Nie wiem, czy to kwestia bycia Islandczykiem – bo przecież nordycy kojarzą się z otwartymi, ale jednak indywidualistami – natomiast Hlynur Pálmason do mistrzostwa doprowadził opowiadanie o samotności. Choć wszystkie jego dotychczasowe filmy traktują o czym innym, a ich fabuły – mimo wspólnych wątków – trudno ze sobą porównać, to w każdym z nich kwestia izolacji (osobistej, rodzinnej, religijnej, społecznej) wybrzmiewa najgłośniej. Na pierwszym planie byli już bracia górnicy, owdowiały policjant i duński misjonarz, nawet własne dzieci w domku na drzewie. Teraz przyszedł czas na szerszy obraz: rodzinę w modelu 1+1+3+pies.
Miłość, która zostaje to jeden z kilku tegorocznych filmów o zbliżonym tytule (takie mamy rozromantyzowane czasy?). Pálmason przedstawia jednak uczucia w sposób – moim zdaniem – najbliższy ich faktycznemu działaniu. Z jednej strony nieustannie gdzieś są: ukazują się w prostych małych gestach, tłoczą w głowie, często biorą górę nad rozsądkiem przy codziennych wyborach. Z drugiej zaś najsilniejsze stany emocjonalne pełnią tu funkcję swoistych przebitek. Nagle wylewają się z ekranu, atakując wszystkich bohaterów, a gdy fala jest za silna – rykoszetem obrywają także widzowie. Mam na poparcie tej tezy jednostkową obserwację, ale tylko na tym filmie doświadczyłem sytuacji, aby jedna scena spowodowała, że: osoba za mną zaczęła szlochać, osoba obok mnie wybuchła śmiechem, a osoba z rzędu niżej opuściła seans.
Już w pierwszej scenie oglądamy demontaż dachu z pustego budynku – to sprytna wizualna metafora końca domowego miru. Anna jest artystką, niby z rejonów tzw. sztuki nowoczesnej, ale jednak w starym, dobrym wydaniu. Pracuje w plenerze, z rdzewiejącym tworzywem, nad jednym dziełem ślęczy nieraz przez wiele miesięcy, działa chałupniczo. Magnus to marynarz na statkach rybackich. Szczególnie często na wodę wypływa w okresie sezonu śledziowego. W domu zaś czekają na nich: nastoletnia córka, wchodzący w nastolęctwo dwaj bliźniacy i Panda, islandzki szpic pasterski o charyzmie, którą można by obdzielić przynajmniej kilka osób. Małżeństwo się rozpada, a familijne życie, jakie znali dotychczas, kończy wraz z nim. To jednak nie film o rozwodzie ani nawet nie do końca film o rodzinie – bardziej o zbiorze wolnych elektronów, które się na nią składają.
Choć historia jest spójna i zrozumiała, Pálmason nie skupia się na wyjaśnianiu przyczyn, punktów zapalnych czy roztrząsaniu win. Relację Anny i Magnusa oglądamy z różnych kątów, poznajemy ich, gdy są sami, w dwójkę, z dziećmi albo z obcymi. Przebitka po przebitce dowiadujemy się, jak się zachowują, co czują, o czym myślą. Zamiast linearnej chronologii, islandzki reżyser wybiera poetycką obserwację, samym tytułem przecież już sugeruje pewną ciągłość. Tak też bohaterów przedstawił bez dostosowywania ich cech względem etapu związku/rozwodu, życie i emocje determinują tutaj – jak to w rzeczywistości – pora roku i przychylność losu. Mocno uniwersalizuje tym samym całą historię i rozrzedza dramaty, bo zamiast skupiać się na procesach, żywo interesuje się codziennością.
Rzecz dzieje się niby we współczesności, bo w pokoju gra telewizor, dzieciaki mają smartfony, po drodze jeżdżą samochody, a artyści promują się przede wszystkim w internecie. Równolegle jednak obserwujemy stary porządek świata: skamieliny, zmarzliny, skorodowane rycerskie zbroje. Wszystkie linie czasowe wzajemnie się przecinają, jak gdyby reżyser chciał wskazać na trwałość i ciągłość przeszłości. Doczesność w pewnym sensie nie ma zbyt dużego znaczenia. Najlepiej świadczy o tym sekwencja, kiedy to znikąd na wyspie pojawia się szwedzki kurator, na którego przychylność liczy Anna. Napuszony gaduła z wyższych sfer bardziej niż sztuką głównej bohaterki interesuje się własnymi anegdotkami i bajecznym krajobrazem. Skoro tak tam ładnie, to może zostanie?
Cała ta historia, wszystkie postaci, wątki główne i poboczne, składałyby się wyłącznie na kolejną rodzinną dramę, gdyby Pálmason wybrał do jej opowiedzenia inny język wizualny. Choć to film o miłości i z miłością w tytule, brak w nim formalnej czułostkowości, schematów z romansideł czy prześwietlonych kadrów. Obraz współgra tu ze słowem, ba, dopowiada często więcej, niż by się można spodziewać. Islandzkie krajobrazy zawsze wyglądają pięknie, ale to przede wszystkim na szczegółach skupiona jest uwaga kamery. Jakby pociągnięciem pędzla szkicowane są detale – grzyby, bryza, mchy, rdza, skały, jeżyny, mgła, sierść, łuski. Wszystkie te ujęcia transmitują na widzów nie tylko znaczenia, ale też własne aromaty. To niesamowite, jak Miłość, która zostaje pachnie i rozpuszcza po sali kinowej woń świata przedstawionego.
Pełnometrażowy debiut Hlynura Pálmasona w roli operatora udowadnia, że zaledwie 41-letni reżyser ma znakomite wyczucie w pracy obrazem. Jest w swoim stylu miejscami namolny – albo do przesady zbliża i podkręca ekspozycję detali tak, że tekstury zaczynają zlewać się w niewyraźne bohomazy, albo zamyka akcję na totalnych planach, konfrontując bohaterów z otoczeniem. Ale ten upór zawsze czemuś służy, Islandczyk świetnie panuje nad tempem, wie, kiedy zachwycić pejzażykiem, a kiedy zalać widza dorszem. Te zabawy z przestrzenią, nadawanie wagi poszczególnym miejscom i subwersywne zabawy z ich pierwotnym znaczeniem, nadają filmowi dodatkowych warstw, zapraszając do gonitwy myśli. Kalejdoskopowy montaż działa na korzyść opowiadanej historii – to strzępki rozmów, wycinki całych problemów, a przy okazji też wizualne reprezentacje przeżyć i emocji bohaterów.
Anna to typ matki ogarniaczki, nawet jeśli niektóre domowe obowiązki przelatują jej przez palce. Po obiedzie nie waż się po sobie nie posprzątać, albo – co gorsza – jej pomóc; ma wszystko poukładane, dodatkowa para rąk w kuchni bynajmniej nie ułatwia porządków. Magnus zaś jest typowym zmęczonym facetem, jakiego znamy z klasyki kina, współczesnych tytułów, ale i życiowego doświadczenia. Źródeł jego kryzysu istnieje tak wiele, że przezwyciężenie depresji i blazy wydaje się wręcz niemożliwe. Podobnie jak w Białym, białym dniu [NASZA RECENZJA] czy Godland [NASZA RECENZJA], Pálmason przedstawia mężczyznę upadłego, który tak bardzo dążył do pełnej zaradności i samodzielności, że stracił oparcie w swoim otoczeniu. Czuje się nierozumiany: w małżeństwie, domu, pracy. Odwrotnie jednak niż w poprzednich dziełach Islandczyka, gdzie ciężar odosobnienia spoczywał przede wszystkim na barkach protagonisty, tutaj z problemem izolacji zmaga się każdy bohater. Czy samotność łączy najlepiej?
Jak na film o niespełnieniu, kłodach rzucanych pod nogi przez życie i skomplikowaniu rodzinnych spraw, Miłość, która zostaje posiada pokaźny ładunek komediowy. Śmieszy już samą formą – elementami slapsticku, komicznymi efektami specjalnymi, sprytnymi zagraniami montażowymi. Wielki kogut świetnie współgra z elementami realistycznymi, a nagłe cięcia lub dłużyzny zmieniają ton danej sekwencji. Dodając do tego barwnie napisane dialogi i scenki rodzajowe oparte na obserwacji codziennych absurdów, ten ożenek rzutkiej zabawy i ciężkawego dramatu wynosi się ponad inne współczesne tytuły dotykające podobnych spraw. Ostatnia, dryfująca scena filmu zawiera w sobie pełnię esencji całości – sto procent Pálmasona w Pálmasonie. A jej niejednoznaczność jeszcze mocniej podkreśla wymowność tytułu.
Jestem Polakiem i mam obowiązki polskie, gdy podczas deszczu jeździłem pociągiem do gimnazjum, często słuchałem Happysad. Na słowo „miłość” od lat mam więc w głowie, że to nie pluszowy miś ani kwiaty. Myśląc o filmie Pálmasona w sytuacji równie melancholijnej i też związanej z koleją, czyli stojąc w podżyrardowskim lesie, tuż po potrąceniu jelenia i na moment przed tym, gdy mój powrót z 25. edycji Nowych Horyzontów opóźni się o dwie godziny, zacząłem wyobrażać sobie remiks-pastisz tych dwóch utworów. Miłość, która zostaje była dla mnie seansem otwarcia, zamykam więc festiwal tak:
Miłość, to nie łaciaty pies, ani dzieci.
To też nie ryby w wielkiej sieci.
Ani miłość, kiedy jedno płaci,
A drugie na tym traci.
Miłość, to żaden rycerz z odzysku.
Ani rdza, ani tylko ty, czy tylko ja.
Ale miłość – kiedy jedno łuk ma w ręce,
Drugie wnet nadstawia serce.
Miłość, która zostaje
Tytuł oryginalny: Ástin sem eftir er
Rok: 2025
Kraj produkcji: Islandia, Dania, Szwecja, Francja
Reżyseria: Hlynur Pálmason
Występują: Ingvar Sigurdsson, Sverrir Gudnason, Saga Garðarsdóttir i inni.
Dystrybucja: Stowarzyszenie Nowe Horyzonty
Ocena: 4,5/5