Został wygwizdany w trakcie canneńskiej premiery, a krytyka Richarda Kelly’ego zrównała z błotem. Dostało się za długi metraż, fabularny chaos, dziwne decyzje castingowe czy fakt, że Amerykanin pokazał niedokończony film. Opinie zraziły dystrybutorów, przez co trafił do kilkudziesięciu kin na całym świecie w 2007 i zarobił 2% z 17-milionowego budżetu. Jednak Koniec świata stał się proroczą satyrą, bo niestety wiele elementów, przed którymi nas ostrzegał, dokonało się w ostatnich latach.
Fabuła przypomina nieco sałatkę jarzynową na świątecznym stole. Czego tutaj nie mamy? Wszystko zaczyna się od prezentacji ataku nuklearnego, który doprowadza do III wojny światowej i wprowadzenia programu USIDent, monitorującego działania obywateli przez rząd. W tle złowieszczy Baron von Westphalen (Wallace Shawn) wykorzystuje kryzys energetyczny i tworzy swój substytut paliwa generujący u konsumentów halucynacje oraz stany paranoiczne. W centrum tej ontologicznej rozsypki znajduje się dotknięty amnezją protagonista kina akcji, Boxer Santaros (Dwayne Johnson). Bohater w wyniku traumy utracił pamięć o swojej rodzinie, w tym o córce republikańskiego kandydata na wiceprezydenta, nawiązując w zamian relację z Krystą Now (Sarah Michelle Gellar). Ich wspólnym celem staje się stworzenie The Power, scenariusza tytułowego końca świata.
Próbując zdefiniować, czym może być „kwasowa narracja w kinie”, zaczerpnąłbym na pewno z elementów zawartych w Końcu świata. Znajdziemy tutaj mnożenie postaci i wątków, teorii spiskowych, intertekstualne odniesienia, które programowo odmawiają syntezy w koherentną całość. W kwasowej narracji istnieje również wyraźna potrzeba stałego obrazowania wyraźnych sprzeczności oraz dezorientacji. Przykład owego chaosu to komentarze z offu pełne cytatów biblijnych, zestawione z paskami informacyjnymi CNN i transmisjami systemów monitoringu. Innym takim emblematycznym momentem jest oniryczna sekwencja z udziałem Justina Timberlake’a, wywołana przez fluid karmę Barona von Westphalena, gdzie postać śpiewa outro utworu „All These Things That I’ve Done” grupy The Killers w otoczeniu pielęgniarek. Sam narkotyk, zacierający dystynkcję między faktem a konfabulacją, stanowi autotematyczny ekwiwalent doświadczenia percepcyjnego towarzyszącego projekcji.
W tych halucynogennych wizjach twórca Donniego Darko poddaje totalnej dekonstrukcji erę Busha, traumę po 11 września oraz ideologię wojny z terroryzmem. Kelly w konwencji czarnej komedii piętnuje Patriot Act, praktyki w Guantanamo oraz erozję swobód obywatelskich kamuflowaną retoryką patriotyczną. Politycy republikańscy są w tym ujęciu potworami nie ze względu na czyste metafizyczne zło, lecz przez swoją skrajną banalność. To biurokraci imperium, rozleniwieni i zasiedzeni w fotelach władzy. Równocześnie ruchy oporu jawią się jako formacje dysfunkcyjne, kierujące się resentymentem i preferujące performatywne gesty zamiast realnej rewolucji, co stanowi trafną diagnozę kondycji współczesnych demokratów. Taka optyka stanowi czytelne nawiązanie do Doktora Strangelove’a, w którym każda figura polityczna była w oczach Kubricka błaznem, a ostateczna katastrofa nastąpiła nie przez złą wolę, lecz wskutek kaskadowej bezmyślności systemów biurokratycznych. W podobny sposób rzeczywistość usiłował sportretować Ari Aster, jednak jego próba replikacji kwasowej narracji w Eddington doprowadziła do konkluzji znacznie mniej odkrywczych niż te, które Kelly sformułował dwie dekady wcześniej.
Reżyser sam opisywał swój projekt jako „dziwną hybrydę Andy’ego Warhola i Philipa K. Dicka”. Wpływ tego drugiego jest wszechobecny: postać Rolanda Tavernera dzieli nazwisko z bohaterem powieści Płyńcie łzy moje, rzekł policjant. Eksploracja motywów sobowtóra, tożsamościowej fragmentacji, symulakrów rzeczywistości oraz autorytarnego nadzoru to immanentne cechy dickowskiego uniwersum. Na przeciwległym biegunie sytuuje się warholowska fascynacja kampem: klub Jenny z awangardowymi performensami oraz gromadzącą się tam celebrycką śmietanką stanowi bezpośrednią aluzję do Factory. Sposób, w jaki film traktuje sławę jako formę jałowego spektaklu odzierającego jednostkę z podmiotowości, a także świadoma eksploatacja kiczu i obsadzenie ikon ówczesnej popkultury, takich jak The Rock czy Justin Timberlake, koresponduje z filozofią zmarłego w latach osiemdziesiątych artysty.
W warstwie formalnej Richard Kelly postawił na swoją wersję Subway Surfers – przez użycie pasków informacyjnych oraz narratora z offu z głosem Justina Timberlake’a. Ten model, zapożyczony z agresywnej estetyki telewizyjnej, generuje symultaniczny strumień danych, który często komplikuje lub ironizuje główną oś akcji, przez co widownia zostaje wystawiona na paralelną transmisję informacji. Dwadzieścia lat później na Oscarach Conan O’Brien pokazał dla żartu fragment starej produkcji z wmontowaną wyżej przytoczoną grą, strasząc przed multiplikacją bodźców w trakcie oglądania filmu. Kelly już w 2006, przed TikTokiem i rolkami z Instagrama, ostrzegał ludzkość przed zwielokrotnieniem sygnałów, prowadzącym do zaburzenia percepcji rzeczywistości.
Zaangażowanie Moby’ego w warstwę audialną zasługuje na uznanie. Jego minimalistyczny styl i pojawiające się co jakiś czas ambienty stoją w opozycji do użytych w produkcji piosenek The Killers, Blur, Muse czy Louisa Armstronga. Podbijają profetyczne i apokaliptyczne motywy historii i budują atmosferę trwałego niepokoju. Kelly cytuje też partytury Wendy Carlos z Mechanicznej pomarańczy, a sam Koniec świata pochyla się również jak dzieło Kubricka nad przemocą państwową, behawioralną kontrolą, estetyzacją okrucieństwa oraz jego fetyszyzacją przez społeczeństwo.
Oglądanie Końca świata współcześnie, niemal dwie dekady po kinowej premierze, jest w pewnym stopniu spojrzeniem przez okno na otaczającą rzeczywistość. Aparat inwigilacji zmienił sposób działania i przykładowo podrzuca stale targetowane w nas reklamy. Politycy-celebryci istnieją na porządku dziennym i zostają wybierani przez społeczeństwo na najważniejsze stanowiska w państwach. Infotainment pochłonął jakościowe dziennikarstwo, ponieważ liczy się zasięg, kontrowersja i przeciętność. Dwadzieścia lat temu podobne diagnozy traktowano z przymrużeniem oka, obecnie raczej żadna z tych obserwacji nas nie zaskakuje. Arcydzieło Kelly’ego pokazało, że te zmiany obecnie postępujące, były tak naprawdę wpisane w strukturę systemu i łatwe do przewidzenia w 2006 roku.
Sam świat nie skończy się hukiem, świstem kuli czy krzykiem, tylko przez uścisk dłoni ludzi z większą siłą przebicia, a my niczym Justin Timberlake: naznaczeni bliznami ich wyborów będziemy obserwować jak płoniemy.
Koniec świata
Tytuł oryginalny: Southland Tales
Rok: 2006
Kraj produkcji: USA
Reżyseria: Richard Kelly
Występują: The Rock, Seann William Scott, Sarah Michelle Gellar, Justin Timberlake, Kevin Smith, Amy Poehler