Jesień – recenzja filmu „Mała mama” – Berlinale 2021

Jesień – recenzja filmu „Mała mama” – Berlinale 2021

Céline Sciamma rozkochała w swojej twórczości świat za sprawą przepięknego wizualnie melodramatu Portret kobiety w ogniu z 2019 roku. Po wielkim sukcesie tego osadzonego w XVIII wieku romansu wielu mogło zapomnieć, lub nie wiedzieć, że Francuzka przez całą karierę związana z kinem młodzieżowym i familijnym, w nie mniejszym stopniu jak queerowym. Pokazywane w konkursie głównym tegorocznego Berlinale Mała mama jest więc dla niej powrotem do twórczych korzeni.

Do tej pory w dziecięcym kinie Sciammy kluczem był temat akceptacji. Zarówno szesnastoletnia Marieme próbująca się dostać do gangu w Girlhood, jak i dziesięcioletnia Laure w Chłopczycy, a także piętnastoletnie bohaterki Lilii wodnych, wszystkie te dziewczyny i dziewczynki próbowały zrozumieć swoją osobowość i seksualność, a przy tym po prostu stać się częścią grupy, kimś akceptowanym i wartościowym. Tym razem mamy pewną zmianę, gdyż protagonistka jest jeszcze młodsza – ma ledwie osiem lat. Nie ma także żadnej grupy rówieśników, do której chce przynależeć. Akcja dzieje się w domku pośrodku lasu, w którym mieszkała w przeszłości jej niedawno zmarła kochająca babcia i wychowała się mama – Marion.

Rodzina przybywa tam, by posprzątać odziedziczoną hacjendę i najprawdopodobniej przygotować ją do przyszłej sprzedaży, wszak nie stać ich na utrzymywanie dwóch domów. Strata ukochanej nestorki rodu mocno wpłynęła na wszystkich, zarówno nasza protagonistka – Nelly, jak i jej mama czują się osamotnione i wytrącone z życiowej równowagi. Aby jakoś to przełamać, dziewczynka spaceruje po lesie, zwiedzając tereny, na których niegdyś bawiła się jej mama, o które wcześniej ją intensywnie wypytywała. W miejscu, gdzie rodzicielka miała swój dziecięcy azyl – szałas, Nelly poznaje tajemniczą dziewczynkę – Marion, która wygląda dokładnie tak samo jak ona. Między rówieśniczkami zaczyna tworzyć się nić porozumienia, wzajemnego wsparcia i bliskości, w miarę wspólnego spędzania czasu i zwierzania się sobie. 

Sciamma, wspólnie ze świetną operatorką Claire Mathon (Portret kobiety w ogniu, Atlantyk, Nieznajomy nad jeziorem) odmalowują piękny portret jesieni na przedmieściach Paryża. Zmęczone słońce leniwie odbija swoje promienie od pomarańczowych opadłych liści, część roślin wciąż jeszcze kwitnie, inne już obumierają, jak to w życiu. I dokładnie tak samo dzieje się w rzeczywistości dziewczynek, bo ich niewinne dzieciństwo zostało już naznaczone śmiercią i chorobą, czają się one skryte w cieniu, pustym wzrokiem przypominając o swoim istnieniu i bliskości. Reżyserka, podobnie jak chociażby w Portrecie kobiety w ogniu, bardziej jest zainteresowana budowaniem poetyckiej atmosfery i formą aniżeli treścią. Tu niestety otrzymujemy kino dużo bardziej realistyczne, przyziemne, przez co nie można się zatracić w malarskości kadrów i barw. Oczywiście nie każdemu będzie to przeszkadzać, ale widz siadający do seansu Petite maman powinien zdawać sobie sprawę, co dostanie, czyli dobrze wykonany i przepięknie nakręcony film familijny o godzeniu się ze stratą członka rodziny, który nie znalazł się w sekcji Generation K+ tylko ze względu na dorobek reżyserki.

Wielu może nie pamiętać, że Céline Sciamma była współscenarzystką prawdopodobnie najlepszego filmu dla dzieci o stracie z ostatnich lat, czyli szwajcarskiego Nazywam się Cukinia. Widać zatem pewną ciągłość zainteresowań w twórczości Francuzki, a przy tym wielką empatię i umiejętność wzruszającego przedstawienia istoty żałoby. I tak musimy oceniać też Małą mamę jako lekcję dla najmłodszych, bez większych artystycznych i intelektualnych aspiracji, przyjemnie spędzony czas dla całej rodziny, chociaż ja w tym gatunku preferuję wciąż Most do Terabithii.

Marcin Prymas
Marcin Prymas

Mała mama

Tytuł oryginalny: Petite Maman

Rok: 2021

Gatunek: obyczajowy, familijny, dla dzieci

Kraj produkcji: Francja

Reżyseria: Céline Sciamma

Występują: Joséphine Sanz, Gabrielle Sanz, Nina Meurisse i inni

Ocena: 3/5