Radu Jude w europejskim światku festiwalowym jest już postacią ikoniczną. Kiedy w Théâtre Croisette zostaje wywołany na scenę, by zapowiedzieć projekcję swojego nowego filmu, widownia eksploduje oklaskami, ale chyba trochę odmiennymi od tych, którymi wita większość wywoływanych w ten sposób twórców. Oto na pojawia się człowiek o aparycji twojego ulubionego wujasa. Taki, co rzuci ci możliwie najbardziej obscenicznym żartem, żeby w następnej sekundzie dać erudycyjny przypis, którego nie powstydziłaby się bez wątpienia francuska intelektualna śmietanka. I nie chodzi tu tylko o samą prezencję reżysera czy niezaprzeczalną aurę, jaką ten człowiek posiada. Rzecz rozbija się także o samą jego twórczość, w której ten silny autorski rys osobowy jest wyraźnie obecny.
Bo Jude to trochę shitposter, a trochę filozof; może trochę błazen, a na pewno wizjoner. Jego filmografię spaja nie tyle jedność stylu czy tematów, ile ciągły ruch: zarówno artystyczny, jak i intelektualny. Ale to nie jest tak, że te sfery są u niego jakoś autonomiczne. Funkcjonują w symbiozie, a to z tego prostego względu, że kino dla Judego to nie tylko forma wyrazu, co sposób myślenia o otaczającej go rzeczywistości.
Nie inaczej wygląda to w jego najnowszym projekcie, Le Journal d’une femme de chambre, pokazywanym w Cannes w ramach bocznej sekcji Quinzaine des cinéastes. W założeniu jest to luźna adaptacja Dziennika panny służącej, dekadenckiej powieści Octave’a Mirbeau z 1900 roku. Jude literacki pierwowzór traktuje jednak wyłącznie jako punkt wyjścia – niezobowiązującą kanwę, na której opowiedzieć może o realiach współczesnej migracji zarobkowej.
Główną bohaterką filmu jest Gianina (Ana Dumitrașcu), pochodząca z rumuńskiej prowincji. Pracuje jako służąca w domu francuskiej elity, przygotowuje obiadki, zajmuje się synkiem. Zarobione pieniądze wysyła do ojczyzny – do rodziny: matki i córki, które zostały na miejscu, a z którymi porozumiewa się przez kamerkę internetową.
Bardzo ważną rolę odgrywa w tym wszystkim telefon. Pomijam już kwestię tego, że ostatnie filmy Judego (Kontinental ‘25 oraz Dracula) telefonem były literalnie kręcone. Chodzi mi bardziej o wagę, jaką rumuński reżyser przykłada do obecności tych urządzeń w codziennym życiu i jego uwrażliwienie na sposoby, w jakie filtrują nasze doświadczenie. Jego Nie obiecujcie sobie zbyt wiele po końcu świata, w swoim centrum stawiało Angelę (Ilinca Manolache), która poprzez wykreowaną w mediach społecznościowych postać Bobika odreagowywała realia swojej prekarnej pracy. Już tam Rumun pokazał, że jest świetnym obserwatorem współczesności, w pełni świadomym tego, jak technologia stwarza nowe metody kanalizacji klasowego gniewu – oraz że prędzej, niż wyjść na ulicę i robić rewolucję, zapostujemy prześmiewczo o kolejnym dniu w kołochozie.
W Le Journal… telefon działa przede wszystkim jako okno, przez które do detalicznie uporządkowanej, wytwornej przestrzeni mieszkania państwa Donnadieu wpadają strzępki obrazów z wiejskiej chaty, gdzie przebywa córka Gianiny. W swojej sterylności francuskie lokum zdaje się być wyjęte z zupełnie innego czasu, niż nadgryzione jego zębem wnętrze rodzinnego domu Rumunki. Połączenie wideo tworzy sytuację kontrastu. Kontrast natomiast – w niezwykle zdolnych do operowania nim rękach rumuńskiego reżysera – staje się zarówno narzędziem krytyki, jak i źródłem komizmu. Krytyki realizowanej poprzez zderzenie realiów centrum i peryferii. Oraz czarnego humoru jako metody przepracowywania smutnych jak pizda realiów prowincjonalnej biedy i prekarności migranckiej egzystencji.
Owo okno otwiera się przy okazji nagrań wysyłanych przez córkę: widzimy, jak biegnie przez podwórko, by uwiecznić, sąsiada odcinającego łeb przyniesionej przez babkę kurze albo gdy rejestruje podróż do szkoły na furze zaprzężonej w konie. Po drugiej stronie, w mieszkaniu państwa Donnadieu, Pierre (Vincent Macaigne) – głowa rodziny – przy wspólnej kolacji ze znajomymi ogląda na telefonie nagrania z ukraińskiego frontu, a następnie kłóci się o zasadność wojny i prorosyjskość europejskiej lewicy. Francuz niejednokrotnie podkreśla, jak bardzo obytym i świadomym politycznie jest człowiekiem. Kreuje siebie na progresywistę – być może po matce, która z rozrzewnieniem opowiada Gianinie o młodzieńczych latach protestów 68-ego (w których, jak mówi, zwyciężyli!). Te ideologiczne deklaracje wybrzmiewają śmiesznie, kiedy wypowiadane są w tak schludnej przestrzeni, nieustannie przymiatanej zresztą przez gosposię. Siła telefonicznego okna polega na tym, że ową deklaratywną prospołeczność jest ono w stanie skonfrontować z wulgarnością autentycznych warunków życia społecznych nizin: jest w stanie odsłonić klasowo uwarunkowaną przepaść poznawczą i zamienić ją w źródło śmiechu.
Problem migracji zarobkowej staje się więc dla Judego przyczynkiem do demistyfikacji mechanizmów kapitalizmu w jego wymiarze globalnym: rynkowego systemu-świata, który dzieli przestrzeń planety na centra i peryferia, a kapitał dystrybuuje w sposób nierówny. Ale jest tu też refleksja nad pułapkami projektów pozytywnych. Pewna trupa teatralna próbuje bowiem wystawić Dziennik panny służącej Mirbeau, w głównych zaś rolach obsadzić osoby migranckie. Z jednej strony to decyzja artystyczna polegająca na wyzyskaniu autentyczności naturszczyków, z drugiej natomiast – realizacja roli instytucji: mówimy tu bowiem o teatrze wspólnotowym. Służącą gra więc Gianina. Jej przełożonego – nielegalny uchodźca z globalnego południa. Wszystko spoko, dopóki ten drugi nie zostanie zawinięty i deportowany do kraju pochodzenia po tym, jak na social mediach teatru jego twarz posłużyła do promocji przedstawienia. A to zaledwie jedna kartka z tego prowadzonego miesiącami dziennika.
Diarystyczna konwencja literackiego pierwowzoru również zyskuje w Le Journal… swoje nowe zastosowanie. Z pozoru pełni rolę wyłącznie porządkującą, odgradzając od siebie kolejne sceny i ujawniając nieuchwytny upływ czasu. Widzowi prędko przyjdzie jednak zrozumieć, że plansze z datami służą Judemu także jako puenty. Trochę, jak trzeźwiące lepy na mordę przypominające, że ten cały teatrzyk absurdu to w zasadzie dzień jak co dzień.
Siła Le Journal… opiera się w dużej mierze na niezwykłej błyskotliwości, z jaką rumuński reżyser posługuje się krytycznym potencjałem drzemiącym w montażu: tym, jak jednym zmyślnym cięciem zmienia scenę w komentarz, innym natomiast – w żart. Lecz także na wrażliwości człowieka, dla którego krytyczne zaangażowanie idzie ręka w rękę z nieodpartą potrzebą pociśnięcia sobie z tego wszystkiego beki. Dla Judego potrzeba ukazania aporii podszywających realia późnej nowoczesności i pośmiania się nad absurdem otaczającego go świata to w zasadzie jedno i to samo. Dlatego przez Le Journal…, jak i całą twórczość Jude przenika niezaprzeczalny witalizm – poza chłopa, co w wirze obradzających na prawo i lewo problemów umie się jak mało kto rozkochać i uczynić je przedmiotem kinowej celebracji.
The Diary of a Chambermaid
Tytuł oryginalny: Le Journal d’une femme de chambre
Rok: 2026
Kraj produkcji: Francja, Rumunia
Reżyseria: Radu Jude
Występują: Ana Dumitrașcu, Marie Rivière, Mélanie Thierry i inni
Ocena: 4/5