W grudniu Taco Hemingway wypuścił Latarnie wszędzie dawno zgasły: bezpośrednie nawiązanie do Świateł miasta grupy Grammatik oraz przedłużenie jego debiutanckiej epki, Trójkąta warszawskiego. W niej rozwija tematy przypadkowej miłości podmiotu lirycznego i Rudej, których połączył lek przeciwbólowy. Cofnijmy się jednak ponad sześć dekad wcześniej, zmieńmy aptekę na klub jazzowy i zobaczmy jak w ciągu jednej nocy zakwitło uczucie między Bazylim a Pelagią.
Po sukcesie Popiołu i diamentu oraz niedosycie komercyjnym Lotnej, polski twórca na chwilę odbił od obrazowania historycznego ciężaru Polski Ludowej ku sprawom przyziemnym, nocnym i ulotnym. Pomysł na Niewinnych czarodziejów narodził się wraz z gwałtownym rozprzestrzenianiem się kultury jazzowej w okresie zimnej wojny. Jazz, wyklęty za czasów Stalina jako wyziew zachodniej zgnilizny, stał się w dobie odwilży językiem wolności, a na scenie zaczęli rządzić m.in. Krzysztof Komeda ze swoim zespołem. Do pracy nad filmem Wajda zaprosił Jerzego Andrzejewskiego i Jerzego Skolimowskiego, znających środowisko stołecznego miasta, imprezującego wieczorami w Stodole oraz trenującego boks za dnia w Hali Gwardii. Film ten w swojej ontologii jawi się jako projekt wybitnie kolektywny. Na drugim planie migoczą sylwetki wspomnianych Komedy oraz Skolimowskiego, a także będącego wówczas u szczytu popularności Zbigniewa Cybulskiego i czekającego na reżyserski debiut Romana Polańskiego.
Rola Bazylego przypadła Tadeuszowi Łomnickiemu, który współpracował już z Wajdą przy okazji Pokolenia. W Pelagię wcieliła się Krystyna Stypułkowska. Jej debiutancka, a zarazem fenomenalna rola wywołała euforię wśród krytyków. Nazywali ją przyszłością polskiego kina, jednak aktorka zdecydowała się na emigrację do Włoch, gdzie kontynuowała edukację w słynnym Centro Sperimentale di Cinematografia w Rzymie. Jej kariera zakończyła się w latach 60. po rolach u Enzo Battagliego, Antoniego Bohdziewicza i Franka Beyera. Pracowała potem w PAPie i wyemigrowała do Stanów Zjednoczonych, gdzie została tłumaczką języka włoskiego. Co ciekawe, Andrzej Wajda uznał, że Niewinni czarodzieje to najgorszy film w jego karierze i nigdy nie zmienił zdania.
Całość rozpoczyna się sekwencją, gdzie młody blondyn słucha nagrań swoich rozmów z różnymi kobietami, które wydają się bezosobowym archiwum płytkich podbojów. Bohater grany przez Łomnickiego pracuje jako lekarz sportowy – przygotowuje młodych bokserów do zawodów, a nocami dorabia jako perkusista w zespole jazzowym. Po jednym z koncertów poznaje Pelagię. Z pomocą swojego przyjaciela Edmunda (Zbigniew Cybulski) odciąga od niej innego adoratora i próbuje zaprosić dziewczynę na imprezę do klubu. Kobieta sprzeciwia się i zabiera swojego uwodziciela na spacer po Warszawie. Po specjalnie zaaranżowanym spóźnieniu się na pociąg ląduje w jego mieszkaniu, a młodzi rozpoczynają intymną grę pełną słownych i psychologicznych igraszek.
Głównym tematem filmu jest architektura emocjonalnej samoobrony. Bazyli i Pelagia to młodzi ludzie, którzy wypracowali specyficzny mechanizm obronny: umiejętność budowania relacji wyłącznie w obrębie spektaklu tak, żeby nie zostać zranionym. To czarodzieje wyjęci prosto z mickiewiczowskiej poezji, egzystencjalni łowcy, poprzez cynizm dławiący wszelkie nadzieje na zaistnienie uczuć. Tę fasadowość wzmacnia umowa sporządzona przez bohaterów. Wyraźnie określając sztuczne zasady swojego spotkania, przekształcają to, co mogłoby być zwykłym uwodzeniem w teatr. Samo przybranie literackich pseudonimów oznacza stworzenie dystansu od siebie samego i rzeczywistości. Alegoria wejścia w rolę wybrzmiewa we współczesnej interpretacji w wyżej przytoczonym albumie Taco Hemingwaya, gdzie główny bohater zaczyna podszywać się pod adoratora Rudej sprzed dekady, co prowadzi do stalkingu, osaczenia i koniec końców do poniesienia konsekwencji swoich czynów, o czym słyszymy w ostatnim utworze płyty.
W pierwszej chwili po obejrzeniu wydaje się, że to naturalna paralela do wczesnej twórczości Jean-Luca Godarda, gdyby nie to, że jego debiut powstawał symultanicznie. Jednak Niewinni czarodzieje, jak i francuski nowofalowy nurt odzwierciedlały podobny nastrój pokoleniowy. Młodzież budowała swoją tożsamość na kulturze popularnej tamtych lat, wolności seksualnej oraz ironicznym stosunku do wielkich narracji poprzedniego pokolenia. Produkcja Wajdy często przełamuje też czwartą ścianę: sokole oko dostrzeże tytuł filmu na plakatach, słyszymy taką nazwę audycji radiowej, w czołówce wykorzystano piosenkę Sławy Przybylskiej, a bohaterowie często spoglądają prosto w kamerę. Ten zabieg również wzmacnia poczucie fikcji, idealnie współgrając z relacją Bazylego i Pelagii.
Ciekawie również wygląda praca kamery, ewoluująca wraz ze zmianą przestrzeni. Początkowe sceny, osadzone w klubach, posiadają walor dokumentalny: kamera krąży w tłumie ze swobodną lekkością obserwatora, kreując miejską symfonię nasyconą jazzem. Wraz z przeniesieniem miejsca akcji do mieszkania, podejście ulega przemianie. Duży pokój staje się sceną dla antycznego teatru. Zbliżenia pojawiają się rzadko, jedynie w momentach, gdy postacie nieopatrznie zdejmują maski. Scena z pudełkiem zapałek to majstersztyk filmowego erotyzmu, gdzie uwaga skupiona na dłoniach, oczach i różnych detalach zastępuje dosłowność fizyczną. Całość dopełnia ścieżka dźwiękowa Komedy, będąca jedynym autentycznym nośnikiem emocji, których bohaterowie nie mają odwagi wyartykułować.
Władze komunistyczne skrytykowały film za to, że jest antyspołeczny i daje polskiej młodzieży złe wzorce do naśladowania. Nawet scena, w której główny bohater włącza radio palcem u nogi, została uznana za uczącą młodych ludzi braku szacunku dla nowych osiągnięć technologicznych. Zażądano zmiany zakończenia – pierwotnym było rozstanie Bazylego i Pelagii na zawsze. Aparat kulturalny wówczas wymagał od sztuki stałego obrazowania postępu życia i możliwości nawiązywania więzi międzyludzkich. Zamieszanie wokół zakończenia uważam za nieco ironiczne, bo sam powrót Pelagii do Bazylego nie musi oznaczać szczęścia – obydwoje wykazali się niemal heroiczną niezdolnością do pokazania swojej prawdziwej twarzy. Optymizm wydaje się kruchy i wymuszony przez cenzurę.
W dobie aplikacji randkowych, łatwego nawiązywania kontaktów przez różne cyfrowe narzędzia, przygód na jedną noc, maskowaniu swoich prawdziwych intencji czy powszechnym niezdecydowaniu osób na rynku matrymonialnym, Niewinni czarodzieje są stale aktualni; z historii Bazylego i Pelagii bije uniwersalizm. Odnoszę też wrażenie, że współcześni autorzy: Wszystkich nieprzespanych nocy, serii Pieprzyć Mickiewicza czy wchodzącej za trzy tygodnie na polskie ekrany Erupcji, nie potrafią przełożyć na język filmu rozedrganego stanu młodzieńczego strachu tak dosadnie i w tak piękny sposób jak Andrzej Wajda sześć dekad temu. Wreszcie najlepszy według mnie projekt polskiego twórcy jawi się jak pozytywna wersja albumu Latarnie wszędzie dawno zgasły, który czerpie z niego garściami: od inspiracji historią bohaterów granych przez Łomnickiego i Stypułkowską, po łamanie czwartej ściany, używając dialogów wyjętych z filmu w skitach i skreczach.
Panie i Panowie, sztuka została odegrana, Przedstawienie skończone, Prosimy opuścić widownię, Aktorzy chcą odpocząć