Wątpliwość – recenzja filmu „Niedziele”

Pamiętacie, jak James Gunn w Supermanie próbował nas przekonać, że w dobie wszechobecnego cynizmu, ironii i internetowego hejtu, empatia to nowy punk rock? Że bycie dobrym to nie naiwność, ale akt najwyższej rebelii wobec świata promującego obojętność? Alauda Ruiz de Azúa w swoim najnowszym filmie zdaje się mówić: „potrzymaj mi wino mszalne”. Jeśli Człowiek ze Stali walczy z nihilizmem za pomocą jaskrawej, bezwstydnej czułości, to jej Niedziele stawiają opór poprzez ostentacyjne milczenie i wycofanie. Okazuje się, że te dwa światy wcale nie stoją w opozycji. Prawdziwy punk to odmowa udziału w wyścigu szczurów. Nieważne, czy robisz to zakładając czerwoną pelerynę, czy szary habit.

Baskijska kinematografia, najczęściej dotąd odbijająca się echem politycznych rozliczeń i naznaczona cieniem ETA, znajduje w Niedzielach nową, zaskakującą formę radykalizmu. Okazuje się, że aby wstrząsnąć systemem, nie trzeba już podkładać ładunków wybuchowych – wystarczy cisza. Kiedy Ainara (debiutująca Blanca Soroa), bystra dziewczyna, która miała zostać kolejnym trybikiem w neoliberalnej maszynce sukcesu, oświadcza rodzinie, że rozważa wstąpienie do zakonu klauzurowego, efekt jest piorunujący. W laickiej Europie, gdzie Boga zastąpiły algorytmy TikToka, a niedziela służy leczeniu kaca po sobotnim hedonizmie, jej wybór działa jak błąd krytyczny systemu. Staje się środkowym palcem wymierzonym w pustkę, którą tak starannie pielęgnujemy.

Alauda Ruiz de Azúa, nagrodzona za ten obraz Złotą Muszlą w San Sebastian, nie robi jednak z niego dewocyjnej laurki. Reżyserce, która w głośnych Pięciu małych wilczkach zbadała temat macierzyństwa, daleko do realizacji chrześcijańskiego comfort movie w stylu cyklu Bóg nie umarł. To kino, które zadaje pytania o istotę wolności: czy w świecie całkowitej dostępności rezygnacja może być najwyższą formą spełnienia, czy jedynie eskapizmem? Wstąpienie za mury klasztoru to nie zawsze powołanie natchnione przez Boga. Film zyskuje na wiarygodności właśnie dlatego, że protagonistka nie jest aseksualną pustelniczką. Jest chłopak, z którym łączy ją chemia, zna smak imprez i bliskości. W tym przypadku ten radykalny krok to także próba wypełnienia pustki, która w domu bohaterki krzyczy najgłośniej – jest nią bolesna nieobecność przedwcześnie zmarłej matki. Jako półsierota wychowywana przez biernego ojca i pragmatyczną ciotkę, szuka struktury, która jej nie zostawi; matki, która nie umrze.

Kluczem do interpretacji nie jest jednak sama Ainara, ale piekło, które rozpętuje się wokół niej. I tu wchodzimy na grząski grunt, pełen pokoleniowych traum. Postać ciotki Maite (świetna Patricia López Arnaiz) to majstersztyk niejednoznaczności. Kobieta ma bowiem rację. Z jej perspektywy wyemancypowanej, nowoczesnej Europejki, decyzja dziewczyny oznacza zmarnowanie potencjału i społeczne samobójstwo. Z jednej strony mamy tę „fajną ciocię”, ciepłą, oświeconą intelektualistkę, która zastępowała rodzicielkę. Z drugiej – w reakcji na plany siostrzenicy widać coś więcej niż racjonalną troskę. Tolerancja Maite kończy się tam, gdzie zaczyna się sacrum, co tworzy fascynujący portret bezradności rozumu wobec tajemnicy. Podczas gdy ciotka toczy krucjatę przeciwko zacofanemu klasztorowi, jej własny związek z Pablem (Juan Minujín) cicho gnije od środka. To paradoks, który reżyserka punktuje bezlitośnie: Maite chce ratować Ainarę przed więzieniem, nie widząc, że sama tkwi w celi niespełnionych ambicji i wygasłej miłości.

Zanim jednak zaklasyfikujemy ją jako antyklerykalną jędzę, trzeba zaznaczyć, że reprezentuje ona pokolenie transformacji, które zrzuciło gorset tradycji, by zachłysnąć się Zachodem. Odrzucenie Kościoła było tu biletem wstępu do nowoczesności, więc wściekłość wynika z panicznego lęku przed regresem. Postawa Ainary staje się nie tylko błędem życiowym, ale wręcz polityczną zdradą i dowodem na to, że stara Hiszpania, którą próbowano zabetonować, wciąż żyje pod powierzchnią. W baskijskim domu, gdzie tłumienie emocji jest narodowym sportem, wybór klasztoru staje się katalizatorem wyciągającym te demony na wierzch.

Z drugiej strony barykady (a właściwie gdzieś w okopie na tyłach) mamy ojca, Iñakiego (Miguel Garcés). To fantom, statysta we własnym życiu. Jego bierność jest niemal fizycznie bolesna. W momencie kryzysu mężczyzna staje się przezroczysty, ucieka w pracę, w nowy związek, byle tylko nie skonfrontować się z rzeczywistością. Iñaki akceptuje klauzurę nie ze zrozumienia, ale z bezradności. Staje się symbolem kapitulacji pokolenia, które dało dzieciom wszystko: pieniądze, edukację, wolność, ale zapomniało dać im powód, by rano w ogóle wstawać z łóżka.

Wizualnie film jest zwodniczy. Nawet jeśli kadry bywają ciepłe, atmosfera pozostaje sterylna, momentami wręcz nużąca. Operatorka Bet Rourich stworzyła zdjęcia, które trzymają na dystans, jakby kazała oglądać te emocje przez weneckie lustro. Ale w tej surowości jest metoda. Chłód jest potrzebny tylko po to, by w kluczowej scenie wybrzmiało to jedno uderzenie serca. Gdy chór wykonuje „Into My Arms” Nicka Cave’a, a z ekranu padają słowa: I don’t believe in an interventionist God, tama pęka. W tym momencie podział na wierzącą siostrzenicę i ateistyczną ciotkę przestaje mieć znaczenie. Zostaje czysta, naga tęsknota za czymś, co nadałoby sens temu całemu bałaganowi.

W ostatecznym rozrachunku Niedziele nie dają łatwego katharsis. Zostawiają ze specyficzną satysfakcją płynącą z odrzucenia reguł gry. W tym sensie Ainara i wspomniany na początku Superman grają w jednej drużynie, choć na innych pozycjach. Oboje patrzą na ten przebodźcowany, cyniczny świat i mówią po prostu: „nie, dziękuję”.

Grzegorz Narożny
Grzegorz Narożny
Niedziele

Niedziele


Tytuł oryginalny:
Los domingos

Rok: 2025

Kraj produkcji: Hiszpania

Reżyseria: Alauda Ruiz de Azúa

Występują: Blanca Soroa, Patricia López Arnaiz, Miguel Garcés i inni

Dystrybucja: Rafael Film

Ocena: 4/5

4/5