Kto nie gwiżdże, ten z policji – recenzja filmu „La Gomera”

Kto nie gwiżdże, ten z policji – recenzja filmu „La Gomera”

Kariera Corneliu Porumboiu jest być może najbardziej kuriozalną wśród rumuńskich nowofalowców. Najpierw słynny debiut, czyli śmieszno-straszna refleksja na temat polityki pamięci z perspektywy zgorzkniałych świadków transformacji, czyli 12:08 na wschód od Bukaresztu. Potem zwrot w stronę kina… gatunkowego? Bo czy można takowym nazwać bezwstydnie mało ekscytującą opowieść o poszukiwaniu tytułowego Skarbu, a tym bardziej film Policjant, przymiotnik, w którym stróż prawa zamiast rozwiązywać spektakularne zagadki zbrodni, roztrząsał semantykę sprawiedliwości i etyczne dylematy dotyczące tego, czy warto niszczyć chłopakowi życie za kilka blantów?

La Gomera jest duchowym spadkobiercą tamtego lingwistycznego anty-kryminału, dzieląc z nim choćby protagonistę o tym samym imieniu i tego samego aktora w jednej z głównych ról. Cristi (wszędobylski w kinie europejskim Vlad Ivanow), gliniarz skorumpowany do szpiku kości i, zdawałoby się, bezczelny w swoim poczuciu bezkarności, trafia na Gomerę, jedną z tych mniej obleganych turystycznie Wysp Kanaryjskich. Gra na trzy albo i więcej frontów, bo dla szefowej Magdy (Rodica Lazar) przy rozpracowywaniu członka szajki przestępczej, gromadzącego nieprzyzwoicie duży kapitał ze swojej firmy-przykrywki, samej gomerskiej mafii, która powątpiewa w lojalność tegoż delikwenta, oraz podręcznikowej femme fatale (Catrinel Marlon). Noszącej zresztą to samo miano co najsłynniejsza z wampów film noir — Gilda Rity Hayworth z filmu z 1946 roku.

Oczywiście, jak się spodziewamy po prawidłach gatunkowych, kobieta będzie miała swoje własne, nieobliczalne cele. Będzie owijać sobie mężczyzn wokół palca, jak niejedna dama z Szanghaju robiąca użytek z podwójnego ubezpieczenia. Schemat? Owszem. I reżyser nie będzie za bardzo próbował tego ukrywać, wielokrotnie podkreślając umowność intrygi i iluzoryczność spektaklu: czy to umiejscawiając jeden z punktów kulminacyjnych na planie filmowym w anturażu neo-westernowego miasteczka, czy już naprawdę nonszalancko, gdy przerywa mafijną naradę wkroczeniem amerykańskiego filmowca, który szuka miejscówek do swojej kolejnej produkcji i bardzo mu przypada do gustu fasada szemranej fabryki (której widzowi zresztą nie będzie dane nawet zobaczyć).

Ale czy wspomniałem o matce Cristiego, naglącej go, by się wyspowiadał i ustatkował, bo w końcu cała rodzina podejrzewa go o homoseksualizm? Kto by pomyślał, że ten cyniczny i małomówny „złodupiec” ma za sobą konserwatywne, prawosławne wychowanie, a rumuńska prowincja wciąż za nim wszędzie chodzi, nawet gdy niczym James Bond podróżuje po egzotycznych stronach, wprowadzając w życie sprytne intrygi i zatrzymując się tylko po to, by poszukać podsłuchów w pokoju hotelowym. Ale to nie koniec dziwactw, które przydają nieskazitelnej personie bohatera nieuchronnej śmieszności. Żeby wejść do świata kanaryjskiej mafii na dobre, musi zacząć mówić ich językiem. Tak się składa, że na La Gomera kultywuje się wymierającą sztukę języków gwizdów, konkretniej używa się el silbo, ukształtowanego przez jej rdzennych mieszkańców, Guanczów.

Sam pomysł, by gangsterzy o kamiennych twarzach komunikowali się poprzez, przypominające świergot ptaków i nieodczytywalne dla policji gwizdy, brzmi jak potencjał na komediowy geniusz. Porumboiu doskonale zdaje sobie z tego sprawę, jednak, w swoim stylu, pozostaje powściągliwy i w specyficzny sposób cieniuje humor. Woli absurd konceptu wplatać organicznie w pozornie poważną intrygę, ośmieszając bohaterów i sytuacje, jakie powielają z innych filmowych scenariuszy, obnażając niedorzeczność, jaka następuje, gdy zwyczajnie jedną metodę przekazu szyfrowanych wiadomości zastąpimy inną. Gdyby powstał (i cicho na taki liczę z czystej ciekawości) amerykański remake, zapewne więcej byłoby w nim tradycyjnych gagów, bo na takie jest niemały materiał. Jednak w tym właśnie zobojętniałym modus operandi zawiera się lwia część autorskiego pazura i uroku rumuńskiego twórcy.

I takim właśnie filmem jest La Gomera — urokliwym. Choć brak tu szczególnie odkrywczych wniosków, w fabułę trudno się zaangażować z uwagi na wszechobecną autoironię i konfudujące eksperymenty z nielinearną narracją, to jednak nie sposób najnowszego obrazu ekscentryka rumuńskiej nowej fali nie polubić. Ma łagodny, niespieszny rytm, kojące dla oka krajobrazy, będącą balsamem na duszę ścieżkę dźwiękową (od Iggy Popa, po legendy niemieckiej muzyki poważnej — Carl Orff i Kurt Weill), zabawnych w swojej ceremonialności bohaterów i szczyptę absurdu, dzięki której całość pozostaje niezapomniana. Czterdziestoczteroletni reżyser swoim pierwszym obrazem zrealizowanym poza rodzimą Rumunią udowodnił, że jeszcze nieraz nas zaskoczy.

Dawid Smyk
Dawid Smyk

La Gomera

Rok: 2019

Gatunek: czarna komedia, neo-noir

Kraj produkcji: Rumunia / Francja / Niemcy

Reżyseria: Corneliu Porumboiu

Występują: Vlad Ivanow, Catrinel Marlon, Rodica Lazar

Dystrybucja: Gutek Film

Ocena: 3/5