Widowiskowość opery mydlanej – recenzja filmu „Niebo o północy”

Widowiskowość opery mydlanej – recenzja filmu „Niebo o północy”

Kosmos od zawsze fascynuje ludzi, jest nieprzebyty, niebezpieczny, nieodgadniony. Stanowi wyzwanie, ale i obietnicę nadziei, zwłaszcza w czasach, gdy nasza planeta niechybnie mknie ku samozagładzie. Kosmos to niezmierzona skarbnica, z której można czerpać by stworzyć wielkie jak Odyseja kosmiczna i kameralne jak Obcy. Ósmy pasażer Nostromo arcydzieła. Tym bardziej fascynujący i przykry jest fakt, że wysokobudżetowe kosmiczne produkcje ostatnich lat, niemal w całości sprowadzają się do tanich i kiczowatych wyciskaczy łez takich jak Interstellar, Pasażerowie, czy Marsjanin. Zrealizowane dla Netflixa Niebo o północy to kolejny dumny reprezentant tego niesławnego nurtu.

Kosztująca ponad 100 milionów dolarów adaptacja powieści Lily Brooks-Dalton z 2016 roku to największy projekt w reżyserskiej karierze George’a Clooneya. Doktor Doug Ross z Ostrego Dyżuru ma na swoim koncie już m.in. nieudaną adaptację scenariusza braci Coen Suburbicon (dostępny na Netflix – NASZA RECENZJA), kasową porażkę w gwiazdorskiej obsadzie (Obrońcy skarbów) i dwa udane kameralne filmy polityczne (Idy marcowe i Good Night and Good Luck), żaden z nich jednak nie zbliżał się skalą do widowiskowego Nieba o północy.

A o czym jest ta epopeja? Głównym bohaterem jest profesor Augustine Lofthouse, który wspólnie z tajemniczą niemą nastolatką jest jednym z ostatnich ludzi na postapokalitycznej ziemi. Grany przez brodatego George’a Clooneya naukowiec szefuje placówce badawczej na Biegunie Północnym i usiłuje połączyć się z załogą statku kosmicznego Æther, który właśnie wraca z ekspedycji na nadający się do zamieszkania księżyc Jowisza. Mężczyzna chce ostrzec kosmonautów by ci nie lądowali na Ziemi, bo nic dobrego ich tu nie czeka. Jedyną nadzieją na przetrwanie ludzkościm, jest skłonienie naukowców do stworzenia kolonii na nowej planecie. Równoległą linią narracyjną jest historia samej załogi Æther: ciężarnej Sully (Felicity Jones), pilota Mitchella (Kyle Chandler), medyka Sancherza (Demian Bichir), inżynierki Mayi (Tiffany Boone) i kapitana misji Gordona (David Oyelowo). Grupa musi radzić sobie z informacyjną głuszą i licznymi problemami technicznymi w drodze do upragnionego domu, po wielu latach nieobecności.  

Opowieść jest prosta i pełni rolę służebną wobec widowiska. To zresztą najlepszy epitet i największa zaleta nowego filmu Clooneya – jest on zjawiskowo piękny. Widz zostaje zabrany w fantazyjną podróż zarówno na księżyc Jowisza K-23, w odmęty przestrzeni kosmicznej, jak i w ogarnięty burzami śnieżnymi Biegun Północny. Sztab techniczny, na czele z operatorem Martinem Ruhe (Control Antona Corbijna) i scenografem Jimem Bissellem (nominowanym do Oscara za Good Night and Good Luck), a także licznymi ekspertami od efektów specjalnych wykonał świetną robotę. Pomimo intelektualnych mielizn, fabularnych dłużyzn, dziwnego montażu, słabej gry aktorskiej i chwilami bełkotliwej narracji, film można oglądać z zapartym tchem zachwycając się jego warstwą wizualną. 

Marcin Prymas
Marcin Prymas

Niebo o północy

Tytuł oryginalny: „The Midnight Sky”

Rok: 2020

Gatunek: sci-fi,  postapokaliptyczny

Kraj produkcji: USA

Reżyseria: George Clooney

Występują: George Clooney, Felicity Jones, Kyle Chandler i inni

Dystrybucja: Netflix

Ocena: 2/5