Raj (?) utracony – recenzja filmu „Maria Panna Nilu” – AfryKamera

Raj (?) utracony – recenzja filmu „Maria Panna Nilu” – AfryKamera

Ludobójstwo w Rwandzie jest jednym z najtragiczniejszych i najbardziej brutalnych wydarzeń historii najnowszej, wielokrotnie przebijając nawet to co w tym samym czasie działo się w bliższej nam Jugosławii. Tym co łączy afrykańskie państewko z wojną na Bałkanach jest nie tylko absolutna bierność ONZ wobec śmierci niewinnych, ale także mnogość filmów opisujących te wydarzenia. „Maria Panna Nilu”, pokazywana w konkursie tegorocznej AfryKamery wyróżnia się jednak tym, że w odróżnieniu od większości z nich usiłuje ukazać nie krwawe wydarzenia i ich konsekwencje, ale to co do nich doprowadziło, z jakim skutkiem?

Afgański pisarz i reżyser Atiq Rahimi polskim widzom może być znany z nagrodzonego w Cannes filmu Ziemia i popioły oraz kameralnego Kamienia cierpliwości z Golshifteh Farahani (Arab Blues NASZA RECENZJA) w roli głównej. Oba te filmy łączą trzy rzeczy, po pierwsze spotkały się z bardzo dobrymi recenzjami, po drugie opowiadały o jego ojczyźnie, a po trzecie były adaptacjami powieści samego Rahimiego. Tym razem wykształcony na Sorbonie twórca wziął na warsztat cudzy tekst, a dokładniej nagradzaną i opartą na własnych wspomnieniach autorki powieść Maria Panna Nilu pióra Scholastique Mukasongi. Książka ukazała się zresztą również w Polsce w 2016 roku nakładem wydawnictwa Czwarta Strona. Rzecz dzieje się w świecie „zachodnio-afrykańskich Wrednych dziewczyn, jak to określił jeden z francuskich recenzentów, czyli w elitarnej katolickiej szkole z internatem, w Rwandzie, na początku lat 70. ubiegłego wieku. W kraju trwają rządy Hutu, ale dzięki kwotom mniejszościowym na rok zostają przyjęte na uczelnię dwie Tutsi Veronica i Virginia, ta druga będąca alter-ego pisarki. Szkołą trzęsie Gloriosa, córka ważnego ministra, przewodząca bandzie podporządkowanych sobie uczennic i jest jednoznacznie wroga wobec „brudnych Tutsi”. Poza biernymi nauczycielkami jedyną ważną pełnoletnią postacią jest stary Francuz – Pan Fontenaille (Pascal Greggory), artysta w iście orientalistyczny sposób zafascynowany kulturą Tutsi i pielęgnujący kult ich „rasowej dominacji” nad Hutu, niczym Niemcy i Belgowie w XIX i XX wieku (o kolonialnych i historycznych kontekstach relacji Hutu-Tutsi więcej przeczytacie w tekście Macieja o TęsknocieTUTAJ).

W filmie Rahimiego możemy wyróżnić dwie wyraźne części. Pierwsza połowa to swoista high-school drama wygrana w rytmie swingu i przebojów takich jak „Le temps des fleurs” Dalidy, czyli francuskiej wersji piosenki znanej w Polsce jako „To były piękne dni” i wykonywanej m.in. przez Halinę Kunicką. Co ciekawe ten nostalgiczny utwór skomponował z ZSRR Boris Fomin w 1925 roku, do słów poety Konstantina Podrewskiego, jednak jego międzynarodowa sława zaczęła się za sprawą filmu Gordona Parry’ego Weekend w Paryżu z 1953 roku, gdzie znalazł się na ścieżce dźwiękowej i został odkryty przez Gene’a Raskina, który napisał swój – anglojęzyczny – tekst. Użycie tej konkretnej piosenki nie jest tu niewątpliwie przypadkowe, dobitnie podkreśla ona temat pierwszej połowy filmu, tęsknotę za utraconą niewinnością, za czasem, gdy największymi problemami były przepychanki, nieplanowana ciąża, czy snucie marzeń o wyjeździe do Europy. Gdy intrygi Gloriosy, imię – jak zdecydowana większość w Marii Pannie Nilu znaczące i ironiczne – zaczynają zagrażać jej własnej pozycji i wizerunkowi drobne utarczki i codzienny rasizm zaczynają eskalować. Wszak wiadomo, że nikt nie jest tak niebezpieczny jak uprzywilejowany człowiek zagrożony utratą twarzy.

Szalenie żałuję, że tego materiału nie wziął na tapet jakiś afrykański twórca, ktoś kto lepiej pojąłby skomplikowany kontekst etnicznych niesnasek w Rwandzie.  Rahimi, chociaż sprawny warsztatowo, wyraźnie błądzi tu po omacku i tworzy kino szalenie bezbarwne, które mogłoby zasadniczo równie dobrze toczyć się w dowolnym innym kraju świata, w dowolnych czasach – prawie zawsze znajdzie się przecież jakaś dyskryminowana, przy przyzwoleniu władz, grupa społeczna. Z filmu nie dowiemy się o Rwandzie więcej, niż byśmy wiedzieli z notki na Wikipedii, a gdy w drugiej połowie „zaczynają się dziać rzeczy” to górę bierze wszechobecny chaos.

Maria Panna Nilu to sztandarowy przykład kina skrzywdzonego przez francuskie podejście do kina i eksport swoich reżyserów i pieniędzy na cały świat, by wszędzie tworzyć udające troskę kino środka odbijane na powielaczu. To prawdopodobnie trend dużo bardziej szkodliwy od hollywoodyzacji, wszak każdy kto oglądał Hotel Rwanda Terry’ego George’a, wie, że to tylko oscarowa wizja świata, a produkcje jak Maria Panna Nilu i Tęsknota udają prawdziwe obrazy Afryki.

Marcin Prymas
Marcin Prymas

Maria Panna Nilu

Tytuł oryginalny: „Notre Dame du Nil”

Rok: 2019

Gatunek: coming of age, historyczny, szkolny

Kraj produkcji: Francja / Belgia / Rwanda

Reżyseria: Atiq Rahimi

Występują: Amanda Mugabezaki, Albina Kirenga, Malaika Uwamahoro i inni

Ocena: 2,5/5