Dyskrecja, skrytość, poufność – to cechy charakteryzujące zarówno dobrego marszanda, jak i cały rynek najdroższych dzieł sztuki. Nie sposób się zatem dziwić, jak wielkie trzęsienie ziemi w tym świecie wywołał pozew, który Dmitrij Rybołowlew wytoczył swojemu personalnemu kupcowi, Yves’owi Bouvierowi. W toku postępowania ponad dekada prywatnej korespondencji trafiła do przestrzeni publicznej i rzuciła światło na to, jak wiele marszandzkie cnoty mają wspólnego z manipulacją i podstępem.
Współpraca obu panów – jakby proroczo – rozpoczęła się od Cyrku Marca Chagalla. Rybołowlew, tytułowy oligarcha, który od ucieczki przed gniewem rosyjskich gangów w latach 90. zarządza swoimi firmami z Europy, zakupił ten obraz i ulokował go w wolnym porcie genewskim. Pojawił się jednak problem: to niezwykle cenne dzieło sztuki dotarło bez certyfikatu autentyczności. Bouvier, który był wówczas udziałowcem i głównym operatorem genewskiego magazynu, zaoferował pomoc i w ciągu paru dni dostarczył odpowiedni dokument. Zrobił tym samym na nabywcy tak duże wrażenie, że szybko został zatrudniony jako personalny kupiec. Czego Bouvier nie zdradził, to fakt, że pozyskanie certyfikatu było dla niego zadaniem banalnym – znał bowiem sprzedawcę osobiście.
Rybołowlew postawił sobie za cel zgromadzenie jednej z najbardziej imponujących prywatnych kolekcji sztuki, a Bouvier pośredniczył przy każdej transakcji. Schemat „cyrkowy” powtarzał się wielokrotnie. Oligarcha wyrażał zainteresowanie danym obrazem, marszand tworzył wokół niego narrację, a następnie wykorzystywał przewagę informacyjną dla własnej korzyści. To właśnie w tym momencie dyskrecja – a dokładniej kompletny brak transparentności – zamieniała się w podstęp. Bouvier, po poznaniu wyceny domu aukcyjnego, przedstawiał Rybołowlewowi kwotę znacznie zawyżoną i inkasował różnicę. W ramach trwającego ponad dekadę układu Rosjanin zgromadził 38 dzieł sztuki twórców takich jak Pablo Picasso, Henri Matisse, Gustav Klimt, a nawet Leonardo da Vinci, a Szwajcar wzbogacił się o przeszło miliard dolarów. To właśnie ta horrendalna suma stała się przedmiotem późniejszych potyczek prawnych, które przy okazji ujawniły siatkę offshore’owych firm-krzaków, mechanizmy „optymalizacji podatkowej” z wykorzystaniem wolnych obszarów celnych oraz szeroko zakrojone pranie pieniędzy.
Jeśli to wszystko brzmi powtarzalnie, to dlatego, że tak jest. Po krótkim zarysie sytuacji i przedstawieniu stron sporu reżyser Andreas Dalsgaard snuje opowieść od jednej operacji finansowej do drugiej (a później – od pozwu do pozwu), każdorazowo podkreślając sumę, którą uszczknął dla siebie Bouvier. Robi to w tonie sensacyjnego dziennikarstwa śledczego, wobec czego mam dwojaki stosunek. Z jednej strony w pełni rozumiem ten wybór – mamy przecież do czynienia z ogromnymi pieniędzmi, zarzutami oszustwa i sporami na szczytach drabiny społecznej. Z drugiej jednak nie sposób nie zauważyć pewnej oczywistości: wszystkie gadające głowy (prawnicy, dziennikarze, insajderzy, księgowi) referują z grubsza te same akta. Nie otrzymujemy kilku wersji sporu oligarchy z marszandem, lecz jedną, spójną narrację prowadzoną wielogłosem. Pojawia się wprawdzie lekka ambiwalencja, ale wyłącznie za sprawą różnych interpretacji poszczególnych zdarzeń i niejednoznacznych rezultatów licznych litygacji.
Całość wydaje się niestety nieco tania. Nie mam tu na myśli realizacji – wszystkie wywiady, kręcone na całym świecie, są świetnie oświetlone, a wizualizacje wykonano na wysokim poziomie. Opowieść jest angażująca, ale filmowy język, którym posługuje się Dalsgaard, bywa momentami wręcz komiczny. Najgorsze są inscenizowane przebitki: spowolnione jazdy na kogoś piszącego na klawiaturze przy akompaniamencie dramatycznej muzyki, domyślnie refleksyjne kadry postaci na tle morskich fal, efektowne animacje o znikomej wartości informacyjnej – trąci to nieco amatorskim B-rollem. Film jest zmontowany dynamicznie, ale w niektórych kilkusekundowych wypowiedziach można usłyszeć nawet trzy cięcia, sugerujące sklejanie różnych komentarzy. Po seansie potwierdziłem przypuszczenie, które towarzyszyło mi od pierwszych minut projekcji – nie mamy do czynienia z filmem dokumentalnym per se, lecz z przemontowanym, trzyodcinkowym miniserialem, co wyjaśnia częste dla tej formy środki wyrazu.
Oligarcha i marszand to film o świecie sztuki, jeśli utożsamiać go wyłącznie z najdroższym, muzealno-kolekcjonerskim wycinkiem. To film o kapitalizmie, jeśli traktować go jako system o oddzielnych zasadach – dla ludzi zwykłych, bogatych i tych jeszcze bogatszych. Najlepiej sprawdza się jednak jako opowieść o relacji biznesowej dwóch miliarderów. Nie brzmi to szczególnie zachęcająco, ale film w przystępny sposób obrazuje rozległe szemrane taktyki oraz przypadki korupcji na najwyższych szczeblach instytucji handlowych, sądowych i artystycznych.
Oligarcha i marszand
Tytuł oryginalny: The Oligarch and the Art Dealer
Rok: 2026
Kraj produkcji: Dania, Francja, USA
Reżyseria: Andreas Dalsgaard
Ocena: 3/5
