Poduszka pierdziuszka – o filmie „Pin de Fartie”

Twórczość kolektywu El Pampero Cine zawiera w sobie jakieś trudne dla mnie do wytłumaczenia pokłady ulotności. Ale w dobrym znaczeniu. Filmy Argentyńczyków pełne są pomysłów – eliptyczne scenariusze, nagromadzenie symboli i detali, zwroty czy wtrącenia. Jednocześnie wydają się niezobowiązującym zaproszeniem do wspólnej podróży, z której możesz wyciągnąć sobie co chcesz, a zostawić w tyle to, co mniej interesujące.

Proponują dzieła niezwykle koherentne, starannie przemyślane, choć niewolne od improwizacji, świeże w warstwie inscenizacyjnej i narracyjnej, a nade wszystko – co w festiwalowych modach nie jest takie oczywiste – „oglądalne”, tj. będące w stanie zainteresować nieco szerszą publiczność, niż stereotypowych miłośników długich ujęć wypasania zwierzyny czy schnących ścian. Wyjątkowe szkatułki Matíasa Lucchesiego, Laury Citarelli, Mariano Llinása czy właśnie Alejo Moguillansky’ego wchodzą ze sobą w dialog i tworzą osobny mikrokosmos bohaterów oraz poplątanych historii. I takie jest też Pin de Fartie, wariacja na temat Końcówki (fr. „Fin de Partie”) Becketta, a zarazem kalejdoskop tematów, od Beethovena przez księżyc, pociągi i ślepotę, po kryzys w Argentynie. 

Część fabuły dzieje się nad Jeziorem Genewskim, co dla filmu o odchodzeniu jest dosyć znaczące. Kino ma duży związek z tym miejscem, jak rzekł sam reżyser: „Godard umarł nad jeziorem i Chaplin umarł nad jeziorem”. Nad wodą dzieje się sam literacki pierwowzór, ale i niedawne Trenque Lauquen, które Moguillansky montował. Tak kręci się fraktalny obieg zależności i powiązań, tworząc kolejną łamigłówkę z Laurą Paredes w jednej z głównych ról.

Nad Pin de Fartie unosi się na poły mistyczna aura, melancholijna atmosfera wymieszana z hiperrealistycznym porządkiem. Intrygi chodzą tu parami: bezdomni żyjący w koszu pod parlamentem, niewidomy Otto i młoda dziewczyna nad jeziorem, dwoje aktorów zadurzonych w Beckettcie oraz samych sobie, czy młody chłopiec czytający Końcówkę ślepej matce. To zbiór scen nieustannie ewokujący adaptowany tekst, ale bez stawiania pomników, wręcz przeciwnie, parafrazujący konkretne motywy i wydarzenia na własną modłę.


Pin de Fartie, zgodnie z pierwowzorem, jest filmem zarówno smutnym, jak i śmiesznym. Przepełnioną goryczą treść Moguillansky rozrzedza humorystycznymi gagami, co czynił z Beckettem już wcześniej (np. w poprzednim utworze, Wiekach średnich). Natomiast tak jak w innych dziełach El Pampero Cine, już sam wybór konwencji zrzuca niepotrzebny patos z opowieści – wymyślne muzyczne pasaże z gitarowym podkładem czy wybór szerokiego kadru i intensywnych barw przy niewidomych postaciach.

Powab i sznyt, autentyczne i niepodrabialne przymioty stylu Argentyńczyków, ciągną do przodu każdy dialog, scenkę czy dłuższą ekspozycję. To kino czyste, wolne, kreatywnością obchodzące budżetowe ograniczenia, przewrotne i prowokujące. A przy okazji zawierające jedną z najlepszych ścieżek dźwiękowych roku. Cała ta beckettowska farsa rozpisana na pary, może nawet bardziej kolaż ładnych obrazków, cytatów, monologów i grania na gitarze, to list miłosny do sztuki – muzyki, literatury, teatru i oczywiście kina, ale pisany z zachowaniem stosownego dystansu. Moguillansky nie narzuca się, stawia na impresyjność, pozwalając wybrać z sitka interpretacyjnego swoje kamyczki.

Michał Konarski

Pin de Fartie


Tytuł oryginalny: Pin de Fartie

Rok: 2025

Kraj produkcji: Argentyna

Reżyseria: Alejo Moguillansky

Występują: Santiago Gobernori, Cleo Moguillansky, Laura Paredes, Marcos Ferrante i inni.

Dystrybucja: brak

Ocena: 4.5/5

4.5/5