Dom, który zbudował Denis Lavant – recenzja filmu „Reduta” – Nowe Horyzonty 2026

Czasy się zmieniają! Jeszcze dekadę temu, osoby zawczasu przygotowane na katastrofę, budujące schrony, zbierające konserwy, czekające każdego dnia na sygnał syreny, były brane przede wszystkim za paranoików i nadgorliwców. Dziś z kolei bycie preppersem promuje nawet państwo, kolportując wśród mieszkańców poradniki dla bezpieczeństwa i edukując w kwestiach ewakuacyjnych, a rozmowy o tym, czy ma się w domu spakowany plecak „w razie w” przeszły ze spiskowych forów dyskusyjnych do biur i na ulice.

Nie da się ukryć, że premiera Reduty przypada w okresie wyjątkowo napiętym pod względem podskórnego poczucia niepokoju, zagrożenia czyhającego w powietrzu czy społecznego zalęknienia. Reżyser John Skoog wykorzystuje te nastroje, ale nie mówi o nich wprost – proponuje, by porównać współczesne doświadczenia z tym, jak to bywało drzewiej. W centrum opowieści znajdują się tu losy Karla-Görana Perssona, żyjącego naprawdę Szweda, który w latach 50. zbyt mocno do serca wziął sobie rządową broszurę instruującą, co począć w wypadku nuklearnej zagłady. Zaczął zbierać, co popadnie, od złomu po stare opony, by mieć z czego ulepić swą twierdzę, ale też czym ją ogrzać. Nie był w tym jednak samolubny, przeciwnie, za cel nadrzędny wziął sobie zapewnienie bezpiecznego miejsca wszystkim rodzinom ze wsi.

Cała fabuła Reduty skupia się na postaci Karla-Görana, a jej rytm wyznacza kulawy krok Denisa Lavanta. Tak, w tej koprodukcji Niderlandów, Danii, Szwecji, Wielkiej Brytanii, Szwajcarii, Finlandii i Polski pierwsze skrzypce gra legenda francuskiego kina, czarująca zwłaszcza u Leosa Caraxa (od Złej krwi po Holy Motors) czy Claire Denis (Piękna praca). Jedna z największych łazęg wielkiego ekranu, pokonująca w swych kreacjach często tysiące kroków i świetnie czująca się w rolach kloszardów/dziwaków/flanerów, także i tutaj dostaje zadanie wybitnie chodzone. Lavant przełajowo przemierza pola, łąki i pagórki, ciągle coś ze sobą targa, czegoś szuka, niby wydaje się strasznie styrany, ale nie zatrzymuje się nawet na sekundę. Równolegle do pieszych wycieczek obserwujemy budowę twierdzy-samoróbki z wszystkiego, co wpadnie Karlowi-Göranowi w ręce – żmudną, syzyfową pracę naznaczoną stękaniem, potem i niewygodą, ale ostatecznie też wielkim spełnieniem.

Zdjęcia utrzymano w czerni i bieli, a kadr równie często wypełnia Denis Lavant, co krajobrazy. To właśnie w ich portretowaniu polska operatorka Ita Zbroniec-Zajt osiągnęła prawdziwe szczyty (choć żadnych gór tu nie widać). Sekwencje jazd kamery z prawa do lewa i lewa do prawa działają niczym swoiste pasaże, dodatkowy opis scen bez użycia słów. Zwłaszcza jedno z pierwszych pociągnięć w bok – triumfalny, acz zaskakująco intymny, przejazd przez terkoczące maszyny rolnicze, gdy obiektyw zawłaszcza fonię i dyktuje to, co słyszymy – nadaje utworowi unikalny, polisensoryczny charakter. Podobnych scen, przepełnionych stukaniem, dudnieniem, syczeniem, kapaniem itp. jest zresztą sporo, na czele z syreną alarmową, powracającą niczym audialne widmo.

Lavant jest w głównej roli wybitny. Owszem, zagrywa się, nierzadko przypomina też swoje poprzednie wcielenia, ale wszystko w ramach konwencji filmu. Udało się z tej postaci zbudować jednostkę wybitnie niejednoznaczną – na pierwszy rzut oka to typowy wioskowy odklejeniec, który jedyny w kościele patrzy w górę, a nie na ołtarz, żyje w swoim świecie, pewnie gada też ze zwierzętami i roślinami. W Reducie ten archetyp przełamano silnym przywiązaniem protagonisty do własnych ideałów. Jego czysta dobroć stale kontrastowana jest z otoczeniem, niepodzielającym ani prepperskiej zajawki, ani nawet troski o innych. W osiemdziesięciu minutach metrażu pewnie trudno zawrzeć humanistyczny moralitet, ale zarówno sposób przedstawienia głównego bohatera, jak i orbitujących wokół niego mieszkańców osady, ma w sobie głęboko ludzki element jakby z baśni czy przypowieści.

Nie jestem przekonany, czy w gatunku opowieści o odrzutkach wyczekujących końca świata, da się odkryć jeszcze jakieś nowe prawdy. Natomiast mimo dość prostej fabuły, równolegle w ciekawy sposób film traktuje również o innych, mniej oczywistych sprawach. Porównując wyłącznie ze współczesnymi tytułami – zbieżność z Domem, który zbudował Jack wydaje się objawiać nawet nie w samej konstrukcji, co obsesyjno-kompulsywnych zachowaniach głównego bohatera; Karl-Göran dryfuje samotnie w podobny sposób co protagonista Miłości, która zostaje Hlynura Pálmasona. Od razu po seansie zacząłem myśleć o Reducie jako właśnie nieślubnym i trochę zbuntowanym dziecku obu tych filmów, choć zamiast kolekcjonowania morderstw mamy tu zbieractwo, a bezkres oceanu i wulkanicznych skał zastępują szerokie połacie zbóż oraz traw. Gdyby jednak przyjrzeć się scena po scenie, da się tu znaleźć powidoki dzieł Dreyera, Bressona, a nawet Bena Riversa czy Marka Jenkina.

Polski wkład w produkcję niestety nie przyniósł większego rozgłosu w naszym kraju i nie wiem, co mogłoby to zmienić. Najbliżej takiego kina stoi u nas Paweł Pawlikowski i nie cieszy się masową publicznością. Poza udziałem Ity Zbroniec-Zajt, stosunkowo dużą rolę epizodyczną otrzymała Agnieszka Podsiadlik, a złotówki do budżetu dorzuciła firma Madants. Nie wiem czemu takich filmów się u nas nie robi, ale dobrze, że przynajmniej dotujemy zagraniczne talenty. Magnusa Von Horna już Szwedom podebraliśmy – może pora na kolejnego?

Michał Konarski

Reduta


Tytuł oryginalny: Värn

Rok: 2025

Kraj produkcji: Niderlandy, Dania, Szwecja, Wielka Brytania, Szwajcaria, Finlandia i Polska.

Reżyseria: John Skoog

Występują: Denis Lavant, Agnieszka Podsiadlik i inni

Dystrybucja: brak

Ocena: 4/5

4/5