego przez społeczeństwo choćby za sprawą pewnych reklam piwa. W Bloodline wielki ssak przestaje być jednak sympatycznym, włochatym futrzakiem, zamiast tego staje się nie-ludzkim wędrowcem, błądzącym samotnie w śnieżnej zawiei. Żubr mógłby występować jako symbol narodu zderzającego się z gorzką prawdą o granicznej zaporze, jednak Weglarz (jakkolwiek świetnie zdaje sobie sprawę z kulturowego wymiaru figury tego zwierzęcia) nie podąża tą ścieżką. Zapoznany rogacz staje się obcym, wyrwanym z familiarnego kontekstu. Jego spojrzenie kryje w sobie nieoznaczoność nie-ludzkiego bytu. Co kryje się pod górą futra? Czy żubr jest beznamiętny, czy raczej przerażony? Czy widzowskie emocje nadpisują się na zasadzie sformułowanej niegdyś przez Lwa Kuleszowa?

Reżyser świetnie wyzyskuje możliwości swojego szerokiego kadru – poprzez wykorzystanie panoram zostają ze sobą zderzone brzeg lasu rysujący naturalną linię horyzontu oraz mur na granicy. Obydwie „ściany” wskazują na nieprzyjazny charakter portretowanej rzeczywistości – w naturze nie ma nic romantycznego, nie stanowi ona idealistycznego kontrapunktu, nie stanie się przestrzenią ucieczki. Wyrżnięty pas graniczny znakuje jednak system dalece bardziej nieprzystępny, rażący sztucznością, nieprzystający. Siłą Bloodline jest narracyjna jednostajność, brak wyrazistych sugestii, niemal dokumentalny charakter. Choć reżyser zajmuje jednoznaczne stanowisko w sprawie kryzysu przy granicy, żaden morał nie pada z ekranu wprost, polityczna wyrazistość zostaje podmyta przez element nie-ludzki. Finalnie rzeczywistość okazuje się ontologicznie pokawałkowana, więzy krwi zamykają istoty w ich nieprzekraczalnych uniwersach. Śnieg wszystko skuł zdającą się nie kończyć zmarzliną. Jak śpiewała Republika: „lodowce muszą wygrać z nami”.

Kacper Słodki
Kacper Słodki

BASEN ALBO ŚMIERĆ ZŁOTEJ RYBKI, reż. Daria Kopiec

W Basenie albo śmierci złotej rybki, animacji autorstwa Darii Wiktorii Kopiec, dzieciństwo nie przypomina beztroskiej bajki – to pełzający koszmar, tylko pozornie złagodzony przez plastelinową formę. Dziewczynka dorasta w dusznej atmosferze rodzinnego domu, przesiąkniętego seksualnymi napięciami, emocjonalną obojętnością i frustracją dorosłych o niespełnionych żywotach domagających się ofiary. Kulminacją tej opowieści staje się metaforyczna scena groteskowej uczty: bohaterka zostaje złowiona niczym ryba, ułożona na półmisku wśród liści sałaty, pomidorków koktajlowych oraz owoców leśnych, a następnie pożarta przez własnych rodziców. To nie tylko stylizowana na Jana Švankmajera makabreska, ale też przejmujący obraz dzieci niszczonych psychicznie przez ambicje tych, którzy powinni dawać im miłość i bezpieczeństwo. Ojciec wzdycha: „rarytasik z niej, ale zawsze z nią jakiś kłopot”, matka ponagla: „jedzcie, bo wystygnie” – oboje widzą w córce nie osobę, lecz projekt, inwestycję, przedmiot.

Woda, obecna niemal w każdej scenie, symbolizuje zarówno traumę, jak i ucieczkę. Dziewczynka zanurza się w niej, by zniknąć, odłączyć się od rzeczywistości – tam nikt jej nie słyszy i nie może skrzywdzić. Przemiana w złotą rybkę, ucieczka do piaskownicowej rzeczki czy skok do basenu – to akty desperackiego ratunku z dusznego świata przemocy emocjonalnej i fizycznej, głęboko odbijającej się na psychice. Jednocześnie woda w basenie staje się areną zmagań kobiety, która dziś sama jest matką i wciąż zmaga się z traumą z przeszłości. Nurzając się we wspomnieniach i emocjach, staje przed pytaniem – czy możliwe jest przerwanie tego kręgu? Czy trauma może znaleźć ujście, czy też dziecięca radość zatonęła w głębinach rodzinnych sekretów?

Oprawa muzyczna autorstwa Natalii Czekały subtelnie podkreśla te egzystencjalne rozterki. Nostalgiczna, a jednocześnie głęboko niepokojąca, przywodząca na myśl wybrane kompozycje Joe Hisaishiego, wieloletniego współpracownika Hayao Miyazakiego, działa jak emocjonalny kontrapunkt – wydobywa na wierzch lęk, krzywdę i samotność. To muzyka z głębin – tam, gdzie już nie ma powietrza.

Maciej Kowalczyk
Maciej Kowalczyk

DROGI LEO SOKOLOSKY, reż. Weronika Szyma

Pokryte śniegiem pola i lasy zachodniej Polski obserwowane przez pociągowe okna wiodą nas do animowanego prostą grafitową kreską Ansbach. W tym bawarskim czterdziestotysięcznym mieście przed dwoma wiekami zamordowany został Kaspar Hausner, a kolejne 350 lat wcześniej urodził ostatni wielki mistrz suwerennego państwa zakonu krzyżackiego Albrecht Hohenzollern zaś w trakcie drugiej wojny światowej znajdował się jeden z podobozów KL Flossenbürg, gdzie trafiali m.in. żołnierze AK. Jednak „w mieście nie ma ani śladu wspomnień o wojnie. Pani z centrum turystycznego wcisnęła mi tylko stertę gazetek w stylu Życie Ansbach z wywiadami z mieszkańcami, w których nie ma ani słowa o przeszłości miejscowości” mówi Weronika Szyma w Drogi Leo Sokolsky. Usuwanie pamięci, eradykacja historii w imię lepszego samopoczucia i „pójścia do przodu”, bez rozliczeń, wyrzutów sumienia i, co najważniejsze, zrozumienia przyczyn i efektów – oto wartości, na których zbudowano liberalny zachód. Polska animatorka w swoim wzruszającym audiowizualnym liście, łamiącym się głosem wyznaje – wyrzuca „wstydzę się rozmawiać z Niemcami o przeszłości […] po co rozdrapywać starą ranę”.

Najbardziej osobisty, a przy tym polityczny film tegorocznej Shortlisty to monolog do tytułowego jeńca Ansbach, obozowego przyjaciela pradziadka reżyserki, który zamiast wracać do Polski, zdecydował się na emigrację do USA. Leo to ucieleśnienie niepodjętych decyzji, innego – lepszego życia. Czy jeśli uniknął PRL-owskiej biedy, to uciekł też przed tym duszącym poczuciem bólu i niesprawiedliwości? Konieczności milczącego i bezwarunkowego wybaczenia Niemcom, Rosjanom, NSZ-towcom i wszystkim tym, których ojcowie i dziadkowie mordowali naszych przodków i krajan? „Pradziadku Olku, czy nie masz mi za złe, że żyję w takim [wolnym i niepamiętającym – przypis red.] świecie?” pyta Weronika Szyma. I kończy podziękowaniem, że jednak wrócił, że mogła się urodzić, poznać go, pójść na sanki, że może teraz się dusić, ale i pamiętać.

Marcin Prymas
Marcin Prymas

SOAP OPERA, reż. Anja Zalewska

Z nauk wujka Brechta kojarzymy, jak wyglądałby świat, „gdyby rekiny stały się ludźmi”, a ja zawsze wolałem politycznie zaangażowaną dobranockę niemieckiego okularnika od ogłupiających „bejbiszarków”. Anja Zalewska na nowo uzgadnia przekaz opery mydlanej – za trzy grosze, chciałoby się powiedzieć – indywidualizując „ból, ból, ból” łuskatych sklepikarek i wyposażając młode kobiety w głos silniejszy niż jazgot najgrubszych z biznesowych ryb. Co ważne, autorka wychodzi z propozycją muzycznych utworów, które, niczym kultowe szanty, z łatwością zajmą miejsce toksycznej melodii dla dzieci.

W szerokokątnym oku kamery Gerda i Gaja toczą bowiem rodzinny spór natury nieco bardziej egzystencjalnej, niż nakazywałby materialistyczny rygor scenarzysty Kuhle Wampe. Siostry prezentują zupełnie odmienne postawy wobec wyzwania, jakim okazał się spadek poprzednich pokoleń: reprodukować reżim, w którym śpiewem zagłusza się dźwięki noża, czy poddać się całkiem w miejscu bezwietrznej ciszy? Żółte wodery skropione ciepłą jeszcze czerwienią lub Botticelli z połyskujących sztucznością basenowych dmuchańców – wybierają anachroniczne nimfy na szczycie leukadyjskiej skały. Bo rzecz w tym, że jednej z dziewcząt nie w smak już komodyfikacja emocji i patologiczne czerpanie korzyści z patroszenia wpółżywych istot.

Umówmy się, że reżyserka nie sięga po wyszukane metafory – kto powiedział, że świeżość bywa tylko jedna – ale z jaką werwą to czyni, odwagą i bezkompromisowością. Kiczowate kalambury, pozornie banalne cytaty, memiczne kostiumy i zabawne piosenki Basi Małeckiej – wszystko służy nie tyle zamanifestowaniu ideologicznego odrodzenia, ile zaproszeniu do empatycznego karaoke. Ja tam sięgam po mikrofon i śpiewam o śledziach w galarecie, chociaż nie trawię ani jednego, ani drugiego. Ale chyba o to chodziło – pogodzenie się z czymś, co znajduje się poza rubieżami osobistych preferencji.

Tomasz Poborca
Tomasz Poborca

NIEJADEK, reż. Ewa Japola

Leczenie traum i lęków śmiechem to motyw popularny w kinie od bardzo dawna, sięgający zarówno na najwyższe poziomy historycznych rozliczeń, jak i zaglądający pod podszewkę mikrostruktur rodzinnych relacji. Niejadek wydaje się wpisywać w tak zakreślone pole tematyczne. Nie chodzi, oczywiście, o diagnozowanie traum autorki rzeczywistej (studentka łódzkiej filmówki Ewa Japola), lecz o kolektywne przepracowanie doświadczenia przemocy. Wyjściowy pomysł – starcie szkolnego kucharza (kolejna błyskotliwa rólka Sebastiana Stankiewicza) oraz tytułowego niejadka – służy tu za uniwersalną metaforę nadużycia władzy. Mimo szerokiej palety interpretacyjnej, warto skupić się na aspekcie dziecięcym – w końcu to opowieść coming of age, w której następuje zderzenie z rzeczywistością. Ponadto, problematyzacji ulega (wciąż, niestety, nieoczywista dla niektórych) kwestia szacunku dla podmiotowości dziecka.

Film Japoli to jednak nie brudny i trudny film społecznego realizmu zaangażowanego, a w pierwszej kolejności zabawa kinematograficznymi tropami. Reżyserka bowiem sięga po paletę rozwiązań znanych z kina niemego – przesłonę irys, ruch przyspieszony, czerń i biel kadru, charakterystyczną muzykę czy wreszcie slapstickowe poczucie humoru. Trudny temat doświadczenia przemocy i odrzucenia zostaje oczyszczony poprzez kreskówkowość starcia dwóch oponentów. Kucharz to chodząca czarnocharakterowa klisza, diabeł z piekła rodem, pastwiący się nad Bogu ducha winnym dzieckiem. Pojedynek z niesfornym malcem przeradza się w starcie z całą grupą uczniowską, której również nie w smak krwistoczerwona (jako jedyna obdarzona barwą) buraczkowa papurajda. W ten sposób całość zaczyna zmierzać ku rejonom klasyki kina dziecięcego i nastoletniego buntu, na czele ze słynną Pałą ze sprawowania Jeana Vigo.

Kacper Słodki
Kacper Słodki

BRUD, reż. Marcin Kluczykowski

Jak to jest prać cudze brudy? – parafrazując nieugiętego Gala, pyta Marcin Kluczykowski. Kiedy Marta (świetna Paulina Walendziak) przekracza progi kolejnego domu na liście do wysprzątania, wiadomo, że będzie grubo. Jakże inaczej mogłyby się zakończyć jej porządki w nowoczesnej rezydencji eksponowanej we wstępnym spazmatycznym ujęciu. Świat, którego prawdziwe oblicze odsłania w czasie oczyszczających zakurzone wnętrza rytuałów. Pomiędzy przetarciami znajdzie się chwila, kiedy można przy dźwiękach Bacha w tajemnicy przed właścicielką zabawić się w mały Pigmalion. Co jednak kiedy jak raz tę penetrację intymnych kątów domowego ogniska śledzi Wielki Brat. Po prostu Omen.

Kiedy w opisie filmu rzuca się w oczy hasło „metafora napięć klasowych”, zazwyczaj wiadomo, czego się spodziewać. Nie będę ukrywać, Brud nie wychodzi w tej kategorii przed szereg bonmotów czy alegorycznych standardów o pracy najemnej. Reprezentację parających się zajęciem niepozbawionym Graeberowskiego sensu, ale społecznie wciąż niewystarczająco uznanym stanowi w końcu ogniście ruda dziewczyna o okrągłych, błyszczących oczach i niezłym charakterku. (Nowo)bogactwo ma za to oblicze władczego chłopczyka o przeszywającym spojrzeniu i dystyngowany ton głosu Kamili Baar. Nie zabrakło również miejsca na rodzicielski morał, że może i „bez pracy nie ma kołaczy”, ale nie ma dla dziecka nic cenniejszego niż czas rodzica.

Wyjść obronną ręką z krótkometrażowej formy o takim tematycznym zacięciu to jednak wciąż nie lada sukces. Utrzymać w napięciu z pomocą eleganckich cięć, chaotycznych wyładowań czy synthowymi hipnotyzerami audialnymi Sebastiana Dembskiego i fizycznie zmęczyć fenomenem syzyfowości sprzątania też trzeba umieć. Brudu w tej filmowej tkance nie odnotowano.

Julia Palmowska
Julia Palmowska

PONIEDZIAŁEK: PAPROTKA, reż. Adam „Łona” Zieliński

Przyznaję się bez bicia. Kiedy zobaczyłam wśród nazwisk shortlistowych reżyserów Adama Zielińskiego, bardziej znanego pod raperskim aliasem Łona, nie poczułam wielkiego przypływu nadziei. Owszem, nie od dziś wiadomo o jego kinofilskich tendencjach, ale lepiej nie liczyć na zbyt wiele, żeby później nie być skazanym na rozczarowane „No nie tak miało być”. W tonie ironizującego dwudziestoparolatka o lewicujących poglądach należałoby jeszcze rzucić coś o libkowości Łony, ale nie ma co przedłużać oczekiwań na odpowiedź, jaki wynik tej zmiany branży.

Równolegle z karierą raperskiego „Młodego Ambasadora Polszczyzny” Zieliński kształcił się na prawnika. Dziś ma za sobą aplikację radcowską i pracuje w kancelarii prawniczej, zajmując się prawem własności intelektualnej. Nie dziwi więc, że jego reżyserski debiut Poniedziałek: paprotka napędzają prawnicze kombinacje. Większość akcji kilkunastominutowego filmu ulokowana jest za kółkiem beemki, którą hasa po podszczecińskich lasach grany przez Dawida Dziarkowskiego jurysta. Przejażdżkę przerywa telefon od klienta, któremu trzeba wtem rozwiązać problem. Równocześnie nie można przepuścić okazji na samochodziarskie mierzenie pewnej części ciała z innym kierowcą.

Konstrukcyjnie nie ma co szukać dalekich porównań, bo przyszło mi opisywać inny film z tegorocznej Shortlisty – Brud Marcina Kluczykowskiego, który w podobny sposób prowadzi rozedrganych bohaterów do finałowych wybuchów, atmosferycznych wyładowań. Biorą co prawda za temat kompletnie inne klasowe strony społeczeństwa, ale doprowadzają obu na skraj załamania nerwowego trudnym do przeżycia pracodawcą. Nerwów więcej jednak w dialogach niż w środkach filmowej narracji, bo tu jest jak najbardziej statycznie. Chyba że w ścieżce dźwiękowej, którą – choć rozpoczyna pieśń Carla Loewe do słów Goethego, a kończy klimatyczny staroć o szczecińskich ulicach – w większości ciągnie jazz-hopowy duet współpracowników Łony: saksofonista Kacper Krupa i perkusista Andrzej Konieczny. 

Na smaczne dialogi można było liczyć od początku. Z polskim językiem Zieliński radzi sobie w końcu wspaniale, w czym w filmowym wydaniu blisko mu do mistrza tego typu swady – Juliusza Machulskiego. Oto przepis na rozwiązanie każdego poniedziałkowego konfliktu: mieć w zanadrzu piękną paprotkę!

Julia Palmowska
Julia Palmowska