Krwinki w żyłach kraju – recenzja filmu „Nomadland”

Krwinki w żyłach kraju – recenzja filmu „Nomadland”

Nomadland Chloé Zhao to bez wątpienia jedna z najbardziej oczekiwanych premier najbliższych miesięcy. Film ma już na koncie m.in. weneckiego Złotego Lwa, nagrodę publiczności na MFF w Toronto oraz dwa Złote Globy i jest na prostej drodze do sukcesów w najważniejszych kategoriach oscarowych. Jednak na pierwszy rzut oka ten skromny dramat o współczesnych nomadach wydaje się leżeć bliżej wyróżnień z kręgu kina niezależnego niż nagród Amerykańskiej Akademii. Szerokie docenienie filmu Zhao w trwającym sezonie nagród zdaje się kolejnym (po sukcesach takich produkcji jak Moonlight czy Parasite) symptomem stopniowego odświeżania się skostniałych gustów akademików.

Nietypowość Nomadlandu jako oscarowego faworyta wynika nie tylko z jego kameralnego i kontemplacyjnego charakteru, ale też wyjątkowego splotu rzeczywistości filmowej z pozafilmową. Podstawą literacką obrazu Zhao jest reportaż Jessiki Bruder pod tym samym tytułem, jednak reżyserka świadomie łączy zaczerpnięte z niego motywy z fabularnymi wątkami dopisanymi w scenariuszu – fikcyjna główna bohaterka, Fern, zostaje umieszczona w realiach życia bohaterów książki. Zresztą troje z nich – Linda May, Swankie Wheels i Bob Wells – towarzyszy na ekranie zawodowym aktorom (Frances McDormand jako Fern oraz Davidowi Strathairnowi w roli Dave’a), dodając opowieści autentyczności. Bliskość portretowanej rzeczywistości to stała cecha twórczości Zhao. Jej poprzednie filmy, Pieśni braci moich (dostępne w serwisie MUBI) oraz Jeździec, nakręcone były w całości z udziałem aktorów nieprofesjonalnych, wcielających się często w ekranowe wersje samych siebie (najlepszym przykładem jest tu Brady, główny bohater Jeźdźca). Nomadland to zatem krok reżyserki w kierunku fikcji, choć film nie traci z tego powodu specyficznej, bliskiej dokumentowi poetyki. Zhao konstruuje narrację z luźno powiązanych ze sobą epizodów, często sprawiających wrażenie urwania, ale też płynnie i z wyczuciem zmontowanych w spójną całość (notabene, za montaż filmu odpowiada sama reżyserka). Najważniejszym spoiwem tej struktury jest Fern. Udział laureatki Oscara nie tylko nie kładzie się cieniem na reszcie obrazu, co wręcz wzbogaca go o przykład wielkiego, wyciszonego, niepopisowego aktorstwa. McDormand staje się w Nomadlandzie czymś na kształt medium między portretowaną rzeczywistością a widzem, naszą fikcyjną przewodniczką po prawdziwym świecie nomadów.

Sposób konstrukcji postaci Fern zapewnia też swoisty pomost między reportażem a rejonami artystycznych poszukiwań reżyserki. W życiorysie bohaterki Zhao zawarła opisywaną przez Bruder historię zamknięcia pracowniczej osady Empire w zachodniej Nevadzie, uzupełniając ją o charakterystyczny dla własnej twórczości motyw osobistej żałoby – obecny silnie w Pieśniach braci moich, trochę bardziej w tle w Jeźdźcu, a w Nomadlandzie urastający do jednego z najistotniejszych wątków i z wielką sprawnością spleciony z głównym, sygnalizowanym w tytule tematem. Podobnie jak we wcześniejszych filmach, Zhao wiele uwagi poświęca obserwacji stylu życia bohaterów egzystujących na marginesie współczesnej Ameryki, z czułością przygląda się ich interakcjom, ale też próbom radzenia sobie z problemami i samotnością. Reżyserka sugeruje, że w drodze znaleźć można ukojenie, ale nie obiecuje przy tym zbyt prostych rozwiązań i łatwego ujścia dla zgromadzonego w sercu bohaterki żalu; akcentuje raczej wysiłek, jakiego wymaga dalsze życie, oraz terapeutyczną rolę zawiązanej wśród nomadów wspólnoty.

Jednym z największych atutów Nomadlandu jest jego otwartość na widza. Ten aspekt filmu wyróżnia go na tle takich produkcji jak Wszystko za życie czy Captain Fantastic (również przecież podejmujący kwestię przepracowywania straty), które zazwyczaj sprowadzają problem życia poza przyjętymi w zachodniej cywilizacji schematami do zgubnego na dłuższą metę siedzenia w dziczy. Zhao również opowiada o potrzebie odnowienia kontaktu z naturą – wskazuje nawet, że może on prowadzić do duchowego spełnienia (wątek Swankie i jaskółczych gniazd) – jednak reportażowa podbudowa i widoczna w poprzednich filmach wrażliwość reżyserki sprawiają, że Nomadland to obraz znacznie subtelniejszy i pozbawiony oczywistych odpowiedzi na stawiane pytania. Fern trafia w towarzystwo nomadów poniekąd z konieczności (po zamknięciu Empire straciła dotychczasowy dom), ale też z własnego wyboru – dwukrotnie dostaje od rodziny lub znajomych propozycję zatrzymania się u nich na stałe. Decyzje, przed którymi stoi bohaterka, sprawiają wrażenie wyjętych z życia: każde rozwiązanie wydaje się tu dobre i zarazem niedoskonałe, każde przyniesie korzyści, ale też za każde będzie trzeba zapłacić jakąś cenę. Wybór należy do bohaterki, a jego ocena – do widza. Brzmieć to może banalnie, ale dla zaangażowanego w fabułę odbiorcy taka otwartość to naprawdę miła odmiana. Kino przecież lubuje się w dylematach trudnych, ale jednoznacznie wartościowanych (pierwszym przykładem z brzegu może być, skądinąd znakomity, oscarowy konkurent Nomadlandu, Sound of Metal NASZA RECENZJA), ewentualnie w tragicznych sytuacjach bez wyjścia. Historia Fern zachowuje zaś nie tylko otwartość i nieoczywistość, ale również dramaturgiczny spokój i jednostajność, zbliżające film do kontemplacji w duchu slow cinema.

Szczególny jest też zawarty w filmie Zhao obraz Stanów Zjednoczonych, w którym silnie przejawia się spojrzenie imigrantki. Reżyserka z jednej strony obdarza Amerykę szczerą fascynacją, z drugiej potrafi zachować do niej krytyczny dystans. Widoczne to było już w tematach podejmowanych przez nią w jej dwóch wcześniejszych filmach – w debiucie portretowała rdzennych Amerykanów żyjących w objętym prohibicją rezerwacie, a istotnym wątkiem był nielegalny handel alkoholem; Jeździec zaś opowiadał o rodeo przez pryzmat historii bohatera, któremu kontuzja uniemożliwia dalszy udział w zawodach, zmuszając go do przewartościowania własnego stosunku do zmitologizowanego wizerunku kowboja. W Nomadlandzie reżyserka podejmuje się krytycznej analizy bodaj najsilniej utożsamianego z USA mitu: amerykańskiej wolności. Również w tym aspekcie film ucieka od prostych, jednoznacznych ocen. Autorkę – a także jej stałego operatora, Joshuę Jamesa Richardsa (zasłużenie nagrodzonego Złotą Żabą na Camerimage) – ewidentnie pociągają bezkresne plenery środkowo-zachodnich stanów. Pieśni… i Jeźdźca Zhao nakręciła w Dakocie Południowej, w której osadzona jest też spora część akcji Nomadlandu, wizualnym leitmotivem jej twórczości są widoki tamtejszych Badlandów, zaś w omawianym filmie innym ważnym krajobrazem staje się pustynia Black Rock w zachodniej Nevadzie. Zachwyt pejzażem nie jest jednak równoznaczny z celebracją mitu. Plenery są w obrazach Zhao nasycone emocjami bohaterów, często trudnymi i bolesnymi. Poszukiwanie wolności ma tu głównie wymiar osobisty, dla którego Ameryka pozostaje jedynie scenerią i kontekstem, zresztą znacznie bardziej utrudniającym życie (choćby w sferze ekonomicznej) niż wychodzącym naprzeciw potrzeb obywateli. Jednak reżyserce równie daleko, co do gloryfikacji amerykańskiej wolności, jest do jej dekonstrukcji – zdaje się raczej, że owa idea zostaje w filmie obarczona rozmaitymi uwarunkowaniami społecznymi i osobistymi, strącona z piedestału i poddana chłodnemu namysłowi, ale nie kategorycznie zakwestionowana.

W Nomadlandzie jednoznacznemu wartościowaniu nie podlega ani postępowanie bohaterki (skala mikro), ani amerykańska mitologia (skala makro), ani też – co najważniejsze – istniejący na styku obydwu tych porządków obraz życia współczesnych nomadów. Przyglądając się owym „bezmiejscowym”, Zhao wskazuje zarówno na uroki bytowania poza ustalonym schematem, jak i na systemowe bolączki, które zmusiły bohaterów do porzucenia stałego miejsca zamieszkania. Mimo to pojawiły się już głosy, którym również wypada przyznać sporo racji, iż autorka Jeźdźca znacząco złagodziła wymowę reportażu Bruder, m.in. rezygnując z podjęcia problemu wyzysku pracowników Amazona. Trudno oczywiście przewidzieć, w jakiej formie kwestia ta zostałaby podjęta w filmie, mam jednak obawy, że względy doraźnej, interwencyjnej publicystyki przyćmiłyby bogactwo innych, bardziej uniwersalnych tematów podjętych przez reżyserkę. Niemniej, w obrazowaniu życia nomadów Zhao utrzymuje fascynację i zatroskanie we względnej równowadze, nie pozwalając społecznej krytyce zdominować filmu i zapewniając widzowi pole do samodzielnej oceny.

Nomadland jest wreszcie oknem, przez które możemy podejrzeć nieco inne oblicze współczesnych Stanów. Rzadko które ekranowe przedstawienie tego kraju tak bardzo sprawia wrażenie, że jest obrazem „prawdziwej Ameryki”. W ostatnich latach podobne odczucia wywoływały m.in. The Florida Project Seana Bakera czy American Honey Andrei Arnold, jednak Nomadland – z racji na opisywane już związki rzeczywistości filmowej i pozafilmowej – zdaje się robić jeszcze jeden krok w stronę uchwycenia amerykańskiej współczesności na taśmie. Może to właśnie nomadzi (porównywani przez jedną z bohaterek do pionierów) są dziś duchowym centrum USA, może to na otwartej drodze bije serce pogrążonego w rozlicznych kryzysach mocarstwa… Bo przecież ci przemierzający vanami ogromny kontynent „bezmiejscowi” wędrowcy są – by użyć sformułowania Bruder ze wstępu do książkowego Nomadlandu – „jak krwinki w żyłach kraju”.

Jędrzej Sławnikowski
Jędrzej Sławnikowski

Nomadland

Rok: 2020

Gatunek: dramat

Kraj produkcji: USA

Reżyseria: Chloé Zhao

Występują: Frances McDormand, David Strathairn, Bob Wells i inni

Dystrybucja: Disney

Ocena: 4,5/5