Shortlista 24. edycji festiwalu mBank Nowe Horyzonty. Zapowiedź sekcji – Nowe Horyzonty 2024

Kolejny raz mamy przyjemność być oficjalnym partnerem Shortlisty MFF Nowe Horyzonty. Tegoroczna selekcja najciekawszych krótkich metraży ostatnich miesięcy składa się z filmów, które miały już okazję podbić Sundance, Rotterdam czy Cannes, ale nie zabrakło też miejsca dla debiutantów i stałych nowohoryzontowiczów, dla których będzie to pokaz premierowy. Zakwalifikowane filmy osób autorskich poniżej trzydziestego roku życia mają szansę konkurować o Nagrodę im. Zuzanny Jagody Kolskiej.

4 zestawy i 20 różnorodnych projektów, a wśród nich między innymi nagrodzony Teddy Award Grandmamauntsistercat Zuzy Banasińskiej, laureat Grand Prix w Clermont-Ferrand Pomarańcza z Jaffy Mohammeda Almughanniego czy Taniec w narożniku Jana Bujnowskiego, który wyjechał z Cannes z nagrodą stowarzyszenia kolejarzy Ceux du Rail dla najlepszego filmu krótkiego Tygodnia Krytyki. W poniższej zapowiedzi prezentujemy listę tytułów, na które szczególnie warto zwrócić uwagę podczas układania planu festiwalowego.

WOKÓŁ SHORTLISTY

GRANDMAMAUNTSISTERCAT, reż. Zuza Banasińska

"Grandmamauntsistercat", reż. Zuza Banasińska

„Kobieta to dobrze zrobiona głowa, twarz i suknia oraz dodatki” – takie słowa poprzedzają wywrotową wypowiedź twórczą Zuzy Banasińskiej. To jedyny fragment w Grandmamauntsistercat, w którym zachowano pierwotną synchronizację materiału wizualnego (jakkolwiek celowo zniekształconego) z narracją z offu. Wsteczność porządku społecznego reprodukowanego w PRL-owskich materiałach propagandowych zostaje skontrastowana z odświeżającym nieporządkiem nowego języka zaproponowanego przez osobę reżyserską – już nie ojczystego, a macierzystego. To kolejny po wybitnym Solaris mon amour Kuby Mikurdy eksperymentalny projekt na bazie archiwaliów z Wytwórni Filmów Oświatowych zrealizowany w ramach projektu vnLab łódzkiej filmówki.

Dydaktyczne ilustracje zapłodnień, zwierząt oglądanych w powiększeniu i poddawanych eksperymentom, genderowo zdeterminowanych dziecinnych zabaw, kobiet wykonujących prace laboratoryjne i kierujących ruchem drogowym czy rozlewających się między kadrami pęcherzyków zyskują nowy wymiar za sprawą nietuzinkowego komentarza. Zamiast objaśniającego obiektywne prawdy autorytatywnego głosu męskiego zza kadru przemawia dziecko, które, fantazyjnie łącząc styl naiwny z pseudonaukowym niczym w jamniczkowej animacji Antonisza, snuje opowieści o Babie Jadze skrzywdzonej przez patriarchalne chrześcijaństwo, przytacza mgliste mądrości przekazywane pokoleniowo, a następnie kształtuje własne znaczenia. Psychodeliczny strumień obrazów i dźwięków odmalowuje trochę mroczną, trochę utopijną wizję tytułowej matriarchalnej familii, przypominając, jak często w obowiązującym do tej pory modelu polskiej rodziny za wychowanie dziecka w praktyce odpowiadały przede wszystkim mamy i babcie wspomagane ciotkami, siostrami i kotkami.

Poza byciem intelektualną zabawą w mieszanie znaków i zawłaszczanie systemów reprezentacji Grandmamauntsistercat jest też eksploracją bardzo osobistą – Zuza mówi m.in. o inspiracjach w matriarchalnym charakterze swojej rodziny oraz potrzebie „queerowania” narracji w obliczu odkrywania własnej niebinarności. Dzieło owej osoby twórczej, które doceniono już na tegorocznym Berlinale (nagroda Teddy), otwiera Shortlistę w wielkim stylu i jawi się jako obietnica jeszcze wielu nowohoryzontowych olśnień.

Dawid Smyk
Dawid Smyk

TANIEC W NAROŻNIKU, reż. Jan Bujnowski

"Taniec w narożniku", reż. Jan Bujnowski

Nadmiarem niedooglądania nazwać by można, parafrazując Leśmiana, wcale nie tak krótkie przerwy w dostawie futbolowej rozrywki, jakie fundowała publiczna telewizja właśnie wtedy, kiedy miliony Polaków zasiadły w ostatnich tygodniach przed telewizorami. Pozbawiony typowego dla poprzednich dekad hałaśliwego śnieżenia komunikacyjny chaos, niemy jak niewypowiedziany doping w wielkomiejskich kawalerkach, niejednego doprowadził to do szału, to do łez, na pewno zaś kibicowskiego „fomo”, bo w tym samym czasie smartfony dudniły dźwiękiem powiadomień: „prawie, prawie, prawie” – czytanych głosem Szpakowskiego. 

Bankructwo takiej pesymistycznej logiki sugeruje Janek Bujnowski, romantyzując momenty zakłóceń wizji i życiowych glitchów. Chociaż utrata kontaktu z mimetycznym pudełkiem zdaje się na pozór pretekstem dla litanii wulgaryzmów, młodemu reżyserowi jawi się jako katalizator wspomnień. Sądzę, że w tym tkwi sedno krótkiej historii o chłopcu, który,  trawersując tak łódzkie pejzaże, jak i lata transformacji, oskarża perfekcję technologii i transmisji „w hade” o zaburzenie harmonii między rzeczywistym a wirtualnym. Gdzie zatem miejsce na magię, gdy wszystko składa się z zer i jedynek – jak noty grajków z orzełkiem na piersi po pamiętnym blamażu z Czechami? Czy świat da się dotknąć naprawdę, jeśli otacza nas siatka gotowa przyjąć najsilniejsze strzały wyobraźni? Czy w historycznej dogrywce nadal warto ulegać iluzji doskonałej wiedzy i fantazmatowi idealnej pamięci?

Może dusimy się w systemie racjonalnych struktur i pod ciężarem konsumowanych obrazów. Może wdychanie tumanów kurzu na piaskowym boisku zamiast przefiltrowanego powietrza z klimatyzatora i wymiana niezwykle cennych informacji na niekwantyfikowalne majaki senne pozwolą zerwać pajęczynę rozumu soczystym kopniakiem. Jeśli nie ekwilibrystycznie, to z czuba i po rykoszecie. Nie znam odpowiedzi na te pytania – wzruszam ramionami – niemniej podoba mi się ta wizja. Bo prawie kosmiczna odyseja filmowego ultrasa jest moją własną, a ojca też zapamiętam ze wspólnie doświadczonych meczów.

Tomasz Poborca
Tomasz Poborca

MOJA SIOSTRA, reż Mariusz Rusiński

"Moja siostra", reż. Mariusz Rusiński

Wbrew pozorom to nie kolejny smutny film o narkotykach, choć oczywiście nie powstałby, gdyby nie uzależnienie od nich młodszej siostry Mariusza Rusińskiego, scenarzysty i reżysera. Obraz mający premierę na Krakowskim Festiwalu Filmowym, a potem nagradzany m.in. w Amsterdamie (IDFA), Pradze (Febio Fest) czy Zagrzebiu (ZagrebDox) unika efekciarstwa nałogu Noé i Aronofsky’ego, nie babra się w melinowej lepkości jak czynił Boyle ani nie sięga dna autodestrukcji jak Pedro Costa. Pokój Zuzi nie jest zupełnie podobny do tej lizbońskiej rudery Vandy Duarte; jej dom jest przecież zamożny i pełen miłości, a przed nią stoi otworem kariera malarki lub poetki. A jednak już jako dwunastolatka raniła swoje niewinne ręce cyrklem, szybko sięgnęła też po używki i wpędziła się w zaburzenia odżywiania. Jak sama stwierdziła w wywiadzie, ta destrukcyjna spirala doprowadziła ją na dno, a dokument Moja siostra odnotowuje powolny etap dochodzenia do stanu normalności: zbiera fragmenty przedawkowań amfetaminą, odwyki nastolatki, terapeutycznych rozmów z członkami rodziny.

Obok opowieści o odkupieniu i próbie poradzenia sobie z własnymi demonami rozgrywa się tu inny kameralny dramat, który tłumaczy zresztą, dlaczego dziewczyna nie zdołała wymknąć się pokusom. Na pejzaż domowych utrapień składają się surowość i nieufność rodziców, faworyzowanie jej starszego brata przez matkę („moja córka palaczka, mój syn reżyser”), etykietowanie Zuzi jako „ćpunki” i zapędzanie w kozi róg („jestem czarną owcą w tym domu”). Po latach, dzięki terapii, już niemal dorosła kobieta może wykrzyczeć swoim gnębicielom ich drobne grzeszki i wielkie zaniechania. Lepiej diagnozuje raka toczącego ich sioło: dostrzega „urzędniczy” ton mamy, która zazdrości nieraz „ludziom, którzy nie mają dzieci”, oschłość taty, który nie nauczył syna empatii, a wreszcie karci samego Mariusza chowającego się za szkiełkiem kamery za brak odwagi brania pełnej odpowiedzialności w procesie odnowy. W telewizji powiedzą jednak, że „dom był przecież zamożny i pełen miłości”…

Maciej Kowalczyk
Maciej Kowalczyk

TY RZEKO, reż. Izabela Zubrycka

"Ty rzeko", reż. Izabela Zubrycka

Ostatnimi czasy polskie rzeki nie mają lekko. Nagłówki co lato trąbią o śmietniskach, śniętych rybach, bakteriach czy nieregulaminowych zrzutach odpadów z oczyszczalni pobliskich Januszexów. Susza, katastrofa ekologiczna na Odrze, rozregulowanie naturalnych koryt – kłopoty można wymieniać w nieskończoność, a przy tym szastać raportami światowych organizacji. Polskie państwo jak zwykle nabiera wody w usta i rozkłada ręce w geście niedasizmu. Próbę ochrony i edukacji środowiskowej podjęli aktywiści, raz w lepszym, raz w gorszym stylu. W intencji rzek organizuje się pochody, performanse, symbolicznie nadaje się im podmiotowość czy nawet antropomorfizuje pokrętną logiką „rzeka kończy się na »a«, więc jest kobietą”, jak gdyby życie kobiet w tym kraju było symbolem bezpieczeństwa i wolności. Także filmy, zwłaszcza dokumentalne, bardzo chętnie czynią ostatnimi czasy z rzek główne bohaterki, by wspomnieć tylko Rzeka płynie, meandruje, porywa, przejmuje Shengze Zhu, Rzekę z głosem Willema Dafoe czy Jestem rzeką, rzeka jest mną o nadaniu osobowości prawnej nowozelandzkiej Whanganui.

Izabela Zubrycka niby też bierze za protagonistkę Narew, ale przy tym wystrzega się pretensjonalnych banałów spod znaku „keep calm & pantha rhei”. Ty rzeko świetnie sprawdza się jako przykład kina etnograficznego, bo przez pryzmat tytułowej bohaterki poznajemy tradycyjne obyczaje lokalnej wspólnoty, ale przy okazji stanowi też poetycki namysł nad zależnościami natury i człowieka. Cichy strumień reżyserka kontrastuje wrzawą wiejskich gardeł wznoszących folkową pieśń, a kolektywną budowę bobrzej tamy łączy z występem orkiestry. Znakomitą robotę wykonał tu operator Filip Dziuba, który raz ganiał z kamerą u krowich racic niczym radzieccy klasycy, by zaraz wejść wraz ze stadem pod wodę, chwilę podpłynąć, błądząc wśród szlamu, a na koniec zastygnąć w bezruchu i oddać malarskość krajobrazu. 

W zeszłym roku Zubrycka w Shortliście prezentowała Garstkę ziemi i już w niej zaprezentowała pomysł na spójną estetykę – duchologiczną, chwytającą pamięć za pomocą analogowej formy. Tam głównym bohaterem był rytuał śpiewu pogrzebowego, a przy okazji też Pani Halina i jej syn Andrzej, mistrzowie fachu. Ty rzeko kontynuuje ten styl – w większej mierze skupiony na wielozmysłowym odbiorze niż dokumentacji konkretnego zjawiska. Pozwala nam on popłynąć w trzy strony: albo zamknąć oczy i zatopić się w śpiewie, albo wyłączyć słuch i dać porwać się obrazom, albo wytężyć wszystkie zdolności poznawcze i podążyć z prądem. To piękna, a co najważniejsze, pozbawiona wiosła w tyłku impresja o metaforze przemijania – rzek, ludzi, obyczajów, wspólnot. A być może w ogóle najlepsza polska rzecz w tym gatunku od czasu Płyną tratwy Ślesickiego.

Michał Konarski
Michał Konarski

WOLNA, reż. Sonia Oleniak

"Wolna", reż. Sonia Oleniak

Sofia Oleniak chwyta nowohoryzontowego ducha w zaledwie osiemnastu minutach sennego transu. Wprowadza w stan, który na wrocławskim festiwalu nie sposób nazwać inaczej niż Lost Lost Lost. Kiedy film już w pierwszych ujęciach hipnotyzuje uwodzicielskim księżycem w pełni, to wiedz, że coś się dzieje. Szykuj się na najznamienitsze dziwactwa. Wolna od poziomu lingwistycznego gra z widzem w kotka i myszkę, prezentując ekscentryczne pasaże w zmyślonym języku, który w finezyjnych wokalizach narracyjnych wykorzystuje Iva Bittová, czeska artystka awangardowa, od lat ujawniająca swoje niezmiernie szerokie emploi muzyczne. Oprócz znakomitego głosowego występu nie brakuje jej także na ekranie, gdzie w quasi-satynowej, połyskującej purpurą sukience odgrywa smyczkowe frazy. Nadmorska fauna i flora sfilmowana na taśmie 16 mm wypada przy tym akompaniamencie baśniowo, zarazem arkadyjsko i zwodniczo. 

Stylowo Oleniak równie blisko do pirackich wywrotów Raúla Ruiza, co do znanych z Nowych Horyzontów prac Uldus Bakhotziny czy Matthew Barneya. Znajdą się i tacy, którzy doszukają się w tym filmie ducha choćby Guya Maddina. Wolna jest zarazem czarująco bizarną pocztówką z portowego brzegu, jak i syrenią pieśnią muskającą wizualną melodyjnością nadwrażliwe struny wyobraźni. Projekt Oleniak niewątpliwie należy do najbardziej intrygujących obrazów, które ukażą się w tym roku na wrocławskich ekranach. Nic dziwnego, że zdążył już wygrać sekcję krótkich metraży Warszawskiego Festiwalu Filmowego czy zaliczyć pokazy na MFF w Rotterdamie. Źródeł twórczej odwagi i wypracowanej świadomości dopatrywać się można choćby w eklektycznym życiorysie reżyserki, dorastającej między Polską, Francją a Stanami Zjednoczonymi absolwentki UCLA i Uniwersytetu Columbia. Pozostaje już tylko zachować w pamięci nazwisko artystki i czekać na jej debiutancki pełny metraż. Ma w nim sprezentować adaptację Trąbki do słuchania Leonor Carrington, więc pora zacierać neurony na odloty w nieznane galaktyki epistemiczne.

Julia Palmowska
Julia Palmowska

POMARAŃCZA Z JAFFY, reż. Mahommed Almughanni

"Pomarańcza z Jaffy", reż. Mohammed Almughanni

Dla syjonistów pomarańcza stała się istotną częścią „brandingu narodowego” – symbolem modernizacji, który pomógł fabrykacji mitu założycielskiego państwa Izrael. W filmie dokumentalnym Eyala Siana Jaffa. Chimeryczna pomarańcza ukazano burzliwą historię przemysłu cytrusowego i dawnych arabskich plantacji, ich stopniowe wywłaszczanie oraz powstanie izraelskiej marki, utrwalonej w świadomości konsumentów prawie tak samo jak Coca-Cola. Dla Palestyńczyków natomiast pomarańcza nadal pozostaje symbolem agresji i ojczyzny zabranej siłą. Od początku XIX wieku śródziemnomorska portowa metropolia Jaffa, będąca obecnie zgentryfikowaną atrapą turystyczną kosmopolitycznego Tel Awiwu, była tętniącym życiem ośrodkiem kulturalnym i handlowym na Bliskim Wschodzie. Nazwę wymazanego palestyńskiego miasta zmieniono w etykietkę. Każda skrzynka pomarańczy wywożona z Izraela nosi nazwę Jaffa, a przecież w Jaffie nie ma już żadnego sadu. 

Jedna z takich skrzynek przebija się w tle wyreżyserowanego przez Palestyńczyka Mohammeda Almughanniego filmu Pomarańcza w Jaffie. Obciążony historycznie cytrus stanowi tutaj symbol trudnego dialogu. Fabuła w znacznej mierze koncentruje się na nieprzyjemnościach doświadczanych na przejściu granicznym Hizma. Terminale i wojskowe checkpointy działają jak filtry: rewidowani Palestyńczycy zmuszeni są znosić pogardliwe spojrzenia ze strony izraelskich żołnierzy, a do przekroczenia punktu kontrolnego wymagane są wydawane przez okupanta zezwolenia i przepustki. Główny bohater, młody Palestyńczyk Mohamed posiada jedynie europejską kartę pobytu, co automatycznie nakłada na niego piętno, czyni „niepewnym”, podejrzanym o działalność przestępczą lub terroryzm. Kursujący w szabat taksówkarz, kierowany dobrymi pobudkami, postanawia pomóc mu w przekroczeniu kontroli granicznej – skutkiem tego zostaje wciągnięty w otchłań bezsensownych procedur. Nie będzie to jednak urocza, pokrzepiająca historyjka o przyjaźni ponad religijnymi i politycznymi podziałami, ale zapis zmagania się z konsekwencjami kolonializmu osadniczego i jego związków z planowaniem urbanistycznym.

Patryk Ciesielczyk
Patryk Ciesielczyk

TRZY SAMOCHODY, reż. Alicja Sokół

"Trzy samochody", reż. Alicja Sokół

Reprezentacja dokumentu w tegorocznym zestawieniu jest niewielka, acz bezbłędnie brawurowa. Film Alicji Sokół stanowi nietuzinkowe spojrzenie na losy ofiar rosyjskiej inwazji na Ukrainę z dwóch powodów. Po pierwsze, wyróżnia się oryginalnym pomysłem wyjściowym dotyczącym opowiedzenia historii uciekających przed bombardowaniami rodzin, wychodząc od sylwetek kluczowych dla ich przetrwania bohaterów nieantropomorficznych – tytułowego trio wysłużonych pojazdów silnikowych. Po drugie, ma mocno oddziałującą na wyobraźnię hybrydową formę, łączącą skąpane w nadbałtyckim słońcu zdjęcia Kajetana Falkowskiego z mrocznymi animacjami rysunkowymi Katarzyny Małyszko.

Obraz eksploruje przebywane przez dorosłych i dzieci traumy, sygnalizowane przez dźwięki syren alarmowych, zdarte paznokcie czy oglądane na Telegramie obrazy dróg ucieczki, których już nie ma, ale także imponującą rezyliencję bohaterów, ich wzajemną troskę, solidarność oraz emocjonalną więź ze wspomnianymi środkami transportu: Siłaczem, Lalą i Jaskółką. Poszarzałe rysunki, przypominające makabryczne wypaczenie dziecięcych wycinanek, odmalowują postapokaliptyczne tło eksodusu ukraińskich rodzin kontrastujące z rozjaśnionymi niepewną nadzieją ujęciami z ich obecnego życia w Polsce. Mając świadomość licznych sukcesów krótkich metraży z Warszawskiej Szkoły Filmowej, także w kontekście kwalifikacji do Oscarów, pozostaje życzyć przejmującej etiudzie Alicji Sokół zaszczytnych laurów w ramach Shortlisty i nie tylko.

Dawid Smyk
Dawid Smyk

COSMIC ROUTINE, reż Agnieszka Kotulska

"Cosmic Routine", reż. Agnieszka Kotulska

Zrealizowana w Studiu Munka animacja Agnieszki Kotulskiej otwiera trzeci blok szortów w prawdziwie tanecznym stylu. Przy okazji, to prawdopodobnie najlepiej udźwiękowiony obraz w tej sekcji. Reżyserka skupia się na brzmieniach wydobywanych z kakofoniii miejskiego zgiełku. Rutynowe czynności stają się elementami przemyślanej muzycznej kompozycji. Dźwięki kroków nadają rytm, a mechaniczne odgłosy, takie jak tykanie zegara czy ruch uliczny, tworzą swoistą melodię. Początkowo przechadzająca się po betonowej dżungli bohaterka czuje się przytłoczona tym nadmiarem bodźców, jakby ich sprawcami były postacie z filmu Nieściszalni, terroryzujące społeczeństwo swoimi koncertami, w których warstwa audialna miasta stanowi jeden wielki instrument muzyczny. 

Panaceum na odnalezienie harmonii stanowi mentalna podróż do popkulturowego świata teledysków z lat 80. Minimalistyczna animacja stworzona z prostych geometrycznych form i neonowych barw to niepodważalny wizualny hołd dla tamtej dekady. Rytmizacja obrazu pod muzykę i chodzenie po miejskiej przestrzeni to w końcu kluczowe elementy wideoklipu do Billie Jean Michaela Jacksona. Autorka w filmie wykorzystuje jednak inny nostalgiczny szlagier, sophisti-popowy Don’t Stop the Dance Briana Ferry’ego, przekształcający początkowy konfundujący rwetes w afirmację poprzez dźwięk oraz ruch, co doskonale wpisuje się w ducha motywu przewodniego tegorocznej edycji Nowych Horyzontów ukoronowanego przez sekcję Let’s go. Ruch, a ściślej taniec, w Cosmic Routine pełni rolę oczyszczającą, uwalniając od kieratu rutyny, tworzy harmonię między ciałem a zewnętrznym środowiskiem. Staje się formą wyrażenia siebie, pozwalając na chwilę oderwania się od rzeczywistości i doświadczenie swoistego katharsis. Miłośnicy minimalizmu, ejtisów i miejskich odysei powinni być urzeczeni.

Grzegorz Narożny
Grzegorz Narożny

ROSÓŁ Z KACZKI, reż Maria Dakszewicz

"Rosół z kaczki", reż. Maria Dakszewicz

Melanżowanie to nie tylko marczakowe, beznamiętne, nieprzespane noce. Piękno imprez przemija, gdy po zamknięciu drzwi wejściowych siadamy w wannie ze świadomością przebodźcowania wieczorem pełnym wrażeń, pogarszającego się humoru, nadchodzących kaców. Nie lepiej jest, gdy w mieszkaniu czeka zniecierpliwiona osoba odliczająca minuty spóźnienia, a my, w stanie kompletnego zmęczenia i (być może) upojenia alkoholowego, zaczynamy szukać kolejnych wymówek, niezaspokajających potrzeby drugiej strony do ironicznej akupunktury, której szpilki przeszywają wszystkie warstwy osłabionego ciała.

Opary absurdu kąpieli rozpoczyna monolog kaczuszki, która niczym Wielka Siostra stoi nad miastem i, podążając za bohaterem, wypomina mu jego styl życia. Hipnotyzujący głos i pełna pretensji wyliczanka wieczornych aktywności to niesamowita hiperbolizacja i wykorzystanie absurdu sytuacji do przedstawienia niezwykle trudnego tematu, jakim jest zaborczość, kontrola w relacjach międzyludzkich i ich wpływ na codzienne życie człowieka. Widząc kaczuszkę, postać wie niczym ofiara takich zachowań, z czym zaraz się spotka, a rosnąca liczba kolejnych, niesatysfakcjonujących opowieści to przedstawione przez Marię Dakszewicz modus operandi ludzi w sposób groteskowy i smutny, ale dobitny. I chociaż bohater zatrzymuje monolog, kończąc krótki metraż, to życie nie jest filmem, jak śpiewał Artur Rojek. Niełatwo uciec z tego błędnego koła, co trafnie przypomina bezdomny – osoba, która w takich chwilach jest dla zmęczonych rozgardiaszem dusz filozofem, mędrcem, terapeutą, pewnym drogowskazem na resztę wieczoru, nocy oraz poranka.

Szymon Pazera
Szymon Pazera

JAK ZOSTAĆ MĘCZENNIKIEM, reż. Maks Rzontkowski

"Jak być męczennikiem", reż. Maks Rzontkowski

Gdzieś na końcu labiryntu liminalnych korytarzy znanych z odmętów Internetu znajduje się mały pokoik bez okien, jego ściany pokrywa gruba warstwa kiefu, a w środku twórcy Skibidi toilet i Krainy Grzybów TV grają w karty z Maksem Rzontkowskim. Jeśli w polskiej kulturze można już powoli mówić o zwrocie stonerskim, czego w poezji dowodzi redakcja „Stonera Polskiego”, a w prozie rozwija go m.in. Mateusz Górniak, to za filmowego przedstawiciela zjawiska najlepiej uznać chyba Jak zostać męczennikiem. W niespełna dziewięciominutowej impresji podzielonej na luźne rozdziały, przy dźwiękach Riverdale oraz skwaszonych noisów, młody twórca przygląda się blaskom i cieniom radykalnej empatii. Choć to dopiero dyplomowy projekt reżysera, artystycznej swady nie sposób mu odmówić. 

Dlaczego osoby biorące sobie najmniejszy kawałek tortu zawsze najbardziej dostają po dupie? Rzontkowski, zamiast jasno odpowiadać na pytanie, wypuszcza dym nosem i zawadiacko kluczy, przedstawiając historię Tony’ego – dobrego chłopaka zagubionego w spirali dobrych uczynków. To nasz przewodnik po świecie, w którym marchewki latają w powietrzu niczym babie lato, a Anioły Stróże wyglądają jak potwory z uniwersum Ben 10. Dla jednych ten skręt będzie pewnie nieznośny jak wdech chemicznego brokuła z łazarskiej piwnicy, ja jednak z radością dopalam ze smakiem nawet resztkę i daję się porwać tej paranoicznej wizji, bo to jedna z najciekawszych polskich animacji w ostatnim czasie. Gdyby to ode mnie zależało, dałbym Rzontkowskiemu za zadanie przedstawienia w tym stylu ważnych wydarzeń historycznych. Na pierwszy ogień proponuję – zjazd gnieźnieński, rozbicie dzielnicowe, trzy rozbiory i rozmowy w Magdalence.

Michał Konarski
Michał Konarski

KOŃCE I POCZĄTKI, reż. Klaudia Fortuniak

"Końce i początki", reż. Klaudia Fortuniak

Otwierasz oczy, patrzysz na zegarek – zdecydowanie zaspałaś. Kawy w pojemniku została już tylko łyżeczka, w zagotowanym mleku pływają kożuchy, a kanapka szykowana na drugie śniadanie spada na ziemię masłem do dołu. Za oknem wreszcie stopniał śnieg. Wreszcie – bo na kartce z kalendarza widnieje maj, a jeszcze niedawno lodowe płatki kołysały na wietrze. Wybiegasz z domu opakowana stosem bagaży. W ostatniej sekundzie udaje się zdążyć na tramwaj, który daje jakąkolwiek szansę dotarcia do pracy czy tam szkoły na czas. Wtem, tory urywają się gdzieś w środku lasu. Wszystko się wali, no po prostu kaplica. Siadasz na polu, patrzysz w niebo i myślisz sobie, że teraz już tylko położyć się plackiem w oczekiwaniu na Godota. Nagle współpasażerka otwiera torbę świeżutkich truskawek, którą za chwilę skosztujesz, upiększając sobie świat soczystą słodyczą. Przebieg wydarzeń męczący, a równocześnie urokliwy. Wokół takiej niespodzianki Klaudia Fortuniak majstruje jajko z owocowego decoupage’u. 

Zwyczajne neurozy, zapominalskość, która weszła nam w krew aż za bardzo, czy powszechne hipochondrie doprowadzają rzeczywistość na skraj realizmu. Z tego garczka wylewa się absurd. Końce i początki wystają na ulicznych rogach w oczekiwaniu kolejnych kadrów kroniki wypadków dnia codziennego: dyskomfortu rozmowy z sąsiadem, z którym mogłoby się zadziać coś więcej, ale strach spróbować wykonać większy krok, żalu i derealizacji po tym, jak po raz kolejny z głowy wyleciał termin decydujący o naszym dalszym losie. Wszystko to podane w sosie nasyconym ciepłymi barwami i letnim ziarnem zdjęć Mateusza Nowaka (a przy okazji również cytrynami i arbuzami). Akompaniuje tej komicznej etiudzie narracja z offu, która – choć często bywa drogą na skróty – u Fortuniak okazuje się stylowym fundamentem wykręcającym jej narracyjne zabawy na wszystkie strony, oraz oldschoolowe brzmienia Jana Ignacego. Lato w mieście na pełnej.

Julia Palmowska
Julia Palmowska