Śmiertelne orgazmy i pożądanie końca – o „Kronice wypadków miłosnych” (1986) – WAJDA: re-wizje

Po ekstazie karnawału Solidarności, której Andrzej Wajda dał upust w Człowieku z żelaza, losy filmowca stały się rozhulane niczym barka na oceanie niezdolna do utrzymania się na powierzchni, a co dopiero obrania stabilnego kursu. Tworzyć będzie na Zachodzie – we Francji (Danton, Biesy) i RFN (Miłość w Niemczech), w Polsce za dekadę polegnie wraz z Korczakiem, a po premierze Psów Pasikowskiego wypowie pamiętne słowa o niezrozumieniu kinowej publiczności. Między wybuchem stanu wojennego, a transformacją ustrojową Wajda w ojczyźnie zrealizował tylko jeden film – Kronikę wypadków miłosnych. Rzecz niby o młodej miłości, transponująca na realia drugiej Rzeczypospolitej szekspirowskiego Romea i Julię, lecz tak naprawdę opowieść o łaknieniu śmierci i świadomości końca czasów. Nieco zapomniany dziś obraz – przywływany głównie w związku z kontrowersją związaną z młodym wiekiem, wcielającej się w główną rolę, Pauliny Młynarskiej – w sierpniu można obejrzeć na ekranach kin w całym kraju za sprawą przeglądu Wajda. RE:wizje.

W literackim pierwowzorze Tadeusz Konwicki cofał się do reminiscencji własnej młodości, odmalowując przed czytelnikiem dygresyjną panoramę wspomnień, fantazji i wyobrażeń o minionych dniach i świecie bezwzględnie zlikwidowanym wojenną zawieruchą. Mieszał porządki czasowe i gatunkowe między romantyczną powiastką „rekreacyjno-smętkową” stworzoną „dla przyjemności czytelników i mojej”, jak sam mówił po latach, a napędzanym wojennymi wspomnieniami i gazetowymi wycinkami historycznym reportażem.* Może przez ten natłok własnej tożsamości, pamięci i prywatnych imaginacji Tadeusz Konwicki zdecydował się na osobiste przełożenie własnej książki na język kina, akt niezwykle rzadki w jego karierze.

To co personalne z fikcyjnym, a literackie z filmowym zostaje tu połączone, ostatecznie i w sposób pozbawiający złudzeń, poprzez obsadzenie w roli tajemniczego Nieznajomego, eterycznej istoty świadomej wszystkich przyszłych i przeszłych wydarzeń, samego Konwickiego. Wyrocznia, szekspirowska wiedźma tudzież sam Bóg Stwórca – wszak sam autor, przewiduje powracającemu do domu Witkowi rychłą śmierć albo inną formę uwięzienia na wieczność: w momencie, w ostatnich dniach pomaturalnego lata na podwileńskiej prowincji. Ubrany współcześnie wieszcz rozrzuca okruchy przyszłości w życiu bohaterów, kierując uwagę ich i widza ku znakom, jednocześnie będąc swoistą reprezentacją tego ostatniego – jednostki świadomej kontekstu tych upalnych momentów. Co i rusz włażący w kadr ułani. Piechociarze spacerujący z KM-ami i montujący umocnienia. Ulice, przez które przelewają się falami i wypełniają każdą dostępną przestrzeń Żydzi, dla losów Witka i jego ukochanej Aliny całkowicie nieistotni, lecz wszechobecni nie tylko przez sam fakt bycia elementem świata, co jako podkreślenie faktu, że już za chwilę przestaną nim być. Trzech kumpli z liceum – Polak, Niemiec i Rusin coraz bardziej się od siebie oddalający i coraz mniej pojmujący wzajemne myśli oraz działania. Znaki jutra, dla tych żyjących przedwczoraj.

Andrzej Wajda i Tadeusz Konwicki urodzili się w tym samym roku, w odległości ledwie dwustu kilometrów od siebie. Obaj zostali straumatyzowani wojną, należeli do Armii Krajowej i – co w tym przypadku najważniejsze – musieli opuścić na zawsze rodzinną ziemię. W Kronice wypadków miłosnych oglądamy niespełnioną, bo niemożliwą, próbę wskrzeszenia na ekranie kraju lat dziecinnych. Nawet gdyby władze kinematografii zgodziły się, by ekipa filmowa kręciła w faktycznej Kolonii Wileńskiej, a nie musiała sklejać jej symulakrum z Warszawy, Przemyśla, Kazimierza czy Drohiczyna, dziecinny świat Wajdy i Konwickiego w równiej mierze składał się jednak z nieistnienia – efektu wojennej apokalipsy, jak i nieistnienia charakterystytcznego dla powidoków pamięci. W produkcji by powołać do życia fantazmat sięgnięto więc do filmowej i malarskiej symboliki – od Lotnej czy Panien z Wilka po Sanatorium pod Klepsydrą lub Dolinę Issy – Wajda remiksuje i cytuje składając hołd minionemu światu poprzez już wypowiedziane słowa. Poetycką nierzeczywistość w znakomity sposób podkreślają tu wybitne zdjęcia Edwarda Kłosińskiego. Od podwójnych planów tworzonych przy wykorzystaniu luster i okiennych szyb, przez pastelowe barwy dominowane po wręcz jaskrawe biele, promieniujące swoim blaskiem na otoczenie.

Zamiast miejsca, które było sercem powieści, w filmowej adaptacji tematem i jądrem staje się moment, chwila tuż przed nadejściem końca. Scenariusz ucina konteksty, powody i genezy pozostawiając tylko przeklęte tu i teraz – sielankę do cna przesiąkniętą niepokojem. Dni zlewają się w jeden ciąg, dat – poza informacją o roku pańskim 1939 – nie uświadczymy, tygodnie mijają jak mgnienie, a minuty trwają godzinami. Nieuniknionego i gwałtownego kresu tej rzeczywistości świadom jest widz, ale – jak się zdaje – także bohaterowie. Pragnienie ucieczki w ciepłe objęcia śmierci to jedyny uniwersał klasowo, religijnie i etnicznie podzielonego kraju. Schorowany staruszek, powabna licealistka z zamożnego domu, uzależniona od narkotyków trzydziestoparolatka, nieśmiała córka pastora czy w końcu przygnieciony oczekiwaniami matki maturzysta pół-sierota – wszyscy łączą się w świadomości i nadziei ostateczności lata, żadne z nich nie zakłada ujrzeć jesieni.

Wszystkie ich ucieczki są przy tym niezwykle performatywne, żałosne i przyrodzenie niespełnione, jakby bogowie tego świata stroili sobie z maluczkich żarty. Młot pastiszu i parodii w finale uderza parę głównych kochanków, których ostatnie chwile jawią się jako oręż uderzający we wszelkie egzaltowane romanse – uniemożliwiając widzowi po seansie spojrzenie bez śmiechu na Zimną wojnę Pawlikowskiego – lecz obrywają nim wszystkie postaci. Eskapizm w używki kończy się ich zniknięciem, we flirt – nieporadnością partnera, w uczucia – niespełnieniem, a w seks – śmiercią. Możliwe jest tylko świadome czekanie zagłady w takt tanga samobójców, czyli „Tej ostatniej niedzieli” Mieczysława Fogga.

Czy w 1985 roku, gdy Kronika wypadków miłosnych wchodziła na ekrany, Wajda czuł już odchodzenie systemu, świata i kraju, który rozumiał i w którym potrafił tworzyć swoją sztukę? Czy po stanie wojennym czuł już, że staje się głosem wczoraj, który może jedynie mówić o przedwczoraj? Chociaż przez kolejne dwie i pół dekady twórca zrealizuje jeszcze czternaście filmów, a niektóre z nich znajdą nawet pojedynczych zwolenników, już nigdy nie stworzy opowieści tak żywej, samoświadomej i zdolnej do przełamywania pokoleniowych barier. Dość powiedzieć, że szukając w polskim kinie kontynuacji takiej humanistycznej a przy tym magicznej rzeczywistości spojrzeć musimy na kooperatywę duetu Kieślowski-Piesiewicz, w szczególności Podwójne życie Weroniki – bohaterka Irene Jacob niewątpliwie odnalazłaby wspólny język z Aliną i Witkiem.

Marcin Prymas
Marcin Prymas
* S. Wysłouch, Kronika wypadków miłosnych wcale się nie zestarzała, „Polonistyka. Innowacje” 2015, nr 1, s. 70–79.