Odbierając z rąk Ewy Puszczyńskiej nagrodę za najlepszy występ w roli pierwszoplanowej, Sandra Hüller powiedziała: „Myślę, że niedługo znowu się spotkamy”. W oczekiwaniu na produkowane przez Polkę 1949 z niemiecką aktorką w jednej z głównych ról, wzrok festiwalowego świata zwrócił się na Rose Markusa Schleinzera – sfilmowaną w czerni i bieli opowieść o człowieku z blizną.
Jest blizna i jest broń. Filmowi Schleinzera estetycznie daleko jednak do klasyka De Palmy – rzecz dzieje się na początku XVII wieku, w wiosce otoczonej szeleszczącymi w każdym ujęciu liśćmi. Jedną z chat zamieszkuje odważny, choć drobny żołnierz. Świadectwo jego męstwa stanowi nie tylko szrama na pół twarzy, ale także regularnie podgryzany pocisk, noszony na łańcuszku niczym relikwia. „Męstwo” to w tym wypadku jednak dość przewrotne słowo – szybko dowiadujemy się, że główny bohater to kobieta, która podaje się za mężczyznę przed wszystkimi mieszkańcami odosobnionej wioski.
Tytułowa Rose sama podkreśla, że spodnie dają jej więcej możliwości. Po pierwsze, można w nich nosić broń. Po drugie, ludzie słuchają cię wyłącznie, gdy nosisz spodnie zamiast spódnicy. Bycie mężczyzną jest dla niej szansą na samodzielność i święty spokój. Sprawa się komplikuje, gdy bohaterka zostaje wciągnięta w ślub z chłopką – Suzanne. Sprawa komplikuje się jeszcze bardziej, gdy nowo poślubiona zachodzi w ciążę.
Tak zagmatwany opis nieco nie przystoi do spokojnie i logicznie opowiadanej fabuły. Austriacki reżyser zgrabnie, choć bardzo niespiesznie, kreśli zamknięty krąg bohaterów i otaczającą ją rzeczywistość. Efektownie zainscenizowane sceny z porywistymi wichurami, uciekającymi owcami i atakującymi niedźwiedziami pozwalają wczuć się w historię oraz uwierzyć w odwagę i zaradność głównej bohaterki. Schleinzer czerpie przyjemność z przebywania z kamerą w XVII wieku i pozwala widowni odczuwać podobną satysfakcję. Nawet momentami nadmierna estetyzacja nie odbiera filmowi pożądanej immersyjności. W tym świecie chce się przebywać, jednak wyłącznie w komfortowej roli podglądacza.
Znakomicie zbudowany świat służy za tło do dość uniwersalnej opowieści o normach społecznych i zawistnym otoczeniu. Schleinzerowi daleko jednak do politycznego uogólniania. To pełna emocji historia, w której protagonistka nie jest figurą retoryczną, a poruszającą bohaterką, która kocha, czuje i marzy. Duża w tym zasługa Sandry Hüller. To mistrzowski popis niemieckiej aktorki, która rewelacyjnie zachowuje równowagę między intensywnym gniewem wobec zamkniętej grupy, czułym portretowaniem emocji łączących Rose i Suzannę oraz efekciarskimi scenami wiejskiej codzienności XVII wieku. To występ kompletny i przypieczętowujący status Niemki jako jednej z najlepszych współczesnych aktorek.
Dużą zaletą austriacko-niemieckiej koprodukcji jest też nieoczekiwane poczucie humoru. Ciężki klimat siedemnastowiecznej wioski i wiążąca struktura społeczna zostają przełamane kilkoma rzeczywiście zabawnymi scenami – piętrzący się absurd wokół niecodziennego małżeństwa szybko staje się nieprzewidywalny. Gdyby z kolei szukać wad, warto zwrócić uwagę na nieco przesadzone zakończenie. Wspomniana już estetyzacja w finale filmu staje się wręcz nieznośna. Wizualne paralele do arcydzieł Carla Theodora Dreyera, jako oderwany od całości obrazek, są imponujące, jednak w ramach opowiadanej przez poprzednie dziewięćdziesiąt minut historii budzą politowanie.
Rose to jeden z najlepszych filmów pokazywanych w Konkursie Głównym tegorocznego Berlinale. Estetyczny i angażująco nakręconemy film Markusa Schleinzera nie zapisze się jednak w kanonie kostiumowych epopei. To kameralna i dość prosta opowieść, która mimo wszystko wygrywa immersyjnością, efektownymi zdjęciami i mistrzowską rolą Sandry Hüller.
Rose
Rok: 2026
Kraj produkcji: Austria, Niemcy
Reżyseria: Markus Schleinzer
Występują: Sandra Hüller, Caro Braun, Marisa Growaldt, Godehard Giese, Augustino Renken
Dystrybucja: Gutek Film
Ocena: 3,5/5
