Ksero Man – recenzja filmu „Mickey 17” – Berlinale 2025

Odyseja Mickey 17 na ekrany kin trwała niewiele krócej niż oryginalny powrót króla do Itaki. Produkcja najnowszego obrazu Bonga Joon-ho zakończyć miała się już w styczniu 2023, lecz decyzje Warnera motywowane oficjalnie m.in. strajkiem aktorów amerykańskich oraz postprodukcyjne zamieszanie co i rusz opóźniały premierę. Czy ta długa wędrówka przyniosła jednak upragnioną radość? I jak pierwszy pełny metraż Koreańczyka po Parasite wpisuje się w nastrój epoki i kinowy krajobraz roku pańskiego 2025?

Gdy po dekadzie tułaczki przez Morze Śródziemne i jadącą na pstrym koniu boską łaskę Odyseusz dociera w końcu do domu, nie wygląda już jak wódz tysięcy, mąż wyniosły, lecz stary żebrak, jednostka przynależąca do przeszłości. U Homera wszystko ma szczęśliwe zakończenie, Telemach rozpoznaje ojca, Penelopa pozostaje mu wierna, a Atena rozpędza zranionych zalotników i ich stronnictwa; lecz czy wierzyć tej pieśni? Bardzo chciałbym, podobnie jak królewicz Itaki, zakrzyknąć „To mój Bong” i celebrować wielki powrót autora Zagadki zbrodni, niestety – po berlińskiej premierze pozostaję w stronnictwie niewiernego Tomasza. Legendarnie odmawiający porozumiewania się w mowie Szekspira filmowiec w swoich dotychczasowych podejściach do kina anglojęzycznego zaproponował dwie przepełnione akcją, dystopijne opowieści o konsekwencjach kryzysu klimatycznego i odporze stawianym żądnym krwi i pieniędzy korporacyjnym despotom. W Snowpiercerze Curtis Everett prowadził ludowy bunt przeciw klasie panującej, zostawiając na swoim szlaku stosy ciał. W Okjy koreańska dziewczynka wyruszyła w podróż na inny kontynent, by uratować swoją ukochaną genetycznie zmodyfikowaną świnię przed zagładą w należącej do superkorporacji rzeźni. Ten drugi film mieszał krwawą akcję i opowieść o ekoterroryzmie z językiem oraz estetyką kina familijnego, zwracając w ten sposób uwagę na upupianie niszczącego świat kapitalizmu poprzez wszechobecną w masowej kulturze cenzurę przemocy i wszelkiej brzydoty.

W Mickey 17 zdają się chwilami prześwitywać podobne intencje, chęć sparodiowania patologii współczesnego świata: uzależnienia od wielkiego kapitału, spychania kwestii etycznych i nauk humanistycznych na drugi plan jako nieistotnego szumu czy wprowadzania bzdurnych praw, których jedynym celem jest to, by ludzie je łamali i dzięki temu zaspokajali swoją potrzebę drobnego buntu. Mechanizm opisany już w Roku 1984 Orwella. Niewątpliwie, gdzieś głęboko w założeniach opowieści o świecie przyszłości, gdzie nauka zdolna jest drukować ludzi i pobierać ich pamięć oraz osobowość z twardych dysków, znajdziemy te wszystkie elementy, mogące potencjalnie złożyć się na energetyczny antykapitalistyczny traktat etyczny, serwowany ku uciesze mas, by indoktrynować je podprogowo do pragnienia lepszej przyszłości. Diabeł niestety tkwi w szczegółach, a także braku jakiegokolwiek doświadczenia Bonga w walce z hollywoodzkimi szychami, zakochanymi w proficie, purytańskiej czystości oraz naskórkowych, pozbawionych głębszej myśli politycznych odwołaniach, lecz nienawidzącymi wszystkiego, co kontrowersyjne lub mogące podwyższyć kategorię wiekową. Snowpiercera produkował wszak koreański CJ, a Okję Netflix, w czasach, gdy jeszcze był znany z dawania absolutnie wolnej ręki swoim autorom.

Bong Joon-ho zaklina się, że do końca zachował swoje prawo do ostatecznej wersji montażowej Mickey 17, lecz nie mam wątpliwości, że zakulisowa walka podczas przedłużającej się w nieskończoność postprodukcji odcisnęła na efekcie końcowym bardzo duże piętno, gdyż całość bardziej niż dotychczasową twórczość Koreańczyka przypomina produkcje ze świata MCU. Chociaż jest tu przemoc, to niemal bezkrwawa, nieliczne walki są inscenizowane tak, by widz ani na chwilę nie miał wątpliwości, że żadnej ze stron nic się nie stanie. Zaskakująco istotny dla fabuły seks pozostaje sugerowany i poza jedną sekwencją montażową, nieskonsumowany, by nie odstraszyć rodziców z dziećmi. Znalazło się nawet miejsce na lesbijski związek, przedstawiony na trzecim planie w duchu kto ma wiedzieć, ten wie. Disney byłby dumny! Nie można też zapomnieć o tym, że zabijanie jest zawsze złe, więc otrzymujemy dystopijny akcyjniak o perpetualnie wskrzeszanym protagoniście, w którym nikt nie umiera, chyba że w efekcie heroicznego poświęcenia, co szybko ewaporuje jakiekolwiek napięcie i stawkę

Opowieść o wyplutym przez kapitalizm szarym człowieku, który po nieudanej próbie założenia swojego biznesu (wszak wartość masz tylko jako przedsiębiorca) w świecie niszczonym przez katastrofę klimatyczną, by przetrwać, musi zgodzić się na rolę ludzkiego królika doświadczalnego i codzienne odczuwanie morderczego bólu jako zdehumanizowany plebejusz, ubrana zostaje w formę samoświadomego, bez końca mrugającego okiem i wypełnionego politycznymi oraz popkuturalnymi nawiązaniami bezpieczniackiego popcorniaka. Proszę państwa, oto Deadpool & Wolverine zakradł się na festiwalowe salony! Poza żartobliwą narracją z offu w duchu stęchłego „pewnie zastanawiacie się, jak tutaj trafiłem”, nie zabrakło także chociażby Donalda Muska (noszącego tu imię Kenneth Marshall), zidiociałego, lecz momentami charyzmatycznego miliardera otoczonego chmarą fanatyków w czerwonych bejsbolówkach. W rolę tego kontrowersyjnego polityka i przywódcy kosmicznej misji do nordyckiej krainy wielkiej zimy tudzież na planetę Niflheim wciela się Mark Ruffalo, zdaje się, że obdażony w instrukcje „podobał mi się twój występ w Biednych istotach, ale był zbyt subtelny i wyciszony”, gdyż zagrywa się niby niszowy komik, bardzo chcący pokazać swoją charyzmę podczas debiutanckiego występu w SNL. Nie pomaga mu fakt, że u boku ma Toni Collette, tutejszą Lady Makbet, dla której władza absolutna jest pretekstem, by móc się realizować jako szalona saucierka. Aktorka, pokazała wielki dar do zgranego lawirowania między dramatem a groteską w Hereditary i Może pora z tym skończyć, jest tu całkowicie pogubiona, desperacko próbując „grać jak Tilda Swinton”. Z drugiej strony na ekranie błyszczy Robert Pattinson w podwójnej roli inspirowanej ekspresją i fizyczną komedią Jima Carreya z Maski czy Głupiego i głupszego oraz głosami i manieryzmami tytułowych bohaterów serialu animowanego Nickelodeona Ren i Stimpy. Mickey 17 kręcony był w tym samym roku co Batman Matta Reevesa, gdzie Amerykanin stworzył postać poważną i sztywną, aż do granic autoparodii odgrywane przez siebie emo-wampira z sagi Zmierzch. Dwie, stworzone niemal zaraz po sobie role znajdują się na absolutnych tonalnych antypodach i ciekawie pokazują skalę talentu Pattinsona.

Między zbanalizowanym Sobowtórem. Poematem petersburskim Dostojewskiego a Gemini Manem Anga Lee komediowa konfrontacja dwóch naskórkowych charakterów wcieleń Mickeya Barnesa stanowi sól filmu. Siedemnastka i Osiemnastka usposabiają dwa podejścia do męskości: jedno dominujące, ale też pewne siebie, otwarte na biseksualne doświadczenia seksualne, używki i walkę o swoje dobre imię oraz to protagonisty: uległe, legalistyczne, ciągle kwestionujące własną wartość, słowem naiwne, lecz moralnie czyste. Tak zresztą należy czytać cały wydźwięk Mickey 17: to liberalna fantazja przynależąca do ery Baracka Obamy, opowieść o sile i słuszności demokratycznych instytucji, które (z pomocą małego – iście koreańskiego, przewrotu pałacowego) zawsze ostatecznie triumfują i zaprowadzają porządek i wszechobecną szczęśliwość, a wszelkie patologie wynikają li i jedynie ze złej woli jednostek. Znając poglądy twórcy, można by zakładać, że to także miała być satyra na takie pojmowanie rzeczywistości, problem jednak w tym, że z lektury samego filmowego tekstu to nie wynika i nie zostanie tak odebrane przez ludzi, którzy sprowadzali Okję do pochwały weganizmu.

Mickey 17

Rok: 2024

Kraj produkcji: USA, Korea Południowa

Reżyseria: Bong Joon-ho

Występują: Robert Pattinson, Toni Collette, Mark Ruffalo i inni

Dystrybucja: Warner Bros. Entertainment Polska Sp. z o. o.

Ocena: 2/5

2/5