Kto nas zbawi? – Młodzi i Film 2026

53 lata temu w Koszalinie wszy karmiono jeszcze własną krwią. Na szczęście tylko na ekranie. Ten niecodzienny krok ratował fikcyjne postaci przed śmiertelnymi chorobami, a polskie kino przed zgnuśnieniem. Za Trzecią część nocy, swój odważny pełnometrażowy debiut o straumatyzowanym karmicielu wszy, Andrzej Żuławski zgarnął wówczas główną nagrodę na raczkującym jeszcze festiwalu filmowym. Inauguracyjna edycja „Młodych i Filmu” nazywała się wtedy „Młodzież na ekranie”. W 1973 roku bezkompromisowi debiutanci zagościli na tym festiwalu po raz pierwszy. Koszalin dopiero zaczynał zaznaczać się na mapie Polski jako ważne miejsce spotkań z początkującymi filmowcami. To tutaj jeszcze tliły się nadzieje Aktorów prowincjonalnych Agnieszki Holland, a Grzegorz Królikiewicz został wyróżniony za krótki metraż, który wcześniej nawet nie trafił do konkursu. W zatęchłej rzeczywistości znalazło się miejsce na powiew świeżości.

Dlatego „Młodzi i Film” jest dla mnie wciąż festiwalem małych zmartwychwstań. Nagradzając filmy początkujących twórców, nie pozwala im zniknąć zaraz po swoim debiucie. Dostrzega tym samym wyjątkowe sposoby patrzenia na świat – nieokrzesane, spychane na margines jako studenckie ekscesy z polskich filmówek i niepogodzone z myślą, że o świecie powiedziano już wszystko. To wyciągnięcie ręki do debiutanta, aby nie zgasła mu potrzeba szukania w filmie zbawienia na problemy rodzące się poza salą kinową. Pozostaje jednak pytanie – czy po 45 edycjach młodzieńcze pomysły nie doświadczyły już kryzysu wieku średniego? Co może bowiem wciąż zaskoczyć Koszalin, który jeszcze setki lat temu przeżył dżumę i przez chwilę miał nawet dostęp do morza? Od pół wieku bez zmian – ciągle młodzi. Szczególnie ci, którzy całą swoją energię przelewają na powalające krótkie metraże.

Dieta cud

W hiperkomiksie PoCom-UK-001 jedna z krów się buntuje, osa to samo, a pan z płaską głową czeka, żeby zjeść najlepsze mielone z kimś innym niż tylko swój kot. Wszystko zaczyna się tam jednak od jednego wyjścia jednej osoby do sklepu po mleko. Aleksandra Góralewska robi coś podobnego w krótkometrażowym Jogurcie, słusznie nagrodzonym na „Młodych i filmie” za „najbardziej energetyczne role kobiece” dla Mai Szopy i Zofii Dobkowskiej. Panda – dwudziestoparolatka, którą tak nazywają, bo w dzieciństwie podbiła sobie oko kijem, a na mokrej podłodze zbiła drugie – potrzebuje się przewietrzyć. Nic dziwnego. Wisi nad nią widmo zostania fryzjerką, czego bardzo by nie chciała, oraz niespełnione marzenie o ukończeniu studiów, które faktycznie by ją interesowały. Wybiera się więc na zakupy do delikatesów. Szukając dla matki jogurtu, po którym miałaby schudnąć, chce zapomnieć o codziennej beznadziei.

Jak na złość, mieszka nad swoją szkolną miłością. Andżi wróciła właśnie z Londynu albo budowania studni głębinowej w Afryce. Inaczej niż główna bohaterka, żyje dla innych i jest słodka jak cukierek. Pewnego popołudnia Andżi zastaje Pandę ubraną niczym postaci ze Scooby Doo; ciągle w tym samym, charakterystycznym stroju. Na plecach kocyk w sarenki, na głowie kucyk, a bluza o spopielonym odcieniu przykrywa koszulkę w tęczę (jakby ta też była po ognistych przejściach z Placu Zbawiciela). Tylko zamiast gadającego psa ma w domu przypominające wygenerowane przez AI obrazy dziewczynek z kotami. Otaczają ją bloki pokazywane na wprost, trochę jak na dwuwymiarowej kartce komiksu. Taki sposób kadrowania wydobywa monotonną geometrię osiedla. Jednak „szara rzeczywistość” blokowiska nie opisuje w pełni jego potencjału – pod pozorną płaskością miasta reżyserka dostrzega też całą galerię absurdów.

Operator Konrad Miklaszewski z łowiecką ciekawością patrzy na przykład na zbieranie psiej kupy. Już na samym początku filmu wwierca się w krajobraz zbliżeniami kamery, mijając przy tym wychodzącego za potrzebą mopsa czy osiedlowy patrol policji. Kolekcjonuje codzienną groteskę blokowiska. Bohaterki przechadzają się bowiem po najciekawszych fragmentach osiedli. Mijają chociażby, wypchany na całą szerokość kadru, wysprejowany napis „VANDALIZM”. Zapisany przez „V”, zapewne przez miłośnika anglosaskiego patusiarstwa. A to tylko jeden z modeli życia, który w Jogurcie jest powszechny.

"Jogurt", reż. Aleksandra Góralewska

Dużo kobiet poluje też na darmową wycieczkę do Stanów spod etykiet jogurtów, zanim uda się to ich sąsiadkom. W tym samym czasie wiele młodych ludzi pada ofiarami zniknięć. Odpowiedź na zagadkę ich nieobecności nie jest znowu taka oczywista… Prowadzi bowiem przez spotkanie z bandą nomatek i nocórek – zaszytych w lesie dziewczyn, którym nie chce się już wybierać, czy zostać aktywistką, czy zachlaną miliarderką. Wolą uciec do lasu. Nie tracić czasu. Nosić uszatki. To równe babki. W dodatku w pewnym momencie filmu nawet rapujące! Jedna z tych anarchistek, kilkunastoletnia Patrycja, prowadzi Pandę przez kryjówki oświetlone na złoto jak ukryty skarb. Buntowniczka cały czas nosi w sobie determinację wypisaną na twarzy grymasem i ściśniętą szczęką. Panda złość przekuwa co najwyżej w zmęczenie, zgarbiony krok i śmiech, jaki nigdy nie ma szansy wymalować się na całej twarzy.

Patrycja nie wie i nie chce wiedzieć, gdzie ma pracować, gdy dorośnie; do kogo chodzić na terapię; ile jogurtów zjeść, żeby wpisać się w standardy piękna. Za delikatesową lodówką i w głębi lasu szuka wolności od tych schematów. Jej wypowiedziany w mroku, zwielokrotniony pogłosem manifest przeciwko normom społecznym, który łatwo można by uznać tylko za młodzieńczy bunt, traktowany jest tu bardzo poważnie. Jak dojrzałe i świadome odcięcie się od wymęczającej rutyny na rzecz budowania ciekawszego świata w podziemiu. Przywodzi to na myśl kociary z Ciemno, prawie noc Joanny Bator, które spod osłony cienia strzegły swojego miasteczka przed marazmem. Podobnie jak nomatki, wybrały życie na obrzeżach, bo właśnie tam najłatwiej wymyślić świat na nowo. Pozwala to uznać Jogurt za przygodę otwartą na odczytania, jaka daje nadzieję na lepsze jutro. Nawet gdy najpierw trzeba wrócić do mieszkania w bloku, przed którym umierają z wyczerpania gołębie. A tobie również zaczyna już powoli brakować sił. Ale nie nadziei…

Ocknij się, biały fajtłapo

Mumbaj budzi się do słowotoku strapionego Tomasza Kota. W kakofonii zmartwień ojca, któremu użycza głosu, słychać tylko jedno – Osa, jego syn, ma prędko wrócić do domu lub dać oznaki życia. To kolejna postać na tegorocznym festiwalu, która nosi ksywę od nazwy zwierzęcia i nie ma pomysłu na siebie. Tylko tu z kolei, po kontuzji na amerykańskim korcie, Osa robi sobie kanikułę w Indiach. Jego kredową skórę, odcinającą się na tle zaśmieconych rynsztoków, muska smuga słońca błąkająca się po indyjskich zaułkach równie bezcelowo jak on. Niespełniony tenisista pomieszkuje wysoko nad slumsami na szczycie szybu windy. Gdzieś w tle, na razie niegroźnie, majaczy mu lokalna dzielnica czerwonych latarni – tytułowa Kamathipura z Kamathipura Express.

Reżyser Leon Korzyński po roku wraca na „Młodych i Film” z epicką, szczególnie jak na studenckie warunki, podróżą bez trzymanki. Tym razem z filmem znajdującym się na półfinałowej shortliście Student Academy Awards 2026, nazywanych potocznie „studenckimi Oscarami”. Kamathipura to całkowicie osadzona w Azji wycieczka białego turysty, który wprasza się w biedną codzienność mumbajskiej tancerki, Sapny. Osa chce ją uratować przed sprzedaniem do domu publicznego, skoro ojciec dziewczyny już zaczyna szukać swoimi przekrwionymi oczami dodatkowego grosza u sutenerki. W beznadziei rodzica czuć naprawdę żywe emocje. Pomimo teledyskowej estetyki filmu sposób ich przedstawienia nie sprawia wrażenia wystylizowanego. Nie ma tu również żadnego green screenu, a bohaterowie błądzą po prawdziwie zatłoczonych ulicach. Samo serce reżysera bije po stronie równie szczerej uważności na społeczne problemy. Bo zagraniczną historię opowiadają przecież Polacy – nagrywają w Mumbaju, a montują już z odległości tysięcy kilometrów, bawiąc się przy tym amerykańskimi mitami kina drogi, które świadomie poddają refleksji. Grunt jest grząski, ale wykonanie solidne.

"Kamathipura Express", reż. Leon Korzyński

Bowiem Osa chce być podręcznikowym, hollywoodzkim białym zbawcą, który jednak świadomie nie zostaje tu wybielony. Pozostaje absolutnie beznadziejny w tym, co robi. Zamiast ratować – to jego ratują. Potrafi tylko uciekać, nie mając żadnego planu na przyszłość. Wyciąga Sapnę na trzydziestokilometrową szosę bez żywej duszy i dziwi się, że dziewczyna ma problem z odcięciem się od swojej rodziny, skoro jemu udało się bez problemu nie odbierać połączeń od swojego ojca już od roku. Na ziemię sprowadza go co chwilę Sanjay, lokalny sprzedawca tuk-tuków. Za każdym razem pojawia się na ekranie jako wyraz zdrowego rozsądku albo postać rozładowująca napięcie. Jest częścią tej narracji, która amerykańskiego kina pragnąc, potrafi przekształcić je w ciekawy sposób.

Zamiast być tylko przytakującym przydupasem głównego bohatera, rozwiązuje za niego problemy i zwraca mu uwagę, kiedy ten próbuje zrobić z siebie bohatera. Bo Osa nie wygrywa z żadnym złem, a zamiast przejść wewnętrzną przemianę, uczy się co najwyżej, czy na przedmieściach Mumbaju jest dobry zasięg. Nie może być więc przykładnym, amerykańskim protagonistą. Rzucenie się w drogę nie daje mu happy endu rodem z hollywoodzkich wyciskaczy łez, które kosztem historii o wybawionych mniejszościach mają przynieść ulgę jedynie białym widzom. Taki impas czuć szczególnie w jednej ze scen na plaży, kiedy do Sapny dzwoni jej stęskniony brat. Ciała uciekinierów o odcieniu wygotowanej pomarańczy są teraz ciężko niebieskie. Gdzieś w Mumbaju zostawili za sobą całą nadzieję. Dziewczyna rozłącza się, a sygnał połączenia brzmi jakby opadł szybko na dno oceanu. Nikt nie jest w stanie ich zbawić…

"HAJFONGPOL", reż. Leon Korzyński

Kamathipura to fabularny teledysk mocniej osadzony w rzeczywistości niż HAJFONGPOL, z jakim Leon przyjechał do Koszalina rok temu. I tamten krótki metraż – o wietnamskim imigrancie, który równie dobrze okładał worek treningowy, jak malował paznokcie – był także udanie nazwany. Jego tytuł brzmiał wręcz tak, jakby Korzyński napisał do niego jeszcze jakiś chwytliwy rap. W tym roku jest jednak mniej ziomalsko, nasz chłopak z osiedla dojrzał i jedzie do Indii, jakie w obrazku są absolutnym samograjem. Ich potencjał wydobywa operator, Witek Prokopczyk, którego światłocienie lepią się od potu, a w ciasnych przestrzeniach zawsze kadruje dużo powietrza. Z szerokich panoram wydobywa wyjątkową intymność, choć Osa zarzeka się, że w ogromnym labiryncie slumsów można wszędzie schować swoją indywidualność.

Detal w ogóle jest tu bardzo istotny. Intensywne emocje kryją się w gestach i nerwowym pocieraniu palców. Są tu też pełne nadziei spojrzenia na zmoczone deszczem miasto, ucieczka wzroku kierowcy w lusterku wstecznym czy ulotny gest wrzucenia śmieci do rynsztoku. Montaż zachowuje podobną subtelność – o cięciach decydują emocje bohaterów, a nie ich ruch w kadrze. Raz zestawia zmianę opatrunku Osy z nerwową jazdą Sapny na spotkanie z sutenerką. Potem, zamiast pokazywać, jak ojciec bije swojego syna, ucieka w reakcje osób dookoła. Ważniejsze jest przerażenie w oczach niż jakakolwiek pornografia przemocy. Stąd Kamathipura Express to wrażliwy, krótki film wielkich, spełnionych aspiracji. Subtelnie, ale z wizualnym rozmachem, zapewnia, że młodzi mają jeszcze dużo ciekawego do powiedzenia.

Moja i twoja czuła męskość

Niektóre koszulki piłkarskie można kupić za tysiące, ale doświadczenie ich sprzedaży na warszawskiej Pradze i tak pozostanie bezcenne. Szymon ma tam mały lokal dla zapalonych kibiców. Sprzedaje T-shirty klubów, chowa się za kasą pod sklepową antresolą, użycza osiedlowym dzieciakom dostępu do telewizora z włączonym Pro Evolution Soccer. Maja Głogowska i Karol Jankowski w dokumencie Nostalgia pokazują Starą Pragę przez pryzmat prowadzonego z sercem biznesu warszawskiego strażaka. Tytuł filmu jest jednocześnie nazwą sklepu. Jak mówi sam właściciel, ma być zachętą zrozumiałą w praktycznie każdym języku, bo to właśnie wzruszenie do minionego jest czymś, co lokal wywołuje w wielu osobach.

Szymon też w zasadzie jest trochę każdym z nas. A przynajmniej takie uczucie buduje dokument. Bo przecież kto by nie chciał gotować znajomym śniadań, którym od razu trzeba zrobić zdjęcie i aż szkoda je zjeść? Komu przeszkadzałoby dogadywać się z przypadkowo poznanymi osobami na ulicy, a potem zagrać z nimi w piłkę? Zarówno film, jak i Szymon wchodzą w szczerą relację z człowiekiem. To tak, jakby ziomek spotkał się z drugim ziomkiem i akurat tak wyszło, że ten pierwszy ma ze sobą ciągle włączoną kamerę. Nostalgia znajduje tym samym czułość w miejscach, które na ogół wypełnia niewygodna męskość. To ziomalskie kino, gdzie piłkarski testosteron nie prowadzi do dewastacji stadionowego kibla, tylko przytulenia się na murawie po ledwo obronionej bramce.

"Nostalgia", reż. Maja Głogowska, Karol Jankowski

Duo reżyserskie przyłapuje więc Szymona na szczerości. Niemal każda jego wypowiedź przywodzi na myśl „gadające głowy” z dokumentów Kieślowskiego, które, niezależnie od wieku, też potrafiły zaskakująco składnie i uroczo się odzywać. Tak samo Szymon, zamiast twierdzić, że „coś ogarnął”, woli powiedzieć, że „coś mu tak świta”. Słyszymy go w codziennych sytuacjach – kiedy myśli na głos lub ucina sobie small talk u krawcowej. A gdy później jako narrator waży każde słowo, wyraźnie widać, na ile w obu odsłonach pozostaje tak samo autentyczny. Brzmi podobnie, buduje zdania podrzędne, hamuje się tylko nieznacznie.

Jednym z takich momentów jest jego propozycja skontuzjowania przeciwników przed zbliżającym się meczem piłki nożnej, po czym szybko dodaje, że to tylko żart. Pewna powściągliwość ma sens, skoro kamera stawia go jednak w dość nienaturalnej pozycji, podążając za nim na każdym kroku. Ale nie wchodzi w jego życie z buciorami. Korzysta z wycieraczki zawsze, zanim włączy nagrywanie. I nawet kiedy Szymon sprzedaje Romanowi Kołtoniowi meczówkę Kowala w Betisie z nietykalnej ekspozycji – i robi to tylko, aby w filmie mógł pojawić się kolejny ciekawy wątek – to taki odruch wydaje się wciąż szalenie szczery.

Montażysta Jan Wierzbicki zgrabnie wyłapuje te i inne migawki, które potem stanowią tło dla kojącej narracji Szymona. Nostalgia jest tym samym krótkim, ale dynamicznym dokumentem z bardzo spokojnych, codziennych wydarzeń. Montaż jest tu całkowicie zainteresowany okruchami świata. Na przykład, gdy widać z wielu perspektyw, jak Szymon szuka wybrakowanego szwu w jednej ze swoich koszulek. Każde ujęcie pojawia się tylko na chwilę, okamgnienie, jedno krótkie zdanie. Wierzbicki płynnie przechodzi przez różne tematy, stojąc w kilku jednoczesnych rozkrokach między odległymi od siebie wątkami. Jest Stara Praga i młody strażak, podejrzewany o ekstrawertyzm współpracownik, klienci, mecz oraz sesja zdjęciowa pod antresolą. Te różnorodne wątki reżyserzy bardzo oszczędnie nasycają odniesieniami, znaczeniami, historią. Zostaje tylko to, co najważniejsze. Życie i szczera próba jego uchwycenia.

Poza spotkaniami z Warszawiakami i kolegami na murawie, Szymon mówi też o lokalach w innych miastach – pubach czy popołudniowych wylęgarniach – których już nie ma. Poniekąd zauważa, że przestrzeń miejska raczej traci perspektywy, niż je zdobywa. Tym samym nawet Szymon i jego kameralny sklep stoją w dużym kontraście do konieczności wydawania pieniędzy bardziej na czynsz niż klubowe koszulki. Niemniej, swoją afirmującą postawą, na przekór niełatwym realiom, strażak nie daje przygnębić się nostalgii. Zauważa w niej potencjał, być może do cieszenia się każdą chwilą. Życie ma chyba podobne zdanie. Bo kiedy Szymon po raz ostatni w sezonie zamykał wejście do swojego sklepu, na sali kinowej otworzyły się inne drzwi. Blask słońca z korytarza rozjaśnił wtedy ciemny ekran. Zbawienie jest zapewne bliżej, niż myślimy…

Drobne zachwyty

Koszalin w tym roku powiedział mi „do zobaczenia” wegańską szakszuką i spotkaniem pod Żabką z panią w czarnych włosach, która widziała we mnie Michała Szpaka, a w sobie Kayah. Nigdy się nie przedstawiła, bo bardziej interesowało ją, że nazywam się Igor, a tak samo na imię ma jej syn, co zresztą wytatuowała sobie na przedramieniu. Mocno się ucieszyła, że uwielbiam HEY, a na drogę wrzuciła mi do torby 20 złotych i uciekła. Chciała, żebym miał na pociąg, chociaż na pociąg miałem. Może widziała wcześniej, jak u Nosowskiej w teledysku do Keskese ludzie przekazywali pieniądze z ręki do ręki? Choć tam chodziło tylko o złotówkę. Na koniec musiała się jeszcze przytulić i dać mi buziaka. Potem na peronie nieznajomi z uśmiechem zaczęli sobie podawać ręce. Chciałbym wierzyć, że to tegoroczna, 45. edycja Festiwalu Debiutów Filmowych wywarła na Koszalinie ten efekt. Czy zbawienie przychodzi właśnie tak – po blokach krótkich metraży, pod dyskontem, od obcej osoby, która też jeszcze wierzy w lepsze jutro? A co jak teraz zaczniemy żyć długo i szczęśliwie? Jeśli gdzieś ma się to zacząć, to na pewno od „Młodych i Filmu”…

Igor Kaj