Podsumowanie IFFR #1 – najciekawsze filmy wg Tomasza Poborcy

Kolejna edycja festiwalu w Rotterdamie musiała się niestety przenieść do sieci. Trudno narzekać na łatwość, z jaką w domowym zaciszu można obejrzeć wybrane filmy, aczkolwiek wiele z nich domaga się reakcji pełnej sali i zasługuje na rozmiar prawdziwego kinowego ekranu.

Najciekawszym z nich poświęciłem osobne teksty:
(Recenzje dostępne po kliknięciu w obrazek)

Pragnę dodatkowo podzielić się kolejnymi pięcioma tytułami, które warto zapisać w kajeciku i śledzić ich festiwalowe losy lub wypatrywać wśród bibliotek platform vod.

Met Mes (2022, reż. Sam de Jong)​

Met Mes (pol. Bez noży) hipnotyzuje formą, bawi nieregulaminowym poziomem absurdu i pobudza intelektualnie syntezą fabularnej opowieści z metafilmową autorefleksją – jakby Mohsen Makhmalbaf przedawkował narkotyki i naśmiewał się z Adama McKaya, a za kamerą stanął entuzjasta op-artu. Sam de Jong krytykuje wszystko, co widzi dokoła i razi go w oczy (przeciwsłoneczne okulary są istotnym rekwizytem filmowym), ale nie wkracza na eseistyczną ścieżkę i unika prymitywnego humoru. Obrywa się każdemu, a przede wszystkim liberałom, stawiającym siebie w roli obiektywnego i neutralnego podmiotu socjologicznych narracji – to w końcu główna bolączka Zachodu.

Kiedy gwiazda telewizyjnego programu postanawia wziąć krótki urlop (jak bohater Papi ChuloRECENZJA), stanąć po drugiej stronie kamery i spełnić swe fantazje białej bogatej feministki o ratowaniu świata przez portretowanie cierpiących ze społecznych nizin, jej plany szybko weryfikuje rzeczywistość. Chciałoby się powiedzieć szarą, ale profilmowy świat mieni się feerią neonowych barw, tworzących wizualistyczne iluzje – tym z kolei stara się dorównać  niecodzienna praca kamery.

Rekonstrukcja przestępstwa przekształca się w obiektywie Holendra w trafną analizę zależności władzy między reprezentantami różnych warstw społecznych, a przede wszystkim podmiotem patrzącym i przedmiotem patrzenia, filmowym narratorem i obiektem fascynacji. Kamera to broń ostrzejsza niż nóż.

Eles Transportan a Morte (2021, reż. Samuel M. Delgado, Helena Girón)​

Eles Transportan a Morte to kolonizatorska podróż w nieznane pod żaglami samego Krzysztofa Kolumba, jednak pytania o cel końcowy wieńczone są przeraźliwym śmiechem, zwiastującym raczej śmierć niż zwycięską krucjatę i zdobycie Nowego Lądu. Kastylijska para reżyserska Samuel M. Delgado i Helena Girón prezentuje alternatywną historię XV-wiecznej wyprawy włoskiego żeglarza, lecz zwraca obiektyw w stronę trzech anonimowych mężczyzn. Ci zaprzęgli się na pokład jedynie po to, by uniknąć kary więzienia na lądzie.

Film rozpoczynają podwodne ujęcia dezerterów oraz wielkiego czarnego krzyża na białym materiale, który z niewiadomych pierwotnie przyczyn postanowili zabrać ze sobą – Kolumb bez żagli na maszcie straciłby przecież głowę (!). Dopłynąwszy do brzegu pobliskiej wysepki, kontynuują beznamiętną i cichą ucieczkę, przerywaną wyłącznie hałasem tropiących konkwistadorów lub wybuchem potężnego wulkanu, plującego lawą z równą swobodą jak kolonizatorzy pluli na niewolników. W międzyczasie, gdzieś daleko za oceanem, trzy samotne kobiety także walczą o życie – dosłownie, próbując wskrzesić jedną z koleżanek.

Porównania z twórczością Lisandro Alonso, ze szczególnym wskazaniem na Jauja, same cisną się na usta, a przepięknie ziarnista oprawa nie pozostawi obojętnym żadnego fana slow cinema.

Achrome (2022, reż. Maria Ignatienko)​

Achrome zasługuje na swój tytuł – oraz kinowy pokaz na jednym z polskich festiwali. Maria Ignatienko swoim drugim pełnometrażowym dziełem potwierdza wysoką formę. Wykreowała niesamowicie ponurą, monochromatyczną wizję II wojny światowej, która czerpie inspiracje ze sztuki Piero Manzoniego i filmowych przedstawień Tarkowskiego, Klimowa, a w szczególności Aleksandra Sokurowa. Przede wszystkim ze względu na niechronologiczny i oniryczny dramat egzystencjalny, jaki co rusz wyłania się z mglistych pejzaży sowieckich wsi. Trudno miejscami odróżnić sny od jawy, kiedy wszystko wygląda tak beznamiętnie.

Główny bohater wstępuje wraz z bratem do Wehrmachtu podczas hitlerowskiej okupacji bałtyckich krajów. Znajdujące się w kościele koszary stanowią idealne środowisko do moralnych ocen nikczemnych występków żołnierzy i wewnętrznej przemiany protagonisty, który spowiadając się sam przed sobą, będzie musiał odpowiedzieć na pytanie: czy ratując jedno życie, można zmazać plamę bierności, wnikającą w ubrania przyszłych pokoleń? Ignatienko zdaje się temu przeczyć.

Neptune Frost (2021, reż. Saul Williams, Anisia Uzeyman)​

Neptune Frost, czyli terabajtowa sonata c-dur, pełna antykapitalistycznego afrofuturyzmu ubranego w neony i zawłaszczoną technologię przez górników z kopalni kobaltu. Z jednej strony miłosna historia o czarnych gejowskich duchach, podróżujących od śmierci do innych czasoprzestrzennych korytarzy w sennej gorączce. Z drugiej głośno wykrzyczany buntowniczy manifest polityczny w musicalowej formie. Energiczne utwory niosą w swej treści szczery grymas bólu, jaki towarzyszy robotnikom z Rwandy, a skomplikowana narracja oddaje zarówno ich beznadziejne położenie na społecznej drabinie, jak i status efektu ich pracy w globalnym łańcuchu dostaw.

„Alien” w marksistowskiej alienacji potraktowane jest dosłownie – jako pretekst do stworzenia hybrydycznego świata z pogranicza afrykańskich pustkowi oraz odległych planet, gdzie resztki obcej technologii czekają na odkrycie i subwersywne przekucie w broń, która uderzy w ich poprzedniego właściciela. Przewiduję, że obraz Saula Williamsa i Anisii Uzeyman stanie się kiedyś filmem kultowym.

Neptune Frost pokazywany był w Warszawie podczas zeszłorocznej edycji AfryKamery. Pełną recenzję autorstwa Marcina Prymasa znajdziecie TUTAJ.

Wyspa na lądzie (1969, reż. Judit Elek)

Wyspa na lądzie to debiutancki utwór Judit Elek, zdradzający nie tylko potencjał artystyczny węgierskiej reżyserki, ale zwiastujący przyszłe arcydzieła spod ręki operatora Eleméra Ragálego (m.in. Sokoły Istvána Gaála). Trudno w zasadzie streścić fabułę filmu, by oddać mu sprawiedliwość i nie wydać się jednocześnie trywialnym.

Narracja ma poetycki charakter, imitujący dryfowanie okrętu po wzburzonych falach codzienności w poszukiwaniu ukrytej głęboko we wspomnieniach przystani. Toteż skojarzenia z Miłością Karolego Makka (RECENZJA) wydają się być na miejscu. Obrazy łączą również wspaniałe kobiece role aktorskie tutaj Manyi Kiss, wcielająca się w podstarzałą Pippi Langstrumpf.

Nieco zabawna wiekowa pani w uroczym kapelusiku, pogrążona w melancholii, snuje się po piętrach budapesztańskiej kamienicy, której niedaleko do rozpadającej się architektury Tsaia, i niczym dobry duszek zagląda do cudzych mieszkań. Z kolei jej własne cztery kąty zagracone są pamiątkami z lat młodości, żeglarskimi akcesoriami i zdjęciami ojca w stroju kapitana. Gniazdko, które uwiła sobie bohaterka z widmowych gałązek, w końcu pada łupem drapieżnego społeczeństwa, a przepaść dzieląca ich postawy objawia się w surrealistycznym absurdzie gulaszowego komunizmu.