Wola mocy, teatr śmierci – recenzja filmu „Lamaland” – Nowe Horyzonty 2025

Fascynujące dzieło osiadłego w Szwajcarii meksykańskiego reżysera Pablo Sigga, choć pierwotnie przeznaczone było na festiwal w Rotterdamie, swoją światową premierę miało na Nowych Horyzontach. Były to zapewne jedne z najbardziej niezapomnianych i niezwykłych seansów tegorocznej edycji. 

Niezwykła jest również historia jego powstania. Blisko 25 lat temu Sigg zaczął badać losy siostry Friedricha Nietzschego, Elisabeth, która poślubiła Bernharda Förstera – niemieckiego nacjonalistę i antysemitę – i pod koniec XIX wieku wyjechała z nim do Paragwaju, by założyć utopijną aryjską kolonię o nazwie Nueva Germania. Choć po samobójstwie męża wróciła do Europy, społeczność ta przetrwała do dziś jako uboga osada w środku dżungli – daleka od pierwotnej wizji dobrobytu i szczęśliwości. 

W 2010 roku Pablo Sigg wyruszył do Paragwaju uzbrojony w niewielką kamerę wideo. Udało mu się dotrzeć do odizolowanej od świata kolonii i nakręcić godzinny dokument obserwacyjny o ich życiu, zatytułowany Der Wille zur Macht (Wola mocy), pokazywany na festiwalu w Rotterdamie w 2014 roku. Niezadowolony z efektu twórca postanowił wrócić w to miejsce, by stworzyć projekt zupełnie inny. I tak, w latach 2018-2024 (z przerwami spowodowanymi pandemią) powstały trzy filmy: Szatan (2018), Taniec śmierci (2023) i Raj (2024) składające się na ponad czterogodzinne Lamaland, które koniecznie trzeba oglądać jako całość. 

Opowiada ono historię dwóch braci, odgrywanych przez bardzo nietypowych naturszczyków — Friedricha i Maxa Josefa Schweikhartów. To żyjący w izolacji ostatni potomkowie osadników paragwajskiej komuny, którzy notabene nigdy w życiu nie widzieli żadnego filmu. Reżyser poznał ich podczas pracy nad wcześniejszym tytułem, zdobył ich zaufanie i zaznajomił się z rutyną dnia codziennego, co postanowił wykorzystać w nowym projekcie. Lamaland nie jest jednak dokumentem, ale swoistą fabułą, precyzyjnie napisaną i starannie zainscenizowaną. Starsi panowie odgrywają kolejne epizody z dużą naturalnością, jednak efekt ten nie wynika z improwizacji, lecz osiągnięty został dzięki wielokrotnym próbom. 

Sigg opowiada historię braci zupełnie bez słów (w całym filmie pada tylko jedno, w części pierwszej). Obserwujemy ich codzienność, rygorystycznie przestrzegany plan dnia i podział obowiązków, próbując jednocześnie zrozumieć ich wzajemne relacje. Pierwsza część, nakręcona na kolorowej taśmie, w luźny sposób nawiązuje do biblijnej opowieści o Kainie i Ablu. Dwie kolejne, sfotografowane w czerni i bieli, stają się stopniowo coraz dziwniejsze i bardziej zagadkowe. To, co zaczynało się jak mityczna przypowieść, ewoluuje w kierunku teatru absurdu rodem z Becketta (którego reżyser jest wielbicielem i do którego nawiązywał w swoim dokumencie z 2014 roku I, Of Whom I Know Nothing dostępnym na platformie VOD DAFilms).

Chociaż utrzymana w powolnym tempie fabularna narracja jest ledwie pretekstowa, złożony z pieczołowicie zakomponowanych obrazów film aż gęsty jest od znaczeń. Prezentowana z drobiazgową dokładnością rzeczywistość w fazie rozkładu przypomina martwe natury dawnych mistrzów. Raz tonąca w mroku, innym razem rozświetlona mglistym blaskiem, zdaje się nadawać poszczególnym przedmiotom metaforyczne znaczenia. Te z kolei przeglądają się w sobie nawzajem niczym w zwierciadle – wzmacniając się lub uruchamiając kolejne pokłady skojarzeń. Buzująca od odgłosów dżungla powoli pochłania rachityczny świat ludzkiej cywilizacji, która tak jak i każda utopia skazana jest na niepowodzenie i zagładę. Zestawiani ze światem owadów i zwierząt dwaj starcy zdają się nabierać niemal animalistycznych rysów. Ich wyraziste profile o wydatnych nosach przypominają niekiedy monstrualne ptaki lub karykatury pojawiające się w starych pożółkłych notatnikach, sąsiadujące tam z misternie wyrysowanymi swastykami. Ściśle obciągnięte skórą łysiny korespondują z pojawiającymi się w kadrach wyobrażeniami czaszek. Spękane, brudne stopy, wysokie pomarszczone czoła, zgrabiałe dłonie trzymające zapalone świece i żarówki – wszystko to wygląda jak żywcem wyjęte z naturalistycznych płócien tenebrystów: Caravaggia, de Ribery czy de La Toura.

Zachwycające zdjęcia zestawione zostały z ambientowym wręcz światem dźwięków, absolutnie wybitnie zaprojektowanym i zrealizowanym przez Hideo Shimę. Odgłosy dżungli, buczenie elektryczności, trzaski ledwo słyszalnych, zniekształconych audycji radiowych przeplatają się ze słynnymi utworami muzyki klasycznej oraz wstawkami pieśni afrykańskich lub kompozycji zaczerpniętych z japońskiego teatru kabuki. Ten eklektyczny, a jednak zadziwiająco spójny pejzaż dźwiękowy nie tylko buduje niepokojącą atmosferę filmu, lecz zdaje się sugerować kolejne znaczeniowe tropy. 

Żaba i pies na uwięzi, pająk w słoiku, suche liście i kwiaty, nabita na gwóźdź obierka owocu, sterta starych ubrań, pożółkłe ryciny, kable zwisające ze słupów elektrycznych. Obrazy oglądane przez okrągłe oko prymitywnego projektora lub wizjera w drzwiach. Wszystko mieni się trudnymi do uchwycenia znaczeniami: metafizycznymi, egzystencjalnymi, antropologicznymi, politycznymi. Mamy wrażenie, że nic tu nie jest przypadkowe, wszystko bardzo precyzyjnie zaprojektowane. Niektóre drobiazgi odsłaniają kolejne sensy dopiero z upływem czasu, gdy późniejsze sekwencje powracają do znanych już motywów, wywołując u widza dreszcz małego osobistego olśnienia.

Rozpadający się ludzki świat przywodzi na myśl rzeczywistość znaną z Konia turyńskiego Béli Tarra. Oglądamy ludzi skazanych na śmierć, a może już przebywających „po drugiej stronie” albo jej wypatrujących. Panem tego świata jest Szatan, przez którego śmierć weszła na scenę stworzenia i wciąż nią włada. W tym dominium rozkładu wszelkie nasze starania, krzątactwo, życie według ścisłych reguł i moralnych zasad, nieudolne próby ujarzmienia żywiołu natury czy groteskowe próby twórczości artystycznej skazane są na ten sam marny koniec. Przyspieszony tym, że diabelska nieufność i zawiść wkradają się do wnętrza człowieka (o ile nie z niego pochodzą). Wola mocy jest tylko kolejnym aktorem w teatrze śmierci. W takiej interpretacji dzieło Pablo Sigga jawi się jak jedno wielkie memento mori, przejmujące swoim tragicznym pięknem. Zapewniam jednak, że to tylko najbardziej oczywista warstwa znaczeniowa tego zagadkowego obrazu. Lamaland jest bowiem lądem do samodzielnej eksploracji. 

Paweł Tesznar (Snoopy)
Paweł Tesznar

Lamaland

Rok: 2018 – 2024

Kraj produkcji: Meksyk, Szwajcaria

Reżyseria: Pablo Sigg

Występują: Friedrich Schweikhart, Max Josef Schweikhart

Ocena: 4,5/5

4.5/5