„Pan uciekł, pan nas zdradził, pan nas oczernił. Pan zostawił młodzież, młodych ludzi, którzy panu zaufali. Pan Polski nie kocha” usłyszał ekranowy Wiktor, główny bohater Zimnej wojny przed sześcioma laty. Teraz swoją tułaczkę po zniszczonych Niemczech przeprowadza Thomas Mann, poszukując miejsca w dawnej ojczyźnie. Najciemniej pod latarnią, najbardziej obcą ziemia, która niegdyś była domem.
„Lubię wracać tam, gdzie byłem już” chyba nieprzypadkowo włączyło mi się na słuchawkach wracając z festiwalowego pokazu. U Thomasa Manna (Hanns Zischler) odwrotnie – mimo, że w Stanach podejrzewany o współpracę z komunistami, na powrót do rodzinnego kraju, żeby odebrać Nagrodę Goethego z okazji 200 rocznicy urodzin, kręcił nosem. Nic dziwnego. Zachód pragnął go jako symbolu kulturowej legitymizacji liberalnego kapitalizmu, wschód jako dowodu, że socjalizm może powoływać się na wielką tradycję humanistyczną. Krok w krok towarzyszy mu córka, Erika (Sandra Hüller), która zaprzepaściła swoje życie prywatne, żeby podtrzymać przy życiu pomnik jej ojca.
Wygnanie stanowi trzon tematyczny Ojczyzny. Historie Manna i Pawlikowskiego niejako się zazębiają. Reżyser wyjechał na zachód jako nastolatek, święcił triumfy na Wyspach Brytyjskich, żeby Idą i Zimną wojną powrócić w granice naszego kraju przez swoje filmowe fantazje. Autor Czarodziejskiej góry od 1933 roku spędzał swoje wygnanie w Ameryce i choć pisał po niemiecku i udzielał się politycznie przeciwko Hitlerowi i Stalinowi, w Niemczech potraktowano go jak dezertera i zdrajcę. W tle rozgrywa się dramat Eriki, której wygnanie to zmiana życia cenionej weimarskiej aktorki na łatkę „córki wielkiego pisarza”, bez możliwości otrzymania amerykańskiego obywatelstwa. Egzystencjalną i autorską banicję reprezentuje syn Manna, Klaus – gej, którego antynazistowskie Mephisto zostało zakazane i w Ameryce i w Niemczech.
W filmie w bezpośredni sposób został dotknięty temat heideggerowskiego heimatu. Słowo to już niesie za sobą duchowy ładunek: nie jest to miejsce, z którego się pochodzi, ale obszar uznawany w duszy za nasz własny. U Pawlikowskiego widać to w scenach, gdy rodzina Mannów przejeżdża przez ruiny niemieckich miast w lśniącym amerykańskim samochodzie. Można w nich dostrzec zawieszenie między nieodwracalną przeszłością a niepewną przyszłością – mniej sentymentalne, bardziej ontologiczne. Na koniec za to gra Bach, w ruinach starego domu i to jedyny moment, gdzie Mann okazuje emocje – po utracie syna i wszelkiej nadziei z wydostania się z otchłani psychicznej bezpaństwowości.
Nietrudno odnieść wrażenie, że Ojczyzna to Zimna Wojna bis. Powraca chociażby Łukasz Żal oraz umieszczanie bohaterów na dole kadru, imitując przytłoczenie. W pierwszej, frankfurckiej, części króluje splendor, jazz, śpiew i elity nowego świata, a rodzina Mannów zamknięta jest w złotej klatce pełnej pięknych żyrandoli. Druga, weimarska partia to wręcz obsesyjne poszukiwanie idealnego estetycznie wzoru. Chór musi zaśpiewać w punkt, publiczność siedzieć w idealnej odległości od siebie. Rygor znany z komunistycznej myśli oraz poprzednich filmów polskiego reżysera. Twórca nie odkrywa koła na nowo, za to powraca do swojego kosmosu w bliźniaczy sposób – chyba wyżej przytoczona piosenka Zbigniewa Wodeckiego pasowałaby lepiej do niego samego. Widzę tu podobieństwo do wydania nowego albumu cenionego muzyka po latach: nie zaskakuje czymś nowym, ale zostawia z wieloma pozytywnymi myślami i poczuciem obcowania z dobrą produkcją..
Powrót Pawlikowskiego można czytać jako paralelę historii Manna z jego przyjazdem do Niemiec. Ceniony reżyser wraca po latach, do nowej rzeczywistości, w starym stylu nauczając o miejscu człowieka w granicach (nie)swojego państwa. Znajdziemy tu znowu częste wizualne nawiązania do Bergmana, ale duszna atmosfera, częsta u szwedzkiego twórcy i w poprzednich produkcjach Polaka, zostaje rozbijana licznymi żartami, niejako ironizującymi z podaną tematyką. To składanka „the greatest hits”, jednak w dobrym tego słowa znaczeniu. Osobiste i historyczne zniszczenie współistnieją obok siebie, dzieląc wspólnie kwadratową ramę pięknych kadrów Łukasza Żala, który na pewno zawalczy o najważniejsze nagrody w powoli nadchodzącym sezonie. „Gdzie my – tam granica” mówiła załoga czołgu o numerze 102 w Czterech pancernych i psie. Poniekąd to przekazuje nam i dzisiaj Paweł Pawlikowski: to my jesteśmy kowalami własnego losu i budowniczym heimatu. To od nas zależy, gdzie i jaki naprawdę będzie.
Ojczyzna
Tytuł oryginalny: Fatherland
Rok: 2026
Kraj produkcji: Polska, Niemcy, Włochy, Francja
Reżyseria: Paweł Pawlikowski
Występują: Hanns Zischler, Sandra Hüller, August Diehl, Joanna Kulig
Dystrybucja: Kino Świat
Ocena: 4/5
