When we start the revolution, all they probably do is snitch – recenzja filmu „Judasz i Czarny Mesjasz”

When we start the revolution, all they probably do is snitch – recenzja filmu „Judasz i Czarny Mesjasz”

Górnolotne porównania w tytule, płomienne przemowy, trochę zapomniana historia męczeńskiej śmierci wielkiego aktywisty – czy Judasz i Czarny Mesjasz to kolejna Selma? Film powszechnie chwalony, hojnie obdarowywany przymiotnikami „ważny” i „potrzebny”, pojawiający się w pokłosiu kulminacji napięć społecznych rozpalających kraj, ze wszech miar poprawny rzemieślniczo, w sam raz na Black History Month… a jednak tak szybko ulatujący z pamięci, tak rzadko przywoływany w porównaniu do innych, bardziej prowokacyjnych i zmyślnych w konwencji filmów gatunkowych poruszających temat rasizmu. Czy film Shaki Kinga podzieli los obrazu Avy DuVernay?

Na pewno Judaszowi nie służy to, że jest zdecydowanie najbardziej zaniedbanym marketingowo tytułem z tegorocznej głównej stawki oscarowej. Polskie kina ominął w ogóle, zagrzewając miejsca tylko w tych domowych. Historia Billa O’Neala (LaKeith Stanfield), kreta FBI, który przyczynił się do zamordowania przewodniczącego chicagowskiej filii Czarnych Panter, Freda Hamptona (Daniel Kaluuya), to w rzeczywistości jeden z ciekawszych i bardziej imponujących obrazów tego osobliwego i mało spektakularnego sezonu nagród. Wyróżnia się chociażby już samym faktem bycia pierwszą tak kompetentnie zrealizowaną produkcją fabularną skupioną na działalności Czarnych Panter o jakimkolwiek potencjale komercyjnym (kto dziś pamięta o Panther Mario van Peeblesa?), do tego przypominającą o przemilczanych zbrodniach dokonanych w majestacie prawa przez FBI pod szefostwem J. Edgara Hoovera (tu Martin Sheen) w ramach akcji pod szyldem COINTELPRO.

Niezmiernie istotne było więc, by zaprezentować organizację i jej ideały w sposób wierny i nie budzący wątpliwości. Wielu widzów zapewne kojarzy Czarne Pantery z uzbrojonymi po zęby krzykaczami z Forresta Gumpa, którym było wszystko jedno, czy ktoś ich słucha, byle było głośno. Ewentualnie Pantery funkcjonują w szufladce luźnych skojarzeń – te wszystkie ruchy Black Power bardziej radykalne niż dobry doktor King, może ci od Malcolma X i Narodu Islamu, samozwańczy milicjanci nienawidzący białych, „te sprawy”. Tymczasem jednak, co film doskonale pokazuje, ruchy identyfikowane z ideologią czarnego nacjonalizmu nie były w żadnym wypadku monolitem, wiele z nich skrajnie różniło się od siebie strategią i wizją ostatecznego celu przyszłej rewolucji (choć akurat przedstawiona w filmie bojówka The Crowns jest scenariuszową fikcją, to burzliwy przebieg ich negocjacji z Panterami inspirowany jest prawdziwymi wydarzeniami). 

Partia Czarnych Panter nie identyfikowała się np. z ideami czarnego separatyzmu, dążeniami do zbudowania monokulturowego państwa (Black-only state). Członkowie Panter byli marksistami-leninistami, czasem z odchyłem maoistowskim (Hampton ochoczo parafrazuje tu przewodniczącego), którzy źródła ucisku w pierwszej kolejności doszukiwali się w funkcjonującym systemie gospodarczym, wraz ze zbrojnymi ramionami kapitału, policją i tajnymi służbami, a dopiero potem w białej supremacji. O ile wcześniejsze organizacje głosiły tezę, że wszystkich Afroamerykanów łączy doświadczenie opresji, stanowisko Czarnych Panter oponowało, że nie można tego powiedzieć choćby o zdrajcach klasowych w postaci czarnych kapitalistów, którzy otwarcie korzystają na systemie (nawet jeśli ich faktyczny udział w amerykańskim bogactwie był ledwie symboliczny). Organizacja solidaryzowała się również z innymi antydyskryminacyjnymi grupami (np. w ramach przedstawionej w filmie Rainbow Coalition Hamptona, w której współpracowali z Portorykańczykami i postępowymi białymi) i zwracała szczególną uwagę na problemy intersekcjonalne, choćby seksizmu wewnątrz czarnej społeczności (wymowna scena, w której Bill robi karne pompki za wlepianie oczu w towarzyszkę podczas wykładu).

Film Judasz i Czarny Mesjasz w bardzo precyzyjny i klarowny sposób komunikuje widzowi, że Czarne Pantery to nie żaden straszny terroryzm, a przede wszystkim działalność socjalna, praca u podstaw, serwowanie śniadań dzieciakom z osiedla, a arsenał broni palnej na zapleczu jest tam tylko do obrony koniecznej. Słowa takie jak „precyzja” czy „rzetelność” zresztą doskonale nadają się do opisania charakteru filmu, zarówno od strony scenariuszowej jak i czysto formalnej. Widz nigdy nie ma wątpliwości, co dana scena miała mu powiedzieć o bohaterach, polityce Czarnych Panter, czy hipokryzji agentów federalnych (postać grana przez Jessego Plemonsa służy za dość oczywistą szpilę w „symetrystów”, zrównujących Pantery z KKK), dlaczego tu padło cięcie, a ciepła i intymna scena rozmowy Freda z jego partnerką Deborah (Dominique Fishback) następuje po ścianie dźwięku z ogarniętego żarliwymi hasłami wiecu.

Film Shaki Kinga jest bardzo stylowy, wyraziste chłodne barwy świetnie współgrają w nim z mocno kontrastowym oświetleniem, a warstwa dźwiękowa pełna jest brawurowych, awangardowo-jazzujących pomysłów (nieregularne uderzenia perki, rozstrojony, pulsujący dźwięk przypominający stepowanie), ale równocześnie wręcz do bólu akademicki w swojej skrupulatności. Prezentuje głównie ścisłe fakty, jeśli jakieś wątki koloryzuje czy konsoliduje, to zawsze w granicach prawdopodobieństwa, umiejętnie wplatając materiały archiwalne (przede wszystkim ostatni wywiad z prawdziwym O’Nealem), czasem aż za bardzo czując potrzebę tłumaczenia się z każdego postawionego argumentu, co jest wyjątkowo rzadkie w fabularnych biografiach.

Próżno tu więc szukać elementu szaleństwa, typowo gatunkowej poetyki, choć przecież opowieść o działającym pod przykrywką agencie (do tego „z ulicy”, z zerowym doświadczeniem, do tej pory pozostającego apolitycznym), wydaje się idealnym materiałem na pasjonujący thriller. Niewiele tu jednak znajdziemy oczywistych scen wzmożonego napięcia, a jako że dla widza nie powinny być zagadką historyczne fakty i konkluzja opowieści, to nacisk pada przede wszystkim na „jak”, a nie „co”. Jedynymi momentami, gdy gatunkowy potencjał filmu wydaje się ujawniać, są sceny strzelanin z udziałem policji, budzące skojarzenia z klasycznym kinem gangsterskim. Obrazy nieumundurowanych płatnych zabójców, najlepiej uzbrojonych w „tommy guny”, prochowce i kaszkiety, są szczególnie sugestywne, a przecież nie tak dalekie od prawdy. Śmierć Freda Hamptona nosiła wszakże znamiona mafijnego morderstwa na zlecenie, a nie pospolitego „nalotu” (co świetnie rekonstruuje reportaż z 1971, dostępny legalnie TUTAJ).

Najbardziej eksponowanym aspektem Judasza i Czarnego Mesjasza pozostają jednak dwie tytułowe kreacje aktorskie. Oscarowa rola Daniela Kaluuyi nie powinna budzić żadnych wątpliwości, aktor doskonale oddaje zarówno swoistą zwyczajność i kontaktowość Hamptona, jak i to, co czyniło go wybitnym mówcą. Wierzymy w jego ożywczą energię, w ferwor jaki wywołuje każdym zdaniem, słowami wypowiadanymi trochę niedbale, ale równocześnie nadając wielką wagę każdej sylabie, jakby pozostawały w powietrzu jeszcze długo po ich wykrzyczeniu i wciąż trafiały prosto w rewolucyjną duszę. W tej perspektywie trochę rozczarowujący okazuje się Stanfield w roli O’Neala, aktor przecież bardzo kompetentny, szczególnie w off-beatowych rolach dziwaków, przede wszystkim Dariusa w afrosurrealistycznej Atlancie, który jednak nigdy do końca nie odnajduje się w tej aż nazbyt stonowanej i oszczędnej kreacji. Owszem, prawdziwy William O’Neal wydaje się taką właśnie nieprzeniknioną i zagadkową osobowością, na której trudno było się poznać, jednak w języku filmu ten aspekt przekłada się na protagonistę nieco nudnego, bezbarwnego, pozbawionego własnego zdania i wyrazistych konfliktów wewnętrznych.

Pomimo kilku dość znaczących słabości, w filmie Judasz i Czarny Mesjasz można odnaleźć więcej zalet niż wad i pozostaje on obrazem zasługującym na znacznie więcej uwagi, niż zyskał do tej pory. Jest przede wszystkim rzadko spotykanym w mainstreamowym kinie uczciwym portretem politycznego radykalizmu, pozbawionym zarówno demonizowania jak i fałszywego temperowania ideałów przedstawionego ugrupowania na potrzeby wrażliwości liberalnych estetów protestu – innymi słowy nie robi z Czarnymi Panterami tego, co Aaron Sorkin zrobił z nową lewicą w efekciarskim Procesie Siódemki z Chicago. Nikt tu nie wkłada nikomu do ust frazesów o ideałach liberalnej demokracji, nikt nie usprawiedliwia zbrodniczych działań aparatu ucisku, a cała sala sądowa, czy inny kierowca autobusu, nie wstaje by nagle oklaskiwać wyklętych przez system bohaterów.

Dawid Smyk
Dawid Smyk

Judasz i Czarny Mesjasz

Tytuł oryginalny: „Judas and the Black Messiah”

Rok: 2021

Gatunek: biograficzny, polityczny, thriller

Kraj produkcji: USA

Reżyseria: Shaka King

Występują: Daniel Kaluuya, LaKeith Stanfield, Dominique Fishback, Jesse Plemons i inni

Dystrybucja: Galapagos

Ocena: 3,5/5