Zapytaj ojca, zapytaj matki – o filmie „Mam 20 lat” – Projekt: Klasyka

Czy „dwudziestolatkom zawsze w pas się kłania świat, cały świat”? Chyba jednak zależy – od czasów, nastrojów i ekonomii. Dzisiejsi raczej nie są najbardziej lubiani; owszem, mają miano rezolutnych, obeznanych w łamigłówkach współczesności, ale też wygodnickich, pyskatych, migających się od pracy. Urodzili się w bezpiecznym świecie, gdzie wszystko leżało podane na tacy, nie musieli się o nic bić, mieszkać w jedenaścioro na dnie jeziora.

Jakby nie patrzeć jednak, od stuleci zarzuty kierowane w stronę młodych dorosłych są praktycznie takie same, w zależności od pokolenia różnią się tylko niuanse. Dwudziestka to wiek magiczny, z jednej strony idealizowany – bo stanowi granicę między błogim nastolęctwem a formacyjnym dojrzewaniem – z drugiej mało kto znów chciałby ją przeżyć. Bo ten stan przejściowy, w którym trzeba się ogarnąć i ukierunkować względem reszty świata, atrakcyjny jest wyłącznie, gdy myśli się o nim retrospektywnie.

Osadzone na początku lat sześćdziesiątych Mam 20 lat to jeden z wielu filmów tego okresu, wykorzystujących do uchwycenia realiów dorastania nowofalowe konwencje. Wymowna jest już pierwsza scena – gdy tupot krasnoarmiejskich obcasów patrolujących bruki płynnie przechodzi w odgłosy rozbieganych małolatów, a kamera zmienia kierunek, ze starych na młodych. Marlen Chucyjew, urodzony w Tbilisi radziecki reżyser, rozpoczął karierę akurat w okresie postalinowskiej odwilży, żyjąc i tworząc w rozkroku między Moskwą a Odessą. Szkolił się na legendarnym WGIK-u pod czujnym okiem takich dydaktycznych tuzów sowieckiego kina jak Igor Sawczenko czy Boris Barnet. Dwa swoje pierwsze filmy zrealizował zgodnie z rodzącą się wówczas organicznie poetyką – skupieniu na dylematach pokolenia powojennego, odrzuceniu socrealistycznej tematyki, ostrożnej krytyce systemu, eksperymentach operatorskich. Jego Wiosna na ulicy Zarzecznej (1956) i Bądź moim synem (1959) zgromadziły w kinach wielomilionowe publiczności, zadowoliły krytykę, a przed młodym reżyserem otworzyły perspektywy na jeszcze ambitniejsze projekty.

Prace nad trzecim dziełem Chucyjew zaczął na przełomie dekad, gdy ekipa Nikity Chruszczowa dalej publicznie rozliczała dziedzictwo poprzedniego dyktatora, wysyłając społeczeństwu (i artystom) sygnał, że oto rodzi się zmiana. Kiedy frakcyjne walki wygasły, a reakcjoniści przejęli głos, pas się zacisnął i przyszłość stanęła pod znakiem zapytania. Mam 20 lat ukończono już w 1961 roku, ale od razu po ostatnim montażu taśmy odłożono na półkę. Nie pomogły wstawiennictwo kolegów po fachu ani nawet wtyki w ministerstwie kultury – pierwszy sekretarz traktował sprawę banicji osobiście. Podczas słynnego przemówienia z marca 1963, w którym Chruszczow bluzgał na rozwydrzonych artystów, pisarzy i filmowców, bezpośrednie uwagi skierował także konkretnie w stronę Chucyjewa. Zarzucał mu promowanie idei i norm obcych sowieckiemu człowiekowi, a bohaterów nazywał niemoralnymi. „Twórcy filmu uważają, że młodzi ludzie powinni sami decydować, jak chcą żyć, nie prosząc starszych o rady i pomoc” – miał pieklić się Chruszczow ze sceny na Kremlu.

Chucyjew, jak na osobę urodzoną i wychowaną pod czerwoną gwiazdą przystało, zacisnął zęby, kilka rzeczy przepisał, niektóre sceny przemontował, złagodził, co się dało. Wreszcie na początku 1965 roku obraz trafił na ekrany, choć dwudziestolatkowie, o których traktował, byli już w innym miejscu. Fabuła skupiona jest wokół perypetii Siergieja – jego ojciec zginął na Wojnie Ojczyźnianej, żyje więc z matką i siostrą w komunalnym mieszkaniu przy placu Iljicza. Chłopak ledwo co wyszedł z woja, teraz odbija sobie miesiące stracone w kamaszach i włóczy się po moskiewskich ulicach w poszukiwaniu szczęścia, miłości lub guza, zależy od dnia. W obstawie przyjaciół, Sławy i Kolji, stara się zawłaszczyć miasto, wyrwać z socrealistycznej metropolii coś dla siebie. Tam, gdzie partyjna propaganda widziała bumelantów niechętnych do pracy dla ojczyzny, Chucyjew upatrzył jednostki zmęczone duchotą powojennego pyłu i pompą wokół budowy świetlanej przyszłości.

Charaktery wszystkich postaci wiążą się w jeden spójny zbiór postaw i ambicji nowego pokolenia. To chodzące zaprzeczenia bohatera socrealistycznego. Sława wydoroślał najszybciej, został mężem i ojcem, ale zdecydowanie bardziej woli włóczyć się po mieście, niż podtrzymywać domowe ognisko. Kolja, rzutki optymista, również stanął przed formacyjnym dylematem – donosić czy nie donosić? Siergiej ma na oku dziewczynę z dobrego domu, a w dodatku stał się już starszy niż ojciec w momencie śmierci na froncie. Gdzie udać się po radę, kogo zapytać, jakie ma wtedy się sny? Otoczenie sprzyja młodzieńczemu egzystencjalizmowi, zewsząd przecież słychać awangardową poezję, widać artystów i lekkoduchów. Niby można więcej, a wciąż nie można nic. Atmosfera gęstnieje, a po chwili się rozrzedza, potęgując liminalny stan zagubienia i dezorientacji, raz jest słodko, a raz gorzko. Każdy wybór wydaje się jednocześnie słuszny i irracjonalny, równie niepewny, tak jakby śnieg stopniał w marcu, ale wszyscy spodziewali się powtórki na majówkę.

Kamera nie tylko została wyniesiona ze studia, zdjęta ze statywu i wrzucona na ulice – operatorka Margarita Pilichina uczyniła ją pełnoprawną uczestniczką wydarzeń. Realizowane z ręki zdjęcia w szerokich, pełnych głębi kadrach portretują stan ducha moskiewskiej młodzieży, ale też całego narodu spoglądającego na postęp spode łba. Podejście do opowiadania obrazem przypomina inne odwilżowe próby, na czele z dorobkiem duetu Kałatozow-Urusiewski. Niecodzienne ustawienia, rozdygotane ruchy oraz imponująca choreografia współgrają z kontestatorską energią scenariusza – nawet jeśli perspektywa nieraz zostanie zaburzona, a co poniektóre szwenki ogarnia chaos. Tak monumentalna forma to idealny nośnik równie wzniosłej treści – obejmuje zarówno życiowe dylematy towarzyszące dojrzewaniu, jak i ogrom socjalistycznej stolicy. Wyczyny zapomnianej już dziś autorki zdjęć stanowią nie tylko jej największe artystyczne osiągnięcie, ale również jeden z czołowych przykładów radzieckiej maestrii operatorskiej.

Mam 20 lat w wersji przemontowanej tak, by cenzor mógł spać spokojnie, nie podbiło sowieckiego box office’u – było już wówczas nieco spóźnione względem zeitgeistu, o którym opowiadało. Spodobało się jednak za granicą – na festiwalu w Wenecji jury pod przewodnictwem włoskiego poety Carlo Bo przyznało mu Wielką Nagrodę (ex aequo z Szymonem Pustelnikiem Luisa Buñuela). Po upadku ZSRR wczesne arcydzieło Chucyjewa doczekało się kultowego statusu, a przede wszystkim zdjęcia z półek i digitalizacji. Do dziś funkcjonuje w kilku wydaniach, krótszych i dłuższych (ta najbardziej pełna i zgodna z intencjami twórców trwa 189 minut), choć nadal oczekuje starannej rekonstrukcji. Poza realizacyjnym mistrzostwem, po czasie film oferuje też wgląd w rzadko omawiany dziś okres prześnionej rewolucji obyczajowej nad Wołgą. To pierwsi czarnoskórzy migranci – studenci i robotnicy – których Siergiej oprowadza po okolicy; to pierwsza od lat radość i względny luz na paradach pierwszomajowych; to wieczorki poetyckie, gdzie Jewgienij Jewtuszenko, Robiert Rożdiestwienski, Bułat Okudżawa, Bella Achmadulina i cała reszta intelektualnej śmietanki (we własnej osobie) wojuje nowym, radykalnym językiem. Na ekranie obok aktorów, w pobocznych rolach występują m.in. Andriej Tarkowski czy Andriej Konczałowski, a fabułę wypełniają dokumentalne wstawki. Wielkie kino – opóźnione, choć ponadczasowe. Ale czy kryzys ćwierćwiecza zawsze taki nie jest? Nieuchwytny i ulotny?

Michał Konarski

Mam 20 lat

Tytuł oryginalny: Мне двадцать лет

Rok: 1965

Kraj produkcji: ZSRR

Reżyseria: Marlen Chucyjew

Występują: Walentin Popow, Nikołaj Gubienko, Stanisław Lubszyn, Andriej Konczałowski, Andriej Tarkowski i inni.

Marlen Chucyjew

Zapis oryginalny: Марле́н Марты́нович Хуци́ев

Urodzony: 4 października 1925 w Tbilisi

Zmarły: 19 marca 2019 w Moskwie

Kraj produkcji: ZSRR

Wybrana filmografia:
1956: Wiosna przy ulicy Zarzecznej
1959: Bądź moim synem
1967: Letni deszcz
1983: Postscriptum
1992: Nieskończoność