The Greatest Story Ever Told – recenzja filmu „Odyseja”

Christopherowi Nolanowi od lat towarzyszyła łatka twórcy uwielbianego przez fanów, ale wciąż mającego coś do udowodnienia przedstawicielom amerykańskiej akademii filmowej, unikającej nagradzania go w najważniejszych kategoriach. Dopiero sukces Oppenheimera, rozbijającego bank zarówno na Oscarach, jak i w całym sezonie nagród, wprowadził brytyjskiego twórcę do panteonu niczym Heraklesa po wykonaniu dwunastu prac, zapewniając mu nieśmiertelność w oczach pasjonatów kina. Reżyser zdaje się być obecnie w pozycji, w której nikomu nic nie musi udowadniać, co jawi się jako idealna perspektywa do stworzenia świeżej reinterpretacji jednej z najbardziej znanych historii w dziejach ludzkości.

Odyseja rozpoczyna się od planszy informującej nas, że akcja dzieje się w czasach istnienia domniemanej magii (A time of apparent magic). Ta krótka informacja każe widzowi nastawić się na doświadczenie obecności zjawisk nadprzyrodzonych. Reżyser, który zasłynął odarciem Batmana ze stricte komiksowej estetyki na rzecz brudnego realizmu, budował czerpiący garściami z nauki i iluzji świat pojedynku magików w Prestiżu czy napisał jedno z najgłębiej osadzonych w teoriach fizycznych mainstreamowe Science Fiction w postaci Interstellara, tym razem daje znać, że jest gotów popuścić wodze fantazji i pokazać nam istoty i zdarzenia nie z tego świata. Twórca nie ucieka ze swojej strefy komfortu, kreując świat, w którym magiczne bestie i współistnienie ludzi z Bogami (czego przykładem jest postać Ateny) pozostają niespodziewanym i szokującym zjawiskiem, wytworem wyobraźni lub po prostu metaforą, a nie elementem szarej codzienności.

Narracyjnie również Nolan pozostaje na dobrze znanych sobie wodach, rozgrywając opowieść w różnym tempie i różnych ramach czasowych. W Dunkierce [NASZA RECENZJA] akcja toczy się w trzech odrębnych rytmach (wyznaczanych odpowiednio przez dni, godziny i minuty), co jest zarysowane w sposób praktycznie dosłowny. W Odysei zabieg jest podobny, chociaż w wydłużonej skali. Punkt wyjścia stanowi historia opowiadana z perspektywy żony Odyseusza, Penelopy (Anne Hathaway), oraz ich dorosłego już syna Telemacha (Tom Holland), z coraz większym trudem znoszących obecność zalotników starających się o rękę królowej, którą zaczęli uznawać za wdowę po bohaterze wojennym. W nieco dłuższej perspektywie czasowej widzimy podstarzałego Odyseusza (Matt Damon) wraz z Kalipso (Charlize Theron) na mitycznej Ogygii. Najdłuższa czasowo pozostaje główna opowieść o samej wojnie trojańskiej oraz powrocie Achajów, rozciągnięta na całe dekady i powoli odkrywana w strzępach plotek, nawracających wspomnieniach i podaniach naocznych świadków. Dopiero zebranie wszystkich tych osi narracji razem tworzy spójną opowieść, którą widz może złożyć w chronologicznie uporządkowaną całość.

Kolejną wizytówką twórcy Mrocznego Rycerza, do której zdążyliśmy już przywyknąć, jest niezwykły rozmach, którym jego produkcje emanują co najmniej od dekady, odkąd znajduje producentów chętnych, by wykładać setki milionów dolarów na finansowanie jego przedsięwzięć. Odyseja ma w sobie ducha nieśmiertelnych hollywoodzkich superprodukcji, takich jak Gladiator, Spartakus czy Ben Hur: wielkich, patetycznych widowisk, bijących w oczy setkami statystów, budzącymi podziw scenografiami czy mnogością kostiumów, oddających ducha minionych epok, i muzyką nieustannie ściskającą za serce. Historycy zaznaczają już od momentu publikacji zwiastunów, że zarówno zbroje, stroje, jak i okręty nie przystają do czasów, w których toczy się akcja poematu Homera, ani po prostu do szeroko rozumianej starożytnej Grecji. Jasne jest jednak to, że Nolan tym razem przedłożył aspekty wizualne nad potrzebę merytorycznego oddania realiów, tym samym nadając części bohaterów (z Agamemnonem na czele) wizerunek bardziej zbliżony do postaci z filmu fantasy niż z kostiumowego dramatu osadzonego w realiach epoki brązu, z niezłym, chociaż prawdopodobnie rozczarowującym dla wielbicieli realistycznie oddanych militariów, efektem.

the-odyssey

Co ważne, olbrzymi rozmach i widowiskowość nie wykluczają w tym przypadku ludzkiej, empatycznej warstwy narracji. Oczywiście centralnym jej punktem jest sam Odyseusz, zaskakująco przypominający w swoim tragizmie J. Roberta Oppenheimera, łączący w sobie wielką odpowiedzialność z trudem radzenia sobie z konsekwencjami własnych ciężkich decyzji. Bohater spod Troi jawi się tutaj jako mądry wódz, rozumiejący rolę w jakiej się znalazł i z wyrachowaniem analizujący ryzyko, świadomy, że śmierć części załogi jest wkalkulowana w koszty operacji. Nie oznacza to jednak, że postać grana przez Matta Damona cynicznie gardzi ludzkim życiem. Każda śmierć stanowi dla niego cios, każdorazowo przyjmuje na siebie olbrzymi ładunek emocjonalny, jednocześnie dając do zrozumienia członkom załogi, że decyzja należała do niego, a ofiary nie zostały poniesione na darmo i przybliżają ocalałych do powrotu do upragnionej Itaki. Protagonista musi walczyć o morale załogi i posłuch, mając świadomość opłakanych konsekwencji potencjalnego buntu. Musi pogodzić to również z wolą bogów oraz tradycją. Niezwykle ważnym aspektem całej opowieści jest kwestia godnego pochówku, jak wiemy nie tylko z dzieł Homera, ale i z Antygony Sofoklesa, bardzo istotnego elementu tradycji i wierzeń. Władca Itaki zadecydował, że w momencie zagrożenia i potrzeby ucieczki pozostawienie ciała bez należytego rytuału jest uzasadnione, przez co spotkał się z krytyką zarówno swoich podwładnych, jak i gniewem nieukojonych dusz w Hadesie, wiernie walczących u jego boku za życia, a pozbawionych przywileju pośmiertnego spokoju. Warto zaznaczyć też, że podejście do chowania zmarłych stanowi jeden z kluczowych punktów wyraźnie zarysowanego sporu między Odyseuszem a bogami i tradycjami, wobec których bohaterowi zdarza się dystansować w momencie próby.

Nie tylko Odyseusz rysowany jest w tej historii jako postać dźwigająca olbrzymie brzemię emocjonalne. Warto zwrócić uwagę na postać wiernej żony Penelopy, łączącej w sobie wystawioną na publiczny widok personę tęskniącej, pozostającej w żałobie małżonki z niezwykle trudną rolą władczyni, nieformalnie podejmującej decyzje w obliczu pustego tronu, oraz jej syna, w którym buzuje młodzieńcza energia, a on sam zmuszony jest do stania w rozkroku pomiędzy byciem pełnoprawną głową rodziny a następcą tronu, który powinien biernie słuchać matki lub, co gorsza, gdy przyjdzie na to czas, ukorzyć się względem przyszłego ojczyma. Skoro już przy zalotnikach jesteśmy, nie sposób nie wspomnieć kilkoma słowami o Antinousie (Robert Pattinson), postaci tyleż odrażającej, co znakomicie zagranej i napisanej. Niewiele starszy od Telemacha mieszkaniec Itaki stanowi tutaj uosobienie cynicznego cwaniaka, chętnie korzystającego z pozycji siły, ale jedynie wtedy, kiedy jest całkowicie przekonany o fizycznej wyższości nad swoim przeciwnikiem, jednocześnie unikającego konfrontacji za każdym razem, kiedy wystawiany jest na realną próbę. Całą postać można odczytywać jako konsekwencję wychowania bez męskich wzorców w krainie, gdzie zdecydowana większość sprawnych mężczyzn posłana została na wieloletnią wojnę daleko za morzem. 

Postać, w którą wciela się gwiazdor serii Zmierzch, nie jest jedynym doskonale napisanym i odegranym przedstawicielem drugiego planu. Niezapomnianą i niezwykle ważną, mimo relatywnie niewielkiego czasu ekranowego, postać wykreował John Leguizamo, wcielający się w Eumajosa, niedowidzącego, wiernego sługę, niezachwianego w swojej misji doglądania domostwa i królestwa pod nieobecność Odyseusza. Doskonała okazała się również Samantha Morton w swojej krótkiej, lecz wyjątkowo intensywnej roli wiedźmy Kirke, spotkanej przez protagonistę i jego oddział na wyspie Ajai. Chociaż niektóre z drugoplanowych kreacji udało się poprowadzić wybitnie, nie zabrakło ról, po których aktorzy prześlizgnęli się, nie zostawiając wiele od siebie. Mam tu przede wszystkim na myśli rozczarowująco przezroczystą Zendayę, pojawiającą się kilkukrotnie jako Atena wspierająca Odyseusza i zsyłająca na niego swoją mądrość. Nie mniej rozczarowująca okazała się sama Helena, grana przez Lupitę Nyong’o, stanowiąca kreację znacznie mniej wyrazistą niż postać jej siostry Klitajmestry, w którą wcieliła się ta sama aktorka. Warto jednak zaznaczyć, że otrzymała ona bardzo mało czasu ekranowego, by zaznaczyć swoją obecność, co zabawnie kontrastuje z olbrzymim rozgłosem wywołanym samą decyzją castingową. 

Skoro jesteśmy przy polityce, warto zastanowić się nad samym przekazem dzieła, tak ochoczo omawianego przez komentatorów zainteresowanych tym aspektem sztuki. Przede wszystkim ciężko nie zauważyć, jak konserwatywnym, w wydźwięku swojej głównej linii narracyjnej, filmem jest Odyseja. Nie ma w tym za grosz niespodzianki – mówimy wszak o tekście mającym kilka tysięcy lat, w dużej mierze kształtującym wartości, na jakich wychowały się dziesiątki kolejnych pokoleń. Odyseusz wpisuje się w utworze w archetyp ojca-żołnierza, który, ruszając na wojnę, broni nie tylko kraju, ale i swojej małżonki oraz dzieci. Co ważne, nawet pod nieobecność dba o to, by jego wierny sługa Eumajos doglądał domu, a inny zaufany podwładny, Mentor, stanowił dobry wzorzec męskości dla jego dorastającego syna, Telemacha, co wyraźnie kontrastuje z postacią tchórzliwego i pozbawionego kultury Antinousa, ewidentnie wychowanego bez twardej męskiej ręki. Dla Nolana, jak i dla Homera, rodzina jest olbrzymią wartością, a powrót do niej stanowi nadrzędny cel, nawet jeśli alternatywą jest dożycie starości na rajskiej wyspie. Poza tą oczywistą i uniwersalną interpretacją spore pole do dywagacji pozostawia sytuacja Itaki, ewidentnie pozbawionej silnej ręki mądrego dowódcy. W tej historii da się wyczuć przekaz pacyfistyczny. Wojna trojańska określana jest jako niepotrzebna i przynosząca nieodżałowane, a zarazem zbędne ofiary, niosąc za sobą straty i traumy, które odbiją się na kolejnych pokoleniach. O tyle ciekawy, że w sytuacji nadużywających prawa Zeusowego zalotników, korzystających ze słabości pozbawionej władcy Itaki Odyseusz mimo wszystko zdecydował się na wybór przemocy, okupując ją swoim własnym cierpieniem.

W tych niezwykle szybko mijających niespełna trzech godzinach filmu reżyser Incepcji zmieścił znacznie więcej, niż można się było po nim spodziewać. Mamy tu bowiem wspomnianą już zabawę nieoczywistą chronologią i cudowne sceny zbiorowe, takie jak wciąganie przez setki mieszkańców miasta pozostawionego na plaży w darze Atenie drewnianego konia (wewnątrz którego żołnierze, stłoczeni jeden na drugim, we własnych odchodach i wśród zwłok towarzyszy, czekają na sygnał do uderzenia) czy niezwykle klimatyczne sceny rodem z horrorów, jak spotkanie z nimfą, przypominającą stylem mroczną adaptację Batmana wizytę w jaskini cyklopa czy przywodzącą na myśl masakrę z Kill Billa finałową walkę Odyseusza z zalotnikami. Mamy miejsce na moralne rozterki bohaterów, reinterpretację klasycznych mitów i element politycznego komentarza. Oraz, co najważniejsze, olbrzymie pokłady najwyższej próby filmowego rzemiosła, na czele z wybitną ścieżką dźwiękową Ludwiga Göranssona, który zdaje się pewnym krokiem iść po czwartego już Oscara. Z dzieła Nolana wielkość i ambicja wprost kipią i da się wyczuć, że reżyser chciał stworzyć coś wspaniałego, majestatycznego, co pozostanie z ludzkością na całe pokolenia. I dziś jestem przekonany, że moje dzieci, chcąc za 10 czy 15 lat poznać klasyczną opowieść Homera w przystępnej i widowiskowej formie, sięgną właśnie po ekranizację z 2026 roku, a ich potomstwo prawdopodobnie wrócą do niej kilka dekad później, traktując ten film z estymą podobną do tej, jaką ich dziadek darzył Barry’ego Lyndona czy Lawrence’a z Arabii.

Marcin Grudziąż
Marcin Grudziąż
plakat-odyseja

Odyseja


Tytuł oryginalny: The Odyssey

Rok: 2026

Kraj produkcji: USA, Wielka Brytania

Reżyseria: Christopher Nolan

Występują: Matt Damon, Anne Hathaway, Tom Holland i inni

Dystrybucja: UIP

Ocena: 4,5/5

 
 
4.5/5