Każde pokolenie odejdzie w cień – o „Popiele i diamencie” – WAJDA: re-wizje

Stowarzyszenie Kin Studyjnych zdecydowało się ochrzcić przegląd z okazji setnej rocznicy urodzin Andrzeja Wajdy podtytułem „re-wizje”. Trzy lata temu, przy okazji Krótkiej Historii Polskiego Kina, pisałam o Popiele i diamencie, głosząc niebezpieczeństwo „reprodukcji hermeneutycznych sensów” z racji przytłoczenia ogromem dyskursu wokół filmu. Dziś muszę uważać już nie tylko na powtórkę po wielkich nazwiskach polskiego filmoznawstwa, ale i po sobie samej. Postanowiłam zabawić się więc w literacki dekupaż, poszukując straconego w starym eseju.

Powróciłam do tekstu sprzed trzech lat przy okazji przygotowań do prelekcji podczas pokazów zwycięzców naszego rankingu polskich filmów, organizowanych w warszawskiej Kinotece. Przypomniałam sobie również esej Moje pokolenie Scotta Fitzgeralda; wydawał się oczywistym punktem odwoławczym. Generację wchodzącą w podobno najlepsze lata życia w czasie I wojny światowej autor zawiesza tam w końcu między nieodwracalną utratą a niepowtarzalną wiarą w jutro, które nie nadeszło. Nic dziwnego, że monumentalny humanizm tej narracji w tamtym momencie tak bardzo trafiał w sedno młodzieńczej wrażliwości. Kiedy stanęłam przed ogromnym ekranem w sali nr 4, zadziwiła mnie frekwencja. Niby spodziewane, a jednak wciąż zadziwiające, jak znacznie trudniej ściągnąć publiczność na zaledwie godzinne arcydzieło Munka. Czy Maciek Chełmicki nigdy nie znudzi się polskiej publiczności? 

Pokolenie Kolumbów niby stracone, a jednak wiecznie żywe – i to może nie tyle za sprawą tegorocznego jubilata czy Jerzego Andrzejewskiego, autora pierwowzoru, co dzięki charyzmie Zbigniewa Cybulskiego. Nurczyńska-Fidelska określiła go niegdyś mianem bohatera „nie-z-tego-świata” i myślę, że uchwyciła w tych słowach istotę czaru mitologii Popiołu i diamentu. Chełmicki wpisuje się w pełni w podręcznikowy schemat bohatera romantycznego. Jest tragicznym wieszczem historii, który w jeden dzień musi odnaleźć siebie w jej sensach. Początek filmu wyznaczają pierwsze chwile ostatniej doby wojny, która dla niego okazuje się zarazem ostatnią dobą życia. Oto na majowej polanie, przy kopułowej kapliczce, jakby żywcem wyjętej z buntowniczego obrazu Nicolasa Raya, leżą Maciek i Andrzej, czekający na okazję do wykonania wyroku śmierci na sekretarzu Polskiej Partii Robotniczej. Pierwszy chwyta słoneczne promienie, a drugi kręci się z niepokojem na łokciach. Wtem, ubrana w bieluśką sukienkę dziewczynka, prosi Andrzeja, aby otworzył jej kapliczkę i podsadził, umożliwiając położenie na ołtarzyku bukieciku majowych kwiatów. Ten niechętnie to robi, mając w głowie, co ma się wydarzyć już za chwilę.

Głównymi bohaterami Popiołu i diamentu tak naprawdę okazują się wielcy nieobecni – ci, którzy wojny nie przetrwali. To im Maciek dedykuje działanie, ich losy opłakuje w kolejnych minutach filmu. Ostrowiecki hotel „Monopol” wypada niczym laboratorium afektów polskości. Zespół muzyczny zapyta, a barman poleje sto gramów dobrze zamrożonej substancji. Ot co, idealny sztafaż dla nieco martyrologicznej nostalgii. Pęknięcia narracyjne spełniają tu rolę istnego accelerando i Wajda jest w tym konstruowaniu narracyjnych polifonii solidnym kontynuatorem akademickich ideałów. Wykorzystuje optyczne iluzje, zderza przaśny wręcz symbolizm i patetyczne ekspresje z muzycznym liryzmem. Losy Maćka Chełmickiego jątrzą się w materii czasu przeszłego. Gdyby Cybulski pożył choć trochę dłużej, może ktoś wpadłby na pomysł obsadzenia go w wiadomej roli w mickiewiczowskich Dziadach. Już tu podaje improwizacje: małą – wspominanie poległych podczas wojny przyjaciół przy podpalaniu kieliszków z wódką – oraz wielką – kiedy pada „Ja czuję!” w postaci „Ja chcę po prostu żyć”. 

Niedługo później Kazimierz Kutz przedstawił antytezę Popiołu i diamentu w formie Nikt nie woła [NASZ TEKST]. Bożek powtarza tam jak mantrę, że nie zabił czerwonego. Brak tej skazy jest tym, co odróżnia go od Maćka. Nie zabił jak on i nie zginie jak on – a przynajmniej nie na ekranie, Miast psychoduchowego widma poczucia winy to będzie za nim podążać w całkowicie fizycznym sensie, gdyż organizacja podziemna niewykonania rozkazu tak łatwo nie wybaczy. Znakiem tego tak czy tak od wojennej zmazy uciec się nie da, bo obaj w gruncie rzeczy trafiają do swoich własnych czyśćców, poszukując sposobu na zatarcie śladu, chcąc zarazem uciec przed przeszłością i odzyskać czas. Z jednej strony chodzi tu o okres wojny, a z drugiej strony o ten zaszumiony przedwrześniowy – niewinny, baśniowo niemalże nierealny, odchodzący już powoli w niepamięć, zatarty przez podmiotowe nieobecności. Obaj snują się po ekranie z tęsknotą nie do wypełnienia, znamieniem nie do przykrycia, igrając z mitami i konwencjami, aby nawet jeśli już nie zyskać, to może chociaż nic nie stracić. Tam, gdzie ekspresjonista Wajda film swój widzi ogromny, tam impresjonista Kutz kameralnie i po cichu ucieka od tego, co zbudował pierwszy z nich. Patriotyczny romantyzm obudzi w nim dopiero śląski tryptyk.

Nie wiem, czy więcej w Wajdzie z mitologa, czy z mitomana, ale z perspektywy czasu, czytając swój stary tekst, czuję magnetyczną siłę jego obrazu. Jego efemerycznych motywów straconej młodości, niemalże szekspirowskich zjaw przypominających o niezmazywalnej winie, fatum nie do pokonania. Zakończenie, w którym obok siebie występują dwie śmierci, krew, śmietnik, fajerwerki, celebracja oraz białe prześcieradła wisi w eterze filmowej materii już od pierwszej sceny. Cóż  jest w końcu bardziej zbieżnego od przeciwieństw? Wajda za Andrzejewskim rwie narrację, dezorientuje międzyczasem, w jakim umieszcza Chełmickiego błąkającego się niczym nowofalowy flaneur. Zawiesza memento mori, skazuje na spaleniznę historycznych śmietników, nakazuje dokonać wyroków śmierci. Przy czym to niekoniecznie – jak pisze Maria Janion – Wajda jest artystą tanatycznym, co sama ikonografia, z której korzysta i którą obdarzają go pozaekranowe wydarzenia. Śmierć Cybulskiego wpisuje się w końcu w kontekst filmu również książkowo: tragedia w duchu młodzieńczego rozdygotania, być może wręcz bezmyślności i nonszalanckiej swawoli. Aktor nieustannie przyciąga publiczność i tak naprawdę wyprzedaje salę – wielki mit polskiego kina. I w marcu znów spojrzymy w jego ciemne okulary, wsłuchując się w tragiczne: „ja chcę po prostu żyć”.  

Julia Palmowska
Julia Palmowska