Telewizyjne dochodzenie – recenzja filmu „Primetime” – Wenecja 2026

„Osoba w kryzysie pedofilskim” – taką pobłażliwą konstrukcją zaskoczyli mnie kiedyś studenci. Dyskutowaliśmy o wirtualnych rozwiązaniach, które zamiast inkarcerować osoby o nieakceptowalnych skłonnościach, miałyby kierować mroczny wektor ich żądzy ku cyfrowym substytutom. Zapamiętałem je jako osobliwą próbę znalezienia neutralnego języka dla problemu, który z pewnością nie mieści się w zbiorze zjawisk adiaforycznych. Podobne zakłopotanie wywołują pytania podejmowane przez Primetime. Film rozważa, czy wolno prowokować zło, jeśli robi się to w celu jego zwalczania, i czy wypada urzeczywistnić scenariusz, który bez naszej ingerencji wcale nie musiałby zaistnieć. Nie pyta więc wyłącznie o to, jak powstrzymać cudze demony, lecz także o to, czy należy je wywoływać – a następnie filmować i rozpowszechniać ku uciesze kanapowych moralizatorów.

Lance Oppenheim rekonstruuje w tym celu kulisy programu To Catch a Predator, emitowanego w amerykańskiej telewizji od 2004 roku. Prowadzący Chris Hansen, współpracując z organami ścigania, aranżował spotkania z mężczyznami, którzy za pośrednictwem Internetu umawiali się z osobami przedstawianymi jako nieletnie. Ukryte kamery rejestrowały ich przybycie, rozmowę i konfrontację, a następnie materiał trafiał do telewizyjnego widowiska, w którym schwytanie podejrzanego stawało się zarazem jego publicznym upokorzeniem. Autor Spermworld nie odtwarza jednak historii z dokumentalną skrupulatnością. Interesuje go raczej moment, w którym prowokacja przestaje być narzędziem ujawniania nikczemności, a zaczyna sama je produkować. Laboratoryjne inscenizowanie warunków, w których zło może się ujawnić, nie jest przecież tym samym co jego schwytanie na gorącym uczynku – z bitą śmietaną na prąciu lub kulkami analnymi w  ulubionym „dachowcu”.

A skoro o biesach mowa, główny bohater grany przez Roberta Pattinsona mierzy się właśnie z takim czortem, którego ekranowa odsłona wyjęta jest rodem z katalogu straszaków o opętaniu – maska, błyszczące ślepia, niecodzienna postura i zdolność bilokacji. Trudno oprzeć się wrażeniu, że przeszłość protagonisty, jakaś trauma, która nie pozwala mu zbudować trwałej relacji z rodziną, nie tyle została przez niego przepracowana, ile – wzorem „społecznościówek” pokroju LinkedIn – przekształcona w kompetencję zawodową. Na pierwszy rzut oka można by nazwać to pracoholizmem, ale byłoby to chyba zbyt łaskawe. W istocie chodzi raczej o narcystyczną spiralę ciągłego odbudowywania kruszącego się ego, karmiącego się porażką oponentów w starciu z wyprodukowaną przez niego fikcją. Nieważne, czy będzie to efekciarski anturaż kolejnej nocnej schadzki z siwiejącym tatusiem czy po prostu zauroczenie nowego pracownika, niby-aktora dającego się podejść fasadzie nałogowego oszusta. Każda z tych sytuacji ma swoją funkcję: pozwala demiurgowi ponownie uwierzyć, że to on rozdaje karty. Pozwala sukcesowi sąsiadować z obłędem. I to w porze największej oglądalności.

W końcu tytuł jest nieprzypadkowy. Primetime to przecież czas, w którym telewizja ma być najbardziej atrakcyjna, najbardziej dostępna, najbardziej „dla wszystkich”. Cierpienie zaś – najbardziej fotogeniczne. I trzeba przyznać, że dawno nie było w amerykańskim kinie równie przekonującego obrazu pracy nad widowiskiem, które ma wyglądać na spontaniczne, choć każda jego sekunda jest wynikiem żmudnych przygotowań. Ta logika – atrakcyjność pojmania – wykracza zresztą poza telewizję rozrywkową. Widać ją również w sposobie, w jaki relacjonowano akcje poskromienia Saddama Husajna i Osamy bin Ladena, wybrzmiewające dość silnie w tle obrazu Oppenheima. Nie chodzi wyłącznie o to, że po raz pierwszy na taką skalę relacjonowano działania militarne wymierzone w konkretne osoby, lecz także o to, że próby ich schwytania od początku funkcjonowały jako wydarzenia medialne. Widzowie mieli zobaczyć nie tylko skuteczność operacji, ale również jej dramaturgię i polityczne uzasadnienie. Narracja o wrogu została wyprodukowana w celu dokonania inwazji, a obrazy oporu wobec niej służyły dokumentowaniu bestialstwa przeciwnika. Cała ta metafora znajduje ujście w filmowej konfrontacji z prokuratorem, kiedy funkcjonariusze jednostki mającej go aresztować pozwalają ekipie programu zainstalować kamery na karabinach. Obiektyw nie tylko dokumentuje działania władzy, lecz staje się jednym z jego narzędzi.

Na poziomie plastycznym operator David Bolen – stały współpracownik reżysera – konsekwentnie podkreśla jednak sztuczność tego teatrzyku koszmarów. Prześwietlenia, wysmużenia i podobne zabiegi formalne z jednej strony nawiązują do ekranowej estetyki początku millenium, z drugiej – potęgują wrażenie, że oglądamy rzeczywistość, w której coś lub ktoś nie jest na swoim miejscu. To dlatego tak istotny jest moment, w którym jedna z przynęt (Skyler Gisondo) wychodzi z roli i próbuje przejąć kontrolę nad spektaklem. Zamiast poczucia sprawczości pojawia się u niego poczucie winy. Satysfakcję z dobrze wykonanego zadania zasłania świadomość, że jest się oszustem, manipulatorem – jak po dobrze płatnym seksie. Przemoc go otrzeźwia. Także ta symboliczna.

W trakcie każdego dochodzenia (sic) powraca pytanie: „Co by się stało, gdyby mnie tu nie było?”. Początkowo brzmi ono jak uzasadnienie interwencji – gdybym nie pojawił się w tym miejscu, być może doszłoby do tragedii. Później jednak zaczyna działać inaczej. Co by się stało, gdyby nie było tej prowokacji? Gdyby nie było tej kamery? Gdyby nie było programu, który potrzebuje kolejnych odcinków, kolejnych ofiar, kolejnych dowodów na własną skuteczność? I wreszcie my powinniśmy zadać pytanie: co by się stało, gdyby nie było tego filmu?

Bo Primetime nie jest przecież pierwszą ekranizacją tej historii. Po oryginalnym programie, którego emisję zakończono po samobójstwie prokuratora Billa Conradta, i dokumencie Davida Otsa z zeszłego roku dostajemy kolejną opowieść osadzoną w realiach przestępstw seksualnych dokonywanych na nieletnich, tym razem podporządkowaną logice filmowej dramaturgii. Trudno jednak dostrzec w niej cel inny niż czysta rozrywka. Ofiary stają się tu przede wszystkim pretekstem do gry z oczekiwaniami i emocjami widzów. Jeśli faktycznie mamy do czynienia z komercjalizacją krzywdy, to twórcy nie różnią się wiele od cynicznego prowadzącego. Są nawet gorsi, jeśli przyjąć, że jego żądzami kierowało jakieś rzeczywiste monstrum, a nie wyłącznie głód oglądalności.

Tomasz Poborca
Tomasz Poborca

Primetime

Rok: 2026

Kraj produkcji: USA 🇺🇸

Reżyseria: Lance Oppenheim

Występują: Robert Pattinson, Merritt Wever, Skyler Gisondo, Phoebe Bridgers

Dystrybucja: M2 Films

Ocena: 2,5/5

☆☆☆☆☆ 2.5/5