Putting Holes in Happiness – recenzja filmu „Kopnęłabym cię, gdybym mogła”

Budzisz się w zrujnowanym pokoju hotelowym, próbujesz włączyć światło i rzucasz wirtualnymi kośćmi. Wypada krytyczne pudło. Dostajesz zawału serca od nagłego błysku żarówki, a ekran bezlitośnie obwieszcza koniec gry. Estońskie arcydzieło Disco Elysium zrewolucjonizowało gamingową narrację o ludzkim upadku, udowadniając, że człowieka wypranego z resztek psychicznej odporności potrafi zabić niewygodne krzesło, zgubiony krawat albo przeciekający kran. Mary Bronstein w Kopnęłabym cię, gdybym mogła przeszczepia tę mechanikę krytycznej porażki prosto w realia amerykańskiego macierzyństwa. Reżyserka odziera cierpienie z metafizycznego sensu, wrzucając widza w sam środek codziennego paraliżu. Pozbawiona pancerza ochronnego bohaterka oblewa każdy kolejny rzut kością na siłę woli.

Oryginalny tytuł filmu (If I Had Legs I’d Kick You) idealnie oddaje stan Lindy. Fraza krzyczy o bezsilności i stłumionym buncie. Poznajemy bohaterkę (świetna, oscylująca na granicy obłędu Rose Byrne) w momencie życiowego bankructwa. Kobieta na co dzień pracuje jako psychoterapeutka, jednak paradoksalnie sama gubi okruchy wewnętrznej struktury. Próbuje łatać cudze umysły, podczas gdy gigantyczna wyrwa w suficie z impetem zalewa jej własne mieszkanie. Roszczeniowi pacjenci wysysają z niej resztki tlenu, a przewlekle chora córka wymaga nieustannej obsługi. Krótko mówiąc: trudne się wylosowało.

Przytłoczona nadmiarem ról Linda przypomina plastelinę, co celnie punktuje jej córka, zestawiając matkę z ojcem – niezachwianym monolitem. Bohaterka odkształca się pod każdym naciskiem, traci kontury i bezgłośnie zapada w sobie. Brakuje jej fundamentu do udźwignięcia tego ciężaru, dlatego desperacko ucieka w żałosny, prozaiczny rytuał – samotne sączenie taniego wina pod motelem, by po prostu znieczulić przeciążony układ nerwowy.

Konstrukcja Kopnęłabym cię, gdybym mogła przypomina koszmar senny. Bronstein wkracza tu na to samo pole minowe skrajnie introspektywnej neurozy co Ari Aster w Bo się boi, zamykając widza w świecie utkanym z najgłębszych lęków protagonistki. O ile jednak u Astera ten rodzaj podskórnego oniryzmu – utrzymujący pozory realizmu przy jednoczesnym ukazywaniu pęknięć w strukturze świata – wybrzmiewał dla mnie tylko połowicznie, o tyle Bronstein bezbłędnie trafia w ton, który uwielbiam u Charliego Kaufmana czy ostatnio u Bertranda Bonello w Bestii. Reżyserka odrzuca efekciarski surrealizm na rzecz dusznej rzeczywistości, kotwicząc oniryczny rozpad w codzienności. 

Radykalna subiektywizacja narracji tłumaczy miałkość drugiego planu, który został całkowicie odarty z psychologicznej głębi. Zrezygnowany terapeuta z twarzą Conana O’Briena, dokuczliwa pacjentka czy złośliwa recepcjonistka przestają być pełnoprawnymi bohaterami. Stają się wyłącznie soczewkami skupiającymi wyparte pragnienia i lęki kobiety. Twórczyni bezlitośnie ucina kadr, spychając samą chorą, bezimienną córkę poza pole widzenia. Podobny los spotyka męża Lindy, który przez niemal cały film pozostaje wyłącznie bezcielesnym głosem w słuchawce telefonu. Najbliżsi stają się gadającymi widmami.

Gigantyczna dziura w suficie kradnie motyw z azjatyckich arcydzieł Tsai Ming-lianga, obnażając kruchość sztucznie podtrzymywanego porządku. W Dziurze tajwański reżyser topił samotność blokowisk w niekończącej się ulewie, powoli rozpuszczającej betonowe ściany. Reżyserka przeszczepia to na grunt amerykańskiej neurozy. Usterka szybko ewoluuje z hydraulicznej awarii w pulsującą wyrwę w świadomości – mroczny śmietnik umysłu generującego wirujący pył. Zbutwiały tynk pękającego sufitu niepokojąco rymuje się z fizjologicznym dramatem ukrytym pod koszulą dziecka. Bronstein długo trzyma body horror w sferze niedopowiedzeń, kamera rejestruje przede wszystkim medyczny rynsztunek, do którego dziewczynka podłączana jest każdej nocy. Lekarskie ultimatum brzmi niczym bezduszny wyrok: waga musi bezwzględnie pójść w górę, by można było usunąć sondę, a sztuczny otwór mógł wreszcie zarosnąć. Ciało staje się zakładnikiem parametrów, popychając narrację w rejony cronenbergowskiej estetyki, w której Linda musi obsługiwać maszynerię w prowizorycznych motelowych warunkach.

Oskarżanie filmu o antynatalizm zdradza lęk przed metaforą. Bronstein nie demonizuje macierzyństwa. Pokazuje, co dzieje się z podmiotem, gdy zostaje zredukowany do funkcji opiekuńczej. To nie latorośl jest tu zagrożeniem, a system, w którym ciało i psychika muszą spełniać emocjonalną i społeczną normę wydajności. Kiedy Linda wyznaje terapeucie, że prawdopodobnie poddała aborcji niewłaściwe dziecko, albo gdy dopuszcza do głosu fantazje o dzieciobójstwie, to wyłącznie majaki skrajnie wyczerpanego umysłu. Kobieta wypluwa z siebie zakazane kulturowo myśli pod wpływem utraty kontroli, jednak finałowa scena weryfikuje powierzchowne oskarżenia o cynizm. Linda wreszcie dostrzega w córce drugiego człowieka, przebijając się przez mur własnej neurozy. To egzystencjalne zwycięstwo następuje jednak nieco zbyt gwałtownie, a finał wybrzmiewa tak nagle, że trudno w pełni nasycić się tym kruchym momentem.

Szybko przyklejono reżyserce łatkę naśladowczyni braci Safdie, szukając powiązań przez jej małżeństwo z ich stałym współpracownikiem, Ronaldem Bronsteinem, oraz fakt, że sam Josh Safdie jest producentem filmu. Obraz faktycznie osacza widza, serwując niekończący się atak paniki, ale z pozycji suwerennej, autorskiej wizji. Twórczyni zderza smoliście czarną komedię z rasowym horrorem i dramatem egzystencjalnym. Film Bronstein zmusza do spojrzenia w otchłań, by poszukać sensu w otaczającym chaosie. W tej rozgrywce nie da się wczytać poprzedniego zapisu. Musisz grać dalej, znosząc kolejne tury z krytycznie niskim poziomem punktów zdrowia.

Grzegorz Narożny
Grzegorz Narożny

Kopnęłabym cię, gdybym mogła


Tytuł oryginalny: If I Had Legs I’d Kick You

Rok: 2025

Kraj produkcji: USA

Reżyseria: Mary Bronstein

Występują: Rose Byrne, Connan O’Brien, Danielle Macdonald, A$AP Rocky i inni

Dystrybucja: Best Film

Ocena: 4/5

4/5