Po epizodzie w Los Angeles wracamy do Michigan, gdzie poznajemy Grega (Ewan McGregor) i Denise (Anne Hathaway). Ten pierwszy to dostawca pizzy, szukający szczęścia w alkoholu, skakaniu w workach z dzieciakami i rozpalaniu grilla. Mężczyzna jest chodzącą definicją ciepłych kluch – na nikogo nie krzyknie, próbuje zracjonalizować każde zachowanie swoich bliskich, w sytuacji kryzysowej spróbuje znaleźć rozwiązanie, które satysfakcjonuje wszystkich. Na przeciwnym biegunie stoi żona, niedoszła pisarka, jednak uwięziona w roli narzuconej przez epokę: w czasach Reagana lepiej jak kobiety robiły obiad, nie książki. Tak jak w poprzednich produkcjach Mitchella, niepokój rodzi pozornie mało znacząca rzecz – tym razem to roślina, która wyrosła na podwórku jednej z ich sąsiadek. Ów gatunek, zidentyfikowany przez bibliotekarkę jako wymarły miliony lat temu, rozpocznie spektakl niepokojących sygnałów i bliskich spotkań trzeciego stopnia z zewnętrznym zagrożeniem.
Motywem przewodnim, powracającym w każdym filmie Mitchella, są przedmieścia jako krajobraz, którego znajomość i bezpieczeństwo nieustannie podważają niezwykłe zdarzenia. Sam tytuł już sugeruje koniec – twórca ironicznie zapowiada apokalipsę na terytorium rządzonym przez pikniki, grille czy beztroską jazdę na rowerze. Oak Street (czy z polskiego tytułu ulica Dębowa) to chociażby zgrabne nawiązanie do miejsca akcji horrorów Wesa Cravena, gdzie dziecięca idylla została zniszczona przez nikczemnego potwora ze snów. I zanim pojawi się pierwszy dinozaur, to pęknięcia już widać w rodzinie Plattów: małżeństwo na skraju załamania czy córka świadoma, że nie stać jej na studia na Cornellu. Reaganowski mit silnej, samowystarczalnej rodziny, pielęgnowany przez politykę deregulacji i triumfalizmu gospodarczego, w filmie Mitchella okazuje się równie kruchy niczym figurka na półce, rozbijający się na kawałki przez niekontrolowane siły pod postacią dinozaurów.
Jerzy Płażewski opisując Kino Nowej Przygody zwracał uwagę na widowiskowość, familijność, wartkość akcji oraz intertekstualną grę aluzjami do innych filmów. Mitchell składa temu nurtowi hołd: mamy zaburzoną amerykańską sielankę, tajemnicę spadającą z nieba oraz rodzinę zjednoczoną w obliczu zagrożenia. Jednak reżyser używając mechanik zapoczątkowanych przez Spielberga, sam poniekąd je rewiduje oraz krytykuje. U twórcy Parku Jurajskiego krajobraz przedmieść zazwyczaj stanowi próg między tym, co zwyczajne, a tym, co fantastyczne. Wersja Mitchella jest okrutniejsza – idylliczny świat został stworzony po to, żeby go brutalnie zakłócić. Przedmieścia, w kinie lat 80. uznane za oazę spokoju, stają się bezużyteczne, gdy wprowadzi się śmiertelne zagrożenie. Postacie Denise i Grega to rewizja ról płciowych z nurtu opisywanego przez Płażewskiego. Co istotne: Koniec ulicy Dębowej nie jest bezrefleksyjnym pastiszem. Patrząc z perspektywy człowieka dorastającego w epoce i tworząc jako spadkobierca filmów np. Spielberga, wybiera jednak świeże spojrzenie na to, jak popkultura konstruuje wspomnienia o czasach, których większość widzów nie doświadczyła bezpośrednio.
Koniec ulicy Dębowej to też the best of kariery Mitchella, przeniesione do dużego studia ze zdecydowanie większym budżetem. Znajdziemy długie, nieprzerwane ujęcia kamery, które sprawiają, że samo odkrywanie przestrzeni staje się źródłem napięcia. Często pojawią się panoramiczne kadry, gdzie badamy okolicę i czujemy pewien niepokój, czy zwierzę nie wyjdzie zza winkla. Dużo usłyszymy quirky humoru, a żarty z kupy i seksu wychodząi jak najśmieszniejsze skecze. Role dzieciaków grają młodzi naturszczycy, pojawia się anachronizm czasowy oraz poniekąd zmniejszone tempo akcji względem podobnych tego typu blockbusterów. Disasterpeace, kompozytor dwóch ostatnich obrazów reżysera, specjalizujący się w zabawie syntezatorami i naśladowaniu ścieżek dźwiękowych z produkcji Johna Carpentera, został zastąpiony Michaelem Giacchino. Jego orkiestrowa, imitująca Zimmera i Williamsa ścieżka wydaje się całkowitą zmianą nastroju. Jednak w kontekście Mitchella to naturalna kolej rzeczy, ponieważ muzyka podąża za gatunkiem, który cytuje i zarazem świadomie obśmiewa lub krytykuje, oczywiście z klasą.
Nie mogę przestać się uśmiechać, gdy pomyślę sobie o najnowszym projekcie Davida Roberta Mitchella. To mój ulubiony blockbuster tego lata – nie ma napinki na widowisko jak Nolan w swojej Odysei, a opowieść o dojrzewaniu idzie w ciekawsze rejony niż najnowszy Spider-Man. Koniec ulicy Dębowej to idealny letniaczek, który pod płaszczem quirky humoru, dinozaurów, hołdu w kierunku Nowej Przygody, mówi o tym jak niewiele trzeba, żeby porządek świata rozpadł się w ciągu jednej nocy oraz uczy doceniać drugie szanse i piękne rzeczy, zanim straci się je bezpowrotnie. To również dobitny dowód na to, że wielka skala nie musi oznaczać rezygnacji z autorskości, a w ramach familijnego widowiska, że można przemycić głębsze przemyślenia w temacie natury czasu i pamięci.
Koniec ulicy Dębowej
Tytuł oryginalny: The End of Oak Street
Rok: 2026
Kraj produkcji: USA
Reżyseria: David Robert MItchell
Występują: Anne Hathaway, Ewan McGregor, Jordan Alexa Davis, Maisy Stella
Dystrybucja: Warner Bros
Ocena: 4/5