Śpiący kraj – recenzja filmu „Nos lub spisek odmieńców” – Sputnik

Śpiący kraj – recenzja filmu „Nos lub spisek odmieńców” – Sputnik

Jedną z najciekawszych sekcji festiwalu „Sputnik nad Polską” jest „Magiczna podróż w świat Andrieja Chrżanowskiego – 80-lecie Mistrza animacji”. To wyjątkowa okazja, żeby zapoznać się dorobkiem rosyjskiego reżysera. Retrospektywa nie będzie jednak tylko przeglądem dawnych prac uznanego twórcy, albowiem skończył on właśnie nowy projekt, kryjący się pod enigmatycznym tytułem Nos lub spisek odmieńców.

Aby rozwikłać skąd się wziął tytuł, jawiący się niczym węzeł gordyjski, musimy cofnąć się do XIX wieku. W latach 1835-1842 Nikołaj Gogol wydawał tzw. cykl opowiadań petersburskich, w skład których weszły m.in. Pamiętnik wariata, Szynel czy interesujący nas najbardziej Nos. Na kanwie tego ostatniego niemal wiek później powstała opera Dmitrija Szostakowicza (1928). Miała być ona początkowo wystawiona w Teatrze Bolszoj pod dyrekcją Wsiewołoda Meyerholda (ucznia samego Konstantego Stanisławskiego i nauczyciela Siergieja Eisensteina), ale po licznych perturbacjach jej premiera sceniczna odbyła się 18 stycznia 1930 roku w Teatrze Maly Operny w Leningradzie (dziś Teatr Michajłowski). Szostakowicz wyraźnie wyprzedzał swoje czasy, włączając do opery muzykę ludową i popularne piosenki radzieckie czy korzystając z atonalności. Do libretta za to dokooptowano fragmenty innych opowiadań Gogola i jego powieści Martwe dusze, a także Braci Karamazow Dostojewskiego. Po premierze utwór spotkał się niestety z wrogim nastawieniem krytyki i niezrozumieniem ze strony świata muzycznego. Był co prawda grany jeszcze przez kolejne sześć miesięcy, ale potem został zdjęty z programu – na afisze w Związku Radzieckim wrócił dopiero w 1974, tuż przed śmiercią kompozytora.

Andriej Chrżanowski nawiązuje bezpośrednio do feralnej premiery opery Szostakowicza (wszystkie dialogi są śpiewane), jak i tworzenia przez Gogola jej literackiego pierwowzoru. To jednak zaledwie wierzchołek góry lodowej: Nos lub spisek odmieńców jako dzieło postmodernistyczne, korzysta z szeregu technik animacyjnych, współczesnych wstawek fabularnych, obrazów Jamesa Ensora czy Marca Chagalla, fotografii z epoki caratu i wczesnych lat Kraju Rad, a fabularnie – opowiada kilka historii, w których, oprócz wspomnianych osobistości, pierwsze skrzypce grają Michaił Bułhakow czy Józef Stalin. Rosyjski reżyser pełnymi garściami czerpie z bogactwa faktów i mitów narosłych wokół rodzimych artystów i polityków, sięga po miejskie legendy, ploteczki i archiwalne zapiski.

To zresztą nie koniec atrakcji. Nos lub spisek odmieńców otwiera scena na pokładzie samolotu, w której każdy z pasażerów ogląda na swoim ekranie inny seans. Jednym z podniebnych kinomanów jest Chrżanowski we własnej osobie. Wspomina on swemu towarzyszowi o tym, że Anglicy stworzyli listę 100 książek, które kulturalny człowiek powinien znać i na której widnieje utwór wielkiego  rosyjskiego pisarza Nikołaja Gogola. Po tych słowach kamera ukazuje ekran przed oczyma reżysera, aby imitować rozpoczęcie seansu. Dalsze partie filmu to już właściwa animacja, której i my od tej pory stajemy się widzami. Na tym nie kończy się ta „incepcja”. Już na starcie wiemy, że czekają nas aż trzy różne sny (zgodnie z trzyaktowym podziałem opery Szostakowicza i trzema epizodami z opowiadania Gogola). Każdy z nich jest zresztą rozbijany przez wprowadzanie krótkich ujęć z planu, konkretnie chwil, gdy animatorzy czy lalkarze wykonywali pracę niezbędną do pomyślnej finalizacji produkcji. Ukazanie kulis powstawania widowska otwiera kolejną szkatułkę, która tym razem jednak nie wspiera iluzji, lecz wpisuje się w stworzony przez Brechta efekt obcości.

Zmęczeni? A nie dotarliśmy jeszcze do dziesiątej minuty. Kilka słów o fabule, bo tych narracyjnych zabaw będzie jeszcze trochę, a warto samemu się z nimi zmierzyć. Początkowo wydaje się, że autor Lwa z siwą brodą podąża za literą opowiadania Gogola. Są tu bowiem absurdalne perypetie cyrulika Jakuba Iwanowicza, który znalazł wewnątrz bochenka chleba… nos klienta i próbuje za wszelkę cenę pozbyć się tego niewygodnego znaleziska. Potem następuje niemniej surrealistyczne przeżycie Kowalowa, kolegialnego asesora w randze majora, któremu po upojnej nocy z poznaną w teatrze damą, też znika narząd węchu. Krótkie śledztwo wykazuje, że zamiast znajdować się między oczami urzędnika ożywiona część ciała przemieszcza się po Petersburgu jako radca stanu. Chrżanowski pozwala sobie przy tej okazji na dwa żarty. Pierwszy z nich to anachronizm w postaci limuzyny, którą nosisko rozbija się po ulicach XIX-wiecznej stolicy Imperium Rosyjskiego. Drugi ma charakter kinofilski, nos już po opuszczeniu auta jest wożony przez ochroniarzy na wózku. Wprowadzenie tego akcesorium pozwala na cytat z eisenstainowskiego Pancernika Potiomkina, gdyż stacza się on w pewnym momencie po stopniach identycznie jak spacerówka z dzieckiem w najsłynniejszej scenie na odeskich schodach.

Chrżanowski do autora Strajku powraca w swej twórczości zresztą raz po raz. W Półtora kota zauważał, że Eisenstein w Październiku wykreował mit krwawego szturmu na Pałac Zimowy podczas rewolucji. W Długiej podróży, stworzonej według rysunków samego Federica Felliniego i scenariusza jego stałego współpracownika Tonina Guerry, autor La Strady podróżując statkiem napotyka na morzu słynny pancernik z filmu radzieckiego kolegi po fachu. Obie animacje można zresztą obejrzeć na Sputniku.W Nosie lub spisku odmieńców, oprócz wspomnianego mrugnięcia oka w kierunku jego arcydzieła, Eisenstein zostaje wprowadzony także jako postać, obok wymienianych z nazwiska Gogola, Meyerholda i Szostakowicza. Z tłumu artystów zaludniających ekran wyławiamy go dzięki charakterystycznej czuprynie.

Tak naprawdę to dopiero początek ukłonów w kierunku osobistości rosyjskiego świata kultury jaka kryje się w filmie weterana animacji. Chrżanowski przytacza np. popularną anegdotę o bliskiej relacji Michaiła Bułhakowa z Józefem Stalinem. Niebezpieczne związki autora Mistrza i Małgorzaty z krwawym tyranem stają się asumptem do zmiany tonu snutej opowieści. Nieco nieoczekiwanie w ostatnim śnie, stajemy się świadkami procesu zwanego żdanowszczyzną, czyli kierowanego przez Andrieja Żdanowa wzmożonego nadzoru ideologicznego w życiu kulturalnym i polityki represji wobec nieprawomyślnych artystów. Tutaj ów mechanizm ukazano ze swadą: nudne posiedzenia komitetów zostają utrzymane w szalonej, operowej konwencji. Sowiecka wierchuszka wyśpiewuje pogardę dla sztuki formalistycznej tańcząc przy tym kaukaską lezginkę, zaś Czajkowski, Glinka i Rimski-Korsakow zostają przy dźwiękach Katiuszy wyniesieni na piedestał jako kompozytorzy narodowi, spełniający warunki twórczości prawdziwie rewolucyjnej i realistycznej. Absurd rozporządzeń i totalitarna groza zderzone z wyrwaną z dorobku Ken Russella inscenizacją, robią porażające wrażenie.

Chrżanowski w zapowiedzi filmu wspomina, że fabułę obmyślił w Warszawie, gdy 10 lat temu przybył z Półtora pokoju na 4. edycję festiwalu „Sputnik nad Polską” (gdzie otrzymał zresztą Grand Prix). Być może przez ten czas Rosjanin miał jeszcze sporo przemyśleń, bo nie ulega wątpliwości, że Nos lub spisek odmieńców to dzieło równie potężne, co chwiejące się pod wielością znaczeń i nawiązań, technik i sztuczek. Od tego bogactwa głowa może rozboleć. Doświadczony reżyser, podobnie jak w innych swoich swoich pracach, sporo eksperymentuje z formą i kreatywnie przetwarza biografie znanych osobistości (czynił już tak choćby z Josifem Brodskim czy Fellinim), ale jak zwykle nie są to ozdobniki i puste frazesy, służą konkretnemu celowi. Jak pokazuje niedawny przypadek Olega Sencowa, więzionego przez 5 lat w łagrze, w Rosji nadal łatwo łamać ludzi kultury. To wszak oni są tymi odmieńcami z tytułu, choć oczywiście żadnego spisku nie było. Chrżanowski przytaczając akurat teraz gogolowskie sny sugeruje, że czas, aby wreszcie naród rosyjski obudził się z letargu.

Maciej Kowalczyk
Maciej Kowalczyk
Nos lub spisek odmieńców plakat

Nos lub spisek odmieńców

Tytuł oryginalny: Nos ili zagovor netakikh

Rok: 2020

Gatunek: animacja

Kraj produkcji: Rosja

Reżyseria: Andriej Chrżanowski

Ocena: 4/5