Na początku stulecia, gdy gry strategiczne królowały na listach bestsellerów, a sztaby kandydatów na prezydenta Warszawy mierzyły się ze sobą w SimCity 3000, dziesiątki tysięcy ludzi pobudzały swoją kreatywność, projektując linie kolejowe, ogrody zoologiczne czy parki rozrywki. Przemierzając futurystyczne korytarze kompleksu Alvernia Planet – przepełnione fikuśnymi dekoracjami, imponującymi instalacjami i ambitnymi obietnicami – nie umiałem uciec od skojarzeń z serią RollerCoaster Tycoon. Oto stałem się tym małym cyfrowym ludzikiem, szukającym łazienki między wciąż przestawianymi i wymienianymi atrakcjami. Po drugiej stronie monitora zasiadł milioner Grzegorz Hajdarowicz – smok z polskiego Dragons’ Den, konsul honorowy Brazylii, producent Zakochanego Anioła, reżyser dokumentalista, a teraz także autor wizji największego w Polsce filmowego parku rozrywki.
Abstrakcyjne betonowe kule rozrzucone na uboczu autostrady trzydzieści kilometrów od Krakowa od początku wieku intrygowały i przyciągały uwagę przejeżdżających. Przez lata dostęp na teren kompleksu przy ulicy Ferdynanda Wspaniałego pozostawał jednak przywilejem wybranych. Mieściło się tam studio filmowe i postprodukcyjne, gdzie pracowano m.in. nad Essential Killing Skolimowskiego, Gorejącym krzewem Holland czy Wiedźminem 2: Zabójcy królów. Chociaż w 13 kopułach Alvernia Planet dalej się kręci – powstawało tam m.in. zeszłoroczne Na zaginionych ziemiach w reżyserii najlepszego z Andersonów – Paula W.S., to nowy kierunek jest jednak całkiem inny. Zamiast technologicznego wyścigu i łaszenia się do filmowców, ryzykując kolejne katastrofy, takie jak pożar planu serialu Barbarzyńcy – show dla całej rodziny i szkolnych klas stanowiące porywające i merytoryczne uzupełnienie wycieczek do regionalnych atrakcji, jak Energylandia.
Jak jednak do tego podejść? Co może przekonać ludzi, by wybrali się w samochodową wycieczkę w szczere pole i zapłacili za nietanią autostradę (ta niedogodność skończy się w marcu przyszłego roku), tylko po to, by odwiedzić interesujące architektonicznie studio produkcyjne? Stojący przy wejściu Ksenomorf, fotele niczym z kantyny w Mos Eisley i korytarz, przez który biegł Tomasz Kot jako Pan Kleks w drugiej Akademii Pana Kleksa Macieja Kawulskiego, to kuszące dodatki, ale niekoniecznie uzasadniające wydanie kilkuset złotych i poświęcenie całego dnia. Pierwsze podejście – przybliżanie świata technologii poprzez VR – nie powiodło się, w dużej mierze ze względu na pandemię COVID-19. Od publiczności zaroiło się za to przed rokiem, gdy ekipa Alvernia Planet ściągnęła do siebie obwoźną wystawę Harry Potter: Vision of Magic. Przez cztery miesiące do świata Hogwartu przeniosło się dzięki niej ponad 200 000 osób. Jak przyznał Grzegorz Hajdarowicz, była to dla nich świetna nauka zarządzania ruchem i organizacji widowni – liczący ponad 17 000 metrów kwadratowych kompleks wcześniej był wszak dla postronnych niedostępny. Prawdziwym celem i ambicją pozostało jednak stworzenie czegoś własnego i wyjątkowego.
„Film to kumulacja wszystkich sztuk” – takie hasło przyświeca projektowi nowej Alvernii Planet, a goście mają tej prawdy doświadczyć ze wszystkich stron. Kilkugodzinna wycieczka przez kolejne hale, prezentująca wszystkie etapy powstawania X muzy – od castingu, przez przygotowanie scenografii i kostiumów, po postprodukcję i uroczystą premierę – jest naturalną formą niesienia takiego przesłania. W gruncie rzeczy to prosta koncepcja, choć przygotowana z dużą pompą i czerpiąca inspiracje od największych, na czele z Universal Studios i Disneylandem. To jednak dopiero początek, pierwszy element motta „Poznaj, Przeżyj, Zagraj”.
Do powstania elementu „Przeżyj” przyczynić się miał ChatGPT, który podsunął szukającemu natchnienia właścicielowi ciekawy fakt: największa z kopuł studia jest naprawdę duża – i to w skali świata. Projekcja K360 – przy czym organizatorzy słusznie przypominają, by nie nazywać tego kinem, lecz technologicznym performancem – napędzana ośmioma projektorami Christie o mocy 50 000 ANSI lumenów każdy, robi olbrzymie wrażenie. Na 2000 m² sklepienia w ciemnej kopule o średnicy 50 metrów obraz otacza widza ze wszystkich stron, a imponujące nagłośnienie przytłacza swoją mocą. Aż chciałoby się doświadczyć w tym miejscu transmisji z koncertu.
W tym momencie oferta jest jednak inna – trwający niecałą godzinę zbiór trzech animowanych krótkich metraży na który składa się m.in. polskie Up od studia Creative Planet oraz One Step Beyond: A Journey to Mars, edukacyjna propagandówka NASA chwaląca program Artemis i przedstawiająca trudy, ambicje i plany eksploracji Czerwonej Planety. Ten ostatni film najlepiej prezentuje potencjał instalacji. Ultraostre barwy, gwiazdy oraz wszechogarniająca wizualizacja kosmosu sensorycznie powalają pomimo absolutnej artystycznej jałowości produkcji. Temat fantastyki naukowej świetnie się też zespala z przestrzenią, jednocześnie futurystyczną i industrialną, gołe ściany z oknami wentylacyjnymi i wspornikami służące za ekran idealnie wpasowują się w widowiskową pogadankę o statkach kosmicznych i sile Keplera – pytanie brzmi jednak, czy przy zmianie repertuaru nie będą wytrącać z immersji. Ta ostatnia zresztą jest też dość specyficzna.
Doświadczenie sferycznej projekcji dużo bliższe jest wizycie w obserwatorium astronomicznym czy przy Panoramie Racławickiej, niż filmowemu seansowi. Przy ogromie i kształcie powierzchni projekcyjnej w każdym momencie obserwować możemy tylko jej względnie wąski wycinek. Odległość od obrazu, wybijające się na nim wspomniane architektoniczne elementy czy w końcu konieczność obracania się i chodzenia całkowicie uniemożliwiają zaś oszukanie zmysłów i zatopienie się w fikcyjną rzeczywistość, jak ma to miejsce w przypadku VR. Jeśli szukacie możliwie najbardziej pobudzającego sensorycznie sposobu odbioru kina, wciąż najlepszą opcją pozostaje 4DX z jego strzałami sprężonego powietrza, lampami błyskowymi i wodnymi armatkami.
Skłamałbym jednak, sugerując, że nie bawiłem się na tym kosmicznym spektaklu bardzo dobrze, niczym w świetnie przygotowanym domu strachów z futurystycznego i bogatego lunaparku. Kino sferyczne spod Krakowa staje się trzecim największym na świecie, po niesławnym Sphere z Las Vegas, a także Muzeum Nauki i Technologii w Pekinie; w imponującej skali projektu kryje się jednak także największe wyzwanie stojące przed Hajdarowiczem i jego biznesowymi partnerami. Takich miejsc jak Alvernia Planet na świecie praktycznie nie ma, a przez swój gigantyczny rozmiar K360 wymaga dopracowanych wizualnie produkcji w 8K przygotowanych z myślą o sferyczności. Zwykłe shorty tworzone dla planetariów najzwyczajniej w świecie nie będą tu wyglądały dość ostro, by wywołać zamierzony efekt.
Rozwiązaniem tego ma być trzeci element – „Zagraj”, którego niestety nie byłem w stanie w pełni doświadczyć podczas swojej wizyty, gdyż wciąż trwały gorączkowe prace nad jego ukończeniem. W siostrzanej kopule obok K360 artyści z krakowskiego ASP stworzyli marsjański plan filmowy, którego gwiazdami są namiot z Marsjanina Ridleya Scotta oraz prawdziwy łazik księżycowy wypożyczony z AGH. Tam goście, po odbyciu ekranowej podróży z One Step Beyond: A Journey to Mars zmienić się mają w odkrywców i reżyserów w jednym. Pod presją odmierzającego godzinę zegara i przy użyciu dedykowanej aplikacji każdy będzie miał przygotować swój kilkunastosekundowy film science fiction, który następnie weźmie udział w konkursie o nagrodę główną – wyjazd do, ukochanej przez pomysłodawcę, Brazylii.
Projekcja i produkcja stanowią tu nierozerwalny pakiet – nie da się wziąć udziału w jednym bez partycypacji w drugim. Temat przewodni doświadczenia ma zmieniać się co roku: obecnie jest to kosmos, natomiast w 2027 roku zostanie nim Amazonia, co zbiegnie się z premierą poświęconego jej sferycznego filmu, przygotowywanego bezpośrednio przez Alvernia Planet i kręconego w Ameryce Południowej. Takie łączone przeżycie o skali znacznie większej niż sam seans może stać się dla turystów wabikiem do regularnych powrotów. Z drugiej strony trudno mi pozbyć się niepokoju, czy tematyka inna niż technologiczna nie wywoła w takich okolicznościach przyrody zbyt dużego dysonansu.
Dzień spędzony w Nieporazie (choć kule majaczą nad autostradą w Nieporazie, kompleks bywa kojarzony z pobliską Alwernią) przypominał znalezienie się w środku czyjejś gry, głównie przez ogólną przypadkowość tego świata i płynącego z niego doświadczenia. Alvernia Planet uwodzi nie tyle skalą, ambicjami czy futurystycznością, ile przede wszystkim wrażeniem spontaniczności. Spacerując między dekoracjami i przez tuby z tworzywa sztucznego, przymierzając papierowe maski gwiazd kina czy pozując przed fotokomórką udającą tłum fotoreporterów, nie widziałem w tym przemyślanego, korporacyjnego produktu. To raczej pokaz nieustannego „testowania na produkcji”, rzucania pomysłów, idei i haseł z nadzieją, że któreś z nich ostatecznie „wypali”. Trudno wyrokować, jakie jutro czeka te kosmiczne struktury przy autostradzie, ale do ich dzisiejszego oblicza trudno nie zapałać sympatią.