W ostatnich latach wariacje na temat perspektywy nieludzkiej stały się niemal obowiązkowym składnikiem festiwalowych konkursów. Bez względu na to, czy stanowi polemikę z audiowizualnym antropocentryzmem, czy jedynie wyraz estetycznej mody, sam trend wydaje się dziś trudny do przeoczenia. Tym razem repertuar Nowych Horyzontów zasilił węgierski twórca, którego publiczność przywykła kojarzyć przede wszystkim z preparowaniem martwych zwierząt. Zasadnym wydaje się zatem pytanie, co autor Taxidermii chciał osiągnąć, „napychając” hodowlanego ptaka kamerą zamiast trocinami.
Kurzą parabolą Pálfi zajął dość niejasną pozycję wobec filmowego posthumanizmu. Z jednej strony dokonał subscedencji uwagi – wybranemu gatunkowi nie grozi ani wyginięcie, ani pluszowa monetyzacja. Dlatego konfrontacja nielota z telewizyjnym dinozaurem służy zarówno humorystycznemu dialogowi „międzypokoleniowemu”, jak i podkreśleniu niskiego statusu w hierarchii ras bardziej medialnych. Z drugiej – jakąkolwiek analizę reżimów biopolitycznych ograniczył dramaturgicznym kompasem o typowo ludzkiej proweniencji. Innymi słowy, perypetie ekranowego zwierzęcia i jego spojrzenie determinuje nie tyle jego sprawczość, ile antycypowane zadowolenie widza. Nie ma tu miejsca na nieproduktywne scenariopisarsko wędrówki. Nawet proces rozmnażania w warunkach klatkowych został poddany „kabaretyzacji”.
Czy przywołane sceny śmieszą? Mnie – jako umiarkowanego mięsożercę – tak. Znacznie mniej przekonuje jednak ich wyjątkowość, skoro film nieustannie przywołuje skojarzenia z rozwiązaniami dobrze już oswojonymi przez współczesne kino. Dość wspomnieć o IO Jerzego Skolimowskiego, gdzie rozmaite tarcia społeczne także stanowiły sztafaż dla uduchowionej wędrówki osiołka. U Pálfiego podróż jest znacznie mniej metafizyczna. Z bressonowskich analogii częściej na myśl przychodzi Ucieczka skazańca niż kultowe dzieło z Anne Wiazemsky w roli głównej, po które tak chętnie sięgano, kiedy Polaka nagrodzono w Cannes. Śmiem jednak twierdzić, że ptasia biografia nie pełni tu wyłącznie funkcji metafory ludzkich niesnasek. Opowieść o niosce otwiera bowiem znacznie szersze pole interpretacji.
Skoro węgiersko-grecka koprodukcja posłużyła za pretekst do naszkicowania dość naskórkowej panoramy tendencji związanych ze zwrotem zwierzęcym w kulturze filmowej, warto podjąć również wątek zdolności medium do zapośredniczenia nieludzkich metod komunikacji. W przeciwieństwie do chociażby Pepe, hipopotamiej odysei Nelsona Carlosa De Los Santosa Ariasa, Pálfi nie czyni samego języka przedmiotem namysłu. Zarówno kurę, jak i kierowcę ciężarówki, wiejskiego szmuglera czy nieszczęśliwą kelnerkę portretuje za pomocą tego samego repertuaru środków filmowych. Nie wychodzi poza bezpieczne ramy stylu zerowego.
I chyba dlatego tak łatwo widzowi sympatyzować z opierzonym dwunogiem, który raz czmychnie lisowi między kołami pędzących samochodów, a innym razem, wykazując się sprytem, schowa potomstwo z dala od piekła rozgrzanej patelni. Najsmutniejsza okazuje się historia przemytu imigrantów, którym dopływ tlenu zablokował kuper bohaterki. Sekwencja ich niedoszłego wyklucia na ziemi obiecanej kończy się banalnym pogrzebem. Przypalony ptak zostaje złożony do wspólnej mogiły ze zwęglonymi szczątkami uchodźców. To jeden z nielicznych momentów, w których film rzeczywiście zbliża się do Derridiańskiej idei współdzielenia skończoności przez ludzi i zwierzęta.
Motyw inkubacji, podobnie jak cykl śmierci i narodzin, spaja film od pierwszego do ostatniego ujęcia. Nieprzypadkowo zostaje zasygnalizowany już w sekwencji otwierającej, w serii statycznych obrazów, pokazujących przemysłowe zaplecze branży drobiarskiej – peregrynacja jajeczka po kolejnych stacjach fabryki (niedoścignionym wzorem pozostaje Pedro Portabella). Na tle tak mechanicznej regulacji życia łatwo zidentyfikować anomalię, niepasujący kolorystycznie egzemplarz, po prostu – inność. Ona przyczyni się do tego, że na placu boju, po wielu trudach, ostanie się tylko osobliwa kwoka.
Finał, ukazujący świat bez człowieka na horyzoncie, pozwala wreszcie odetchnąć. Jest w nim coś wyzwalającego i niosącego nadzieję. Nie posądzam natomiast Pálfiego o radykalnie antyhumanistyczną postawę, jaką podobne rozwiązanie mogłoby sugerować. Dostrzegam w jego geście chęć opowiedzenia uniwersalnej przypowieści. A czy jest coś etycznie wątpliwego zarówno w zestawieniu syryjskich poszukiwaczy azylu ze zwierzętami hodowlanymi, jak i w projektowaniu ludzkiej niedoli na wizerunek tych drugich? Może. Ale źródeł tej metafory należałoby szukać już u Diogenesa. W końcu akcja ma miejsce w Grecji.
Kura
Tytuł oryginalny: Kota
Rok: 2025
Kraj produkcji: Grecja, Niemcy, Węgry
Reżyseria: György Pálfi
Występują: Yannis Kokiasmenos, Maria Diakopanayotou, Argyris Pandazaras i inni
Dystrybucja: Aurora Films
Ocena: 3/5