Szperając rokrocznie w programie festiwalu w Rotterdamie, wypatruję tytułów, które mogłyby w przyszłości wzbudzić zainteresowanie nowohoryzontowych kuratorek. Tym razem kinofilski peryskop wychwycił wulkaniczną odyseję Carlosa Casasa, hiszpańsko-brytyjsko-polską koprodukcję. Twórczość autora Cmentarzyska, prezentowanego przed laty we Wrocławiu, konsekwentnie porusza się na pograniczu narracji, antropologicznego namysłu i metafizycznego eksperymentu, co czyni go łakomym kąskiem dla zagorzałych fanów tzw. „lostów”.
Już sama zapowiedź historii młodego rybaka żyjącego na bambusowej platformie u wybrzeży Krakatau, którego codzienność przerywa gwałtowna erupcja i towarzyszące jej tsunami, sugerowała opowieść sytuującą człowieka w cieniu potęgi natury. Skala projektu wykracza natomiast poza ramy pojedynczej projekcji. W Holandii pokazowi towarzyszy instalacja, poszerzająca przestrzenny i zmysłowy wymiar doświadczenia, a poza obiegiem festiwalowym całość rozwija się jako rozleglejszy projekt artystyczny. Obejmuje on album muzyczny Matière’a Mémoire’a, archiwalia wydane na DVD przez Von Archives oraz książkę opublikowaną nakładem Map Productions. Nie jest to więc pojedynczy artefakt, lecz rozpisana na różne media kolekcja, co pozostaje znamienne wobec wrzącego i zmiennokształtnego charakteru katastrofy, którą próbuje uchwycić.
Po seansie dostrzegam wyraźnie, że wstępne intuicje domagają się korekty. Nie chodzi tu o rekonstrukcję kataklizmu ani o historyczne przebudzenie kolosa w 1883 roku, lecz o medytację nad trwaniem i rozpadem, nad ciałem poddanym działaniu żywiołów i nad krajobrazem, który w warstwie plastycznej przechodzi od figuratywnej przestrzeni codzienności ku abstrakcyjnemu oceanowi pęknięć i wyłomów. Sielska panorama archipelagu ustępuje miejsca szczątkowemu kalejdoskopowi detali. Na tle innych przedstawicieli „nurtu wulkanicznego” Casasowi bliżej chyba do islandzkich reminiscencji Chrisa Markera niż do spektakularnych, zanurzonych w lawie pocztówek Maurice’a i Katii Krafftów lub Harouna Tazieffa. A może po prostu sytuuje się gdzieś pomiędzy – jak się tak zastanowić, to całkiem interesujący i różnorodny wycinek kina. Tego ostatniego warto zresztą „odkurzyć” nie tylko z uwagi na polskie korzenie. Pozostawił audiowizualne dzienniki, które docenił sam Godard, umieszczając Les Rendez-vous du diable na swoim osobistym podium w 1959 roku.
Choć punktem wyjścia Krakatoa jest cielesne doświadczenie wybuchu, stawką okazuje się coś więcej niż rejestracja przyrodniczego ekstremum. Twórcze przepisanie najgłośniejszego dźwięku, jaki miał rozbrzmieć na Ziemi, prowadzi ku sferze duchowej przemiany. Współodpowiedzialny za ten wymiar Nicolas Becker, nagrodzony Oscarem za Sound of Metal, buduje pejzaż akustyczny, w którym drganie staje się medium przejścia. Pajęczyna rezonuje zatem jak organiczna membrana, przechwytując mikrowibracje świata, natomiast krystaliczne wnętrza jaskiń układają się w hipnotyczną scenografię zejścia w głąb planety i świadomości. Historyczne świadectwa wspominają o gazach, które zmieniały barwę księżyca, rozszerzając zasięg katastrofy poza ziemski horyzont. Tutaj ten kosmiczny rezonans powraca jako doświadczenie wewnętrzne.
Całość operuje szeregiem kontrastujących motywów, które znajdują pojednanie w psychodelicznych oparach siarki. Wystarczy przywołać zestawienie buchającego czerwienią krateru z rytmicznym ucieraniem papryki w kamiennym moździerzu. Drenaż krwawiącej skały. Geologiczna salsa. Śmiercionośna magma prowokuje zarazem doświadczenie pareidolii. W jej nabrzmiałych, pulsujących formach wyłaniają się zarysy ludzkich kształtów, podkreślając splątanie tego, co organiczne i mineralne. Posthumanistyczny rys jest wyczuwalny, ale nie przybiera formy manifestu. Zamiast wykładu dostajemy epifaniczną kineschatologię. Krakatau. Krakatoa. Krakatoi, toi, toi…
Krakatoa
Rok: 2026
Kraj produkcji: Hiszpania, Wielka Brytania, Polska, Francja
Reżyseria: Carlos Casas
Ocena: 3,5/5