Lewa ręka rynku – recenzja filmu „Left-Handed Girl. To była ręka… diabła!”

Sean Baker od lat słynie z przenikliwego portretowania tych warstw Ameryki, o których ona sama wolałaby zapomnieć. Teraz jego wieloletnia artystyczna partnerka, Tsou Shih-Ching, wraca do reżyserii po dwóch dekadach od wspólnego Take Out. Przejmuje jego estetyczny skalpel i z chirurgiczną precyzją, ale też kobiecą czułością, otwiera tętnice nocnego Tajpej. Left-Handed Girl to jej film, jej głos i jej krzyk – dzieło, w którym wpływy Bakera są wyraźne (w końcu przyłożył rękę do scenariusza), ale ani na chwilę nie przyćmiewają autorskiej wizji. To neorealistyczny portret trzech pokoleń kobiet, uwięzionych w pulsującym neonami labiryncie, będącym jednocześnie ich piekłem i jedyną szansą na zbawienie.

Prosta fabuła składa się na tryptyk kobiecych losów. Matka, Shu-Fen (Janel Tsai), po latach wraca do Tajpej, by otworzyć stoisko z makaronem na nocnym targu. Powrót ten stanowi desperacką próbę walki o byt, komplikującą się jeszcze bardziej, gdy w życiu kobiety pojawia się widmo przeszłości: umierający były mąż. Mimo że zostawił ją z długami, decyzja o opiece nad nim jest czymś znacznie bardziej złożonym niż aktem uległości; staje się tragicznym manifestem człowieczeństwa. W systemie, który każe odcinać nierentowne relacje, ona wybiera współczucie, dźwigając ciężar cudzej porażki jako swój własny.

W tym czasie córki toczą swoje bitwy. Starsza, zbuntowana I-Ann (Shi-Yuan Ma) zatrudnia się w budce z orzechami betelu – miejscu, gdzie młodość i uśmiech sprzedaje się w pakiecie z lekkim narkotykiem. Toksyczny romans z żonatym szefem stanowi wyraz kruchego buntu w świecie oferującym tylko wyzysk. I wreszcie najmłodsza, tytułowa leworęczna I-Jing (genialna Nina Yeh). Sekretne kradzieże dziewczynki są cichym symptomem wewnętrznej walki z poczuciem winy i narzuconym wstydem.

Kapitalizm to tylko jeden z potworów. Drugim, znacznie głębiej zakorzenionym, jest gęsta sieć tradycji i patriarchatu. Leworęczność małej I-Jing, określana przez dziadka jako piętno diabła, staje się potężną metaforą bycia inną, dewiantką w konfucjańskiej układance. Na marginesie – polski dystrybutor, w porywie nostalgii za starą marketingową szkołą Monolithu, zaserwował nam dwujęzyczny powrót do przeszłości: Left-Handed Girl. To była ręka… diabła!  Skojarzenie z To była ręka Boga Sorrentino pasuje tu co prawda jak ananas do pizzy, ale jeśli ta cringe’owa obietnica grozy zwabi fanów horrorów, a kinofile docenią ironię, to cel uświęca środki – byle sala była pełna.

Wróćmy jednak do samej historii, bo prawdziwy „diabeł” u Tsou to system, gdzie syn jest wszystkim, a córka jedynie ozdobą. Sama Shu-Fen, wychowana w cieniu faworyzowanego brata, internalizuje ów patriarchalny nakaz milczenia. Na tym tle bezkompromisowa postawa I-Ann oraz dziecięca szczerość I-Jing okazują się katalizatorami zmuszającymi matkę do konfrontacji z przeszłością.

Choć DNA Seana Bakera jest tu wszechobecne, kluczowa pozostaje różnica temperamentów. Tam, gdzie on wciska gaz do dechy, stawiając na nadekspresję, językową agresję i dosłowność (jak w Anorze czy Mandarynce), Tsou świadomie wybiera inną drogę. Left-Handed Girl to kino znacznie bardziej stonowane i subtelne, co stanowi jego największą siłę. Reżyserka używa tych samych narzędzi – choćby iPhone’a – by osiągnąć nie efekt szoku, lecz intymności. Nie ma tu nagości, a seks pozostaje w sferze niedopowiedzeń. Autorka rezygnuje z prowokacji, by skupić się na wewnętrznym świecie bohaterek. Obecność Bakera w montażowni zdradza jedynie rozbuchany, niemal telenowelowy finał. poza nim obraz trzyma się własnego, niespiesznego pulsu. Podczas gdy u twórcy Red Rocket systemowa opresja rodzi hałas i furię, tutaj zamienia się w cichą, duszącą pętlę. To ten sam wróg, ale walka z nim toczy się w zupełnie innej tonacji.

Artystka prowadzi zresztą dialog nie tylko z amerykańskim indie, ale przede wszystkim z wielką tradycją kina azjatyckiego. Duchowym patronem, unoszącym się nad tym neonowym cmentarzem marzeń, musi być Edward Yang. Jego dzieła, jak Historia z Tajpej czy I raz, i dwa, to elegie dla klasy średniej tego samego miasta. Tsou bierze na warsztat tę przestrzeń, ale zrywa z niej elegancki garnitur i pokazuje spocony, robotniczy podkoszulek. Gdzie Yang widział egzystencjalną pustkę w klimatyzowanych biurach, reżyserka znajduje walkę o przetrwanie wśród oparów gorącego oleju. A jeśli spojrzeć szerzej na kontynent, widać echa kina Jia Zhangke. Chiński mistrz dokumentuje, jak walec turbokapitalizmu miażdży jednostki. Tsou robi to samo, ale zamienia epicką skalę na klaustrofobiczny mikrokosmos nocnego targu.

Left Handed Girl to kawał uczciwego kina. Jego siła nie tkwi w rozmachu, lecz w precyzji, z jaką reżyserka dokonuje wiwisekcji codzienności. Zamiast silić się na wielkie metafory, stworzyła film boleśnie szczery, który bez moralizatorstwa przypomina, że w tym całym merkantylnym bagnie to zwykłe ludzkie gesty mają jeszcze jakąkolwiek realną wartość.

Grzegorz Naro┼╝ny
Grzegorz Narożny
Left-Handed Girl

Left-Handed Girl. To była ręka… diabła!


Tytuł oryginalny:
Zuopiezi nuhai

Rok: 2025

Kraj produkcji: Tajwan

Reżyseria: Tsou Shih-Ching

Występują: Janel Tsai, Ma Shi-Yuan, Nina Yeh i inni

Dystrybucja: So Films

Ocena: 4/5

4/5