Przekleństwa niewinności – recenzja filmu „Pisklę” / „Hatching” – Octopus

Fińskiej kinematografii daleko do europejskiej czołówki, lecz nie stoi to na przeszkodzie temu, by w nordyckim kraju regularnie powstawały filmy godne uwagi, trafiające do polskiej dystrybucji. W kolorach wypłowiałego, pastelowego różu nasza publika w krótkim czasie będzie mogła obejrzeć rewelacyjne Dziewczyny (Aurora Films), a także horror Pisklę. Czy miłośnicy kina grozy powinni obgryzać paznokcie w oczekiwaniu na ten drugi?

Dwunastoletnia (przynajmniej według oficjalnego opisu, bo film w żaden sposób nie sugeruje tak młodego wieku) Tinja mieszka w idealnej, możnaby wręcz powiedziedzieć obrazkowej, rodzinie na przedmieściach Helsinek. Mająca obsesję na punkcie perfekcyjności i piękna matka protagonistki jest bowiem vlogerką familijną, a ofiarami jej ambicji padają najbliżsi. Emerytowana łyżwiarka figurowa zapragnęła stworzyć idealne połączenie europejskiej postępowości z pastelowo-plastikową wizją wspaniałości amerykańskich lat 50. Bardzo komfortowa sytuacja finansowa (dylematy późnego kapitalizmu w tym filmie nie istnieją) pozwala jej na dowodzenie wręcz kuriozalnie odrealnioną, idealną willą i jej mieszkańcami. W pierwszym akcie licznie występują zresztą kręcone iphonem (a jakże) fragmenty youtubowej surówki, będące najbardziej interesującym zabiegiem formalnym w całym obrazie.

Sztucznie wytworzona, oderwana od wszelkich ludzkich cech perfekcja musi jednak zostać zaburzona, chaosu natury i psychiki nie da się ujarzmić bezterminowo. Podobnie jak w pokazywanym na festiwalu Nowe Horyzonty Odbiciu Walentyna Wasjanowicza (NASZA RECENZJA) wydarzeniem przełomowym staje się uderzenie skonsternowanego ptaka w idealnie wypolerowaną szybę. W ukraińskiej produkcji tragiczny los zwierzęcia stanowił pomost dla wejścia w życie bohaterów śmierci, mroczny zwiastun tragicznej przyszłości w rzeczywistości ciągłego zagrożenia ze strony rosyjskiego agresora. Tu przestrzeni do istnienia domaga się dla odmiany chaos. Nieprzejednana potęga natury, której nie można zakląć w family friendly pluszach i wykoncypowanych ujęciach oderwanego od uczuciowości filmikowego istnienia. W podobnej roli kilka lat temu innego czarnego ptaka obsadził Joachim Trier w Thelmie (NASZA RECENZJA). 

Rozbijające porcelanę i miażdżące kryształy zwierzę, muszące zginąć z rąk protagonistki staje się tu gametą prokurującą dojrzewanie Tiniji. Dojrzewanie ujęte tu przez debiutującą reżyserkę Hannę Bergholm w formie jak najbardziej wizualnej i namacalnej, jako jajko – potomek tragicznie poległego czarnego lotnika – które trafia w ręce protagonistki. Ta się nim opiekuje także po wykluciu, a dzieci jak wiadomo mają zwyczaj inhibitować zachowania rodziców. Obserwujemy zatem swoistą sztafetę traum przekazywanych potomstwu, które z każdą generacją stają się coraz bardziej niszczące.

Tytułowe pisklę staje się zatem metaforyczną reprezentacją protagonistki; dziewczyny wychowanej w bańce wartości wpajanych jej przez apodyktyczną rodzicielkę, które ulegają stopniowemu skruczeniu w zderzeniu z rzeczywistością. Podobnie jak w zeszłorocznym szwajcarskim kandydacie oscarowym, Oldze (NASZA RECENZJA), główna bohaterka zajmuje się sportową gimnastyką artystyczną. W poprzedniej produkcji jednak ta służyła pokazaniu, że nawet ucieczka z ojczyzny nie wyrywa cię z kajdan własnej psychiki, ambicji i możliwości. Pisklę przedstawia drugą stronę tego najbardziej wyniszczającego ze sportów olimpijskich – wymogu zatracenia siebie w dążeniu do perfekcji. Podobnie jak we wspomnianych we wstępie Dziewczynach, gdzie jedna z bohaterek musiała się zbuntować wobec narzuconemu jej sportowemu rygorowi, w Pisklęciu także to matka staje się de facto czarnym charakterem.

Produkcja ta pokazuje w najlepszy sposób szkodliwość tego, jak europejscy twórcy chcą się przypodobać własnej wizji Ameryki. Najbardziej wstydliwym przykładem takiej psychiczno-intencjonalnej wady jest Ul; film obecny w oficjalnej selekcji festiwalu Nowe Horyzonty oraz nagrodzony na konkursie Sundance, skupiony w warstwie znaczeniowej był na promowaniu ideologii kapitalistycznej. Problemy Pisklęcia wynikają z kolei z tego, że między licznymi wizualnymi cytatami i mrugnięciami okiem do widza zatracony zostaje własny język produkcji. Dodatkowo całość zdaje się przypudrowana w taki sposób, by pruderyjna amerykańska publika nie poczuła się niekomfortowo — przemoc niemal w całości zostaje wyrzucona z kadrów, a tytułowe zwierzę pozbawione zostaje cech dystynktywnych.

Kiedy przed ponad dekadą na salony zaczęła wchodzić tzw. Nowa Fala horroru, dając temu gatunkowi jakże konieczny do istnienia tlen, coraz głośniej podnoszony zaczął być temat poszukiwania zdrowych proporcji między gatunkowością i kreatywnością twórczą a metaforą i pragnieniem niesienia przesłania. To właśnie w okresie 2010 (premiera Pozwól mi wejść) – 2014 (Babadook) skompromitowany został koncept produkcji opartej na dylemacie – „czy to choroba psychiczna czy fantastyka?”, już w 2010 roku zresztą świetnie spasztiszowany przez Darrena Aronofsky’ego w Czarnym łabędziu. Ten sam czas z premierami Czarownicy czy Mięsa pokazał w jaki sposób filmowcy są w stanie, opierając się na gatunkowych klockach, opowiedzieć wieloznaczną i głęboką historię trudów wchodzenia w dorosłość.

I tu wracamy do Pisklęcia, produkcji niezwykle profesjonalnie zrealizowanej, którą powinno się pochwalić chociażby za zdjęcia i niepokojącą, przywodzącą na myśl Żony ze Stepford, scenografię, i to, że ta ostatnia staje się de facto jednym z najważniejszych bohaterów. Niestety fiński obraz jawi się w tym samym czasie jako produkcja spóźniona o co najmniej 20 lat, ograniczona do jednej metafory, pozbawiona jakichkolwiek wieloznaczności, z bohaterami sprowadzonymi do jednej cechy (zazwyczaj jakoś związanej z ambicjami sportowymi). Przy tym wszystkim to film traktujący się piekielnie poważnie jako produkcja z ambicjami. W związku z tym reżyserka nie przykłada większej wagi do tego, czy w jej horrorze konsekwentnie budowany jest nastrój grozy. Występująca tu koncepcja niepokojącej kołysanki śpiewanej bez przerwy niemal w pierwszej połowie to wręcz bolesne pójście na łatwiznę. Brak kreatywności w scenach szerokorozumianych wybuchów zdaje się sugerować ograniczoną miłość twórców do realizowanego przez nich gatunku. 

Z ambicji amerykanizacji własnego obrazu, może z myślą o możliwie szybkim przeniesieniu się do Hollywood, wynika decyzja o pozbawieniu filmu całkowicie fińskości. Gdyby nie ugrofińska, ekstaordynaryjna mowa płynąca z ust postaci, niemożliwe byłoby pomyśleć że akcja nie dzieje się w USA. Główna oś Pisklęcia skupia się na dekonstrukcji i stopniowym rujnowaniu przez nieujarzmiony chaos natury, równie perfekcyjnej, co odrealnionej, performatywnej wersji domu i rodziny dowodzonego przez matkę głównej bohaterki. W pewnym sensie to więc duchowy spadkobierca nurtu animal atack; niczym w Długim weekendzie Colina Egglestona przyroda w brutalny sposób postanawia przypomnieć dzieciom kapitalizmu o swoim istnieniu i potędze. Tym bardziej szokuje absolutne niewykorzystanie przez twórczynię potencjału drzemiącego w tej prostej wszak osi narracyjnej. Zamiast pytań o zatracanie własnej tożsamości w pogoni za internetowymi wzorcami, wszystkie światła zostają skierowane na dylemat „czy Tinja wystąpi w zawodach gimanstycznych, bo jak pingwin już nie chce”.

Hanna Bergholm, gotując swój pełnometrażowy debiut, zdecydowała się wymieszać znane i lubiane składniki, takie jak gatunkowość, temat coming of age, obronę natury, maski czy doppelgänger. Przy tym wszystkim oparła się na przepisie prosto z tzw. insta-knajpy. Innymi słowy miało wyglądać, a nie smakować. No i wygląda — anglosaska krytyka jest zachwycona i mówi o objawieniu się przyszłej gwiazdy. A że jej kulinaria smakują jak papier z glutaminianem sodu, kto by się tym przejmował. 

Marcin Prymas
Marcin Prymas

Pisklę

Tytuł oryginalny:
Pahanhautoja

Rok: 2022

Kraj produkcji: Finlandia

Reżyseria: Hanna Bergholm

Występują: Siiri Solalinna, Sophia Heikkilä, Jani Volanen i inni

Dystrybucja: Velvet Spoon

Ocena: 2,5/5

2,5/5