JLB par JLB – recenzja filmu „Biografía de Jorge Luis Borges” – Wenecja 2026

„Przez dygresje życie wchodzi do powieści” – trudno o lepsze motto dla dzieła, które z losów Jorge Luisa Borgesa nie układa linearnej historii, lecz epizodyczną serię cudzych wspomnień i zmyślonych tropów. Mariano Llinás porzuca bezpieczną trasę wyznaczoną datami i obowiązkowymi punktami życiorysu, by zamiast niej wybrać drogę zdecydowanie mniej uczęszczaną – i znacznie dłuższą. Buduje spiralę, w której każde odejście od głównego wątku oferuje nowe spojrzenie na jedno z najważniejszych piór XX wieku.

Twórczość argentyńskiego pisarza, a może raczej powszechnie utrwalone wyobrażenie o jej znaczeniu, stanowi poręczną kategorię krytyczną przy każdej próbie rozmontowania skomplikowanych konstrukcji narracyjnych. Szczególnie dobrze sprawdza się w przypadku dorobku El Pampero Cine – nie tylko ze względu na narodowe powinowactwo artystów, lecz także ich upodobanie do spekulacji jako metody poznawczej i traktowania nawet najbardziej fantastycznych teorii z podejrzanie poważną miną. Wystarczy przywołać Trenque Lauquen, La Flor czy – także prezentowany w Wenecji – El Fantasma. Borgesowska maniera wydaje się więc naturalnym punktem wyjścia w debacie o filmach Laury Citarelli, Alejo Moguillansky’ego, Ignacio Masllorensa i ich współpracowników.

Opowieść o autorze Fikcji szybko okazuje się pretekstem do rozprawienia z łatwością, z jaką przywołuje się dziś jego nazwisko – bez bicia przyznaję, że podobny zarzut mogę postawić i sobie. Żmudne poszukiwanie rzeźby upamiętniającej obecność niedoszłego noblisty w jednym z odwiedzanych miast, a następnie żałosna próba opakowania porażki w futerał niekonkluzywności godnej Borgesa, pozwala zakpić z tych, którzy odruchowo przykładają nazwisko pisarza do wszystkiego, co zagadkowe. Llinás postępuje odwrotnie: galeryjne zlecenie prowadzi go w trudną podróż po miejscach, w których poeta żył, pisał, kochał i kompromitował się, a nawet do zakamarków łoża, na którym został poczęty. Kwerenda staje się też wyprawą w głąb jego języka – omijającego racjonalne zasieki i karzącego za lenistwo wyobraźni.

Współpasażerem tej podróży jest Ernesto Montequín, tłumacz, eseista i historyk sztuki, który pasją połączoną z nutą arogancji zapewniłby własnej sylwetce miejsce w poczcie fikcyjnych latynoamerykańskich ekscentryków. Elegancki, uprzejmy, nieco wyniosły, w chwilach słabości zdradzający skłonność do snobizmu, a przy tym sympatyczny kompan i detektyw, staje się idealnym partnerem dla Llinása. Są jak Sherlock i Watson, jak Batman i Robin – tyle że zamiast tropić mordercę, próbują ustalić, gdzie kończy się Borges, a zaczyna jego legenda. Ich wspólna wyprawa jest przy tym znakomitą komedią: humor rodzi się nie tylko z chemii między protagonistami, ale też z tego, jak z pełną świadomością wykorzystują literackie i filmowe odniesienia – od brytyjskiego gotyku po niemy slapstick – w swoich coraz bardziej absurdalnych dociekaniach.

Llinás nie pozostaje jednak wyłącznie biernym bohaterem podróży. Jako narrator nad–wiarygodny prowadzi nas przez jej kolejne etapy, nieustannie odsłaniając pułapki rozumowania własnego i Montequína. Jest to, rzecz jasna, wiarygodność dość podejrzana. Paradoks polega na tym, że im więcej nam wyjaśnia, tym mniej stabilna wydaje się prawda. Każda hipoteza rodzi kolejną. Epizodyczna, alfabetyczna struktura, podzielona na trzy części, pozwala utrzymać ten pozorny chaos w ryzach. Przeskoki uwagi zawsze anonsuje pojawienie się jakiegoś artefaktu z nowojorskiego archiwum ISLAA (The Institute for Studies on Latin American Art), któremu przypisany zostaje moment powstania oraz konkretny wiek Borgesa. Pierwsza tercja skupia się na szkicach i rękopisach, następne przechodzimy przez memorabilia znajomych, kochanek i rodziny, by ostatecznie oddać głos filmowym szpiegom z El Pampero Cine.

Wraz z perspektywą zmienia się też krajobraz. Miasta o wyraźnych centrach zostają w tylnym lusterku, a horyzont wyznaczają niekończące się przedmieścia, jedno przechodzące w drugie, napstrzone billboardami, architektoniczną brzydotą i hollywoodzkimi makietami, pustymi w środku wydmuszkami. To idealna sceneria dla tej części losów, którą Llinás przyrównuje do Obywatela Kane’a – szeregu wzajemnie wykluczających się wspomnień z drugiej ręki, roszczących sobie prawo pierwszeństwa. W trakcie poszukiwań ujęcia szyb, książek i mijanych miejsc układają się w osobliwe asamblaże wydawniczo-urbanistyczne, a fasady budynków czy ruch uliczny destabilizują w ten sposób znaczenia powstałe z pierwotnych aranżacji liter. Kamera wpuszcza tekst w przestrzeń, gdzie musi zderzyć się z tym, co przypadkowe.

Nie chodzi jednak wyłącznie o formalną zabawę. Llinás dostarcza również sporej dawki wiedzy o człowieku stojącym za literackim pomnikiem – o jego kłopotliwej relacji z Perónem, politycznym bankructwie związanym z poparciem dla prawicowej dyktatury wojskowej oraz późniejszej próbie uchylenia się od moralnych konsekwencji własnych wyborów. Równolegle pojawia się samo kino, przede wszystkim Hugo Santiago i jego genialna Inwazja, mająca być rzekomo ekranizacją nigdy nie napisanej powieści Borgesa. A więc książka, której nie ma, posiada autora, historię, adaptację i filmowe życie. Nieistniejący oryginał zaczyna funkcjonować jak istniejący przedmiot – niczym hroniry z Tlön, Uqbar, Orbis Tertius.

W wartkim potoku literackich fragmentów, którym kamera przygląda się niemal pod lupą, szczególnie mocno wybija się cytat Samuela Taylora Coleridge’a: „Jeśli człowiek przeszedł we śnie przez raj i otrzymał kwiat jako dowód swojej wizyty, a po przebudzeniu znalazł ten kwiat w dłoni… cóż można powiedzieć? To ja byłem tym człowiekiem”. Chociaż nie wybrzmiewa w niczyich ustach, w moim odczuciu wychodzi przed szereg. Miał on zresztą swojego wiernego orędownika – wybaczcie prywatną słabość – w osobie Jean-Luca Godarda. 

W produkcji El Pampero Cine ów kwiat staje się figurą całego przedsięwzięcia. Dzięki niej wybrzmiewa bowiem hipoteza, że Borges świadomie pozostawiał po sobie okruchy, z których przyszli biografowie mieli dopiero zrekonstruować jego dzieje. Jeśli tak, argentyński autor pisałby własny życiorys z przeszłości, a reżyser jedynie spełniałby rolę naczynia jego pozagrobowej woli. Naczynia – przyznajmy – dość pojemnego, patrząc na monumentalny, ponad pięciogodzinny metraż. Granica między portretowanym a portretującym zaczyna się w ten sposób wyraźnie zacierać. Nawiązując do ekranowego żartu i rzekomego lapsusu drukarskiego, można by zatem nadać filmowi zupełnie inny tytuł: JLB par JLB. Pierwsze L oznaczałoby Luisa, drugie – Llinása.

poborca
Tomasz Poborca

Biografía de Jorge Luis Borges

Rok:  2026

Kraj produkcji: Argentyna

Reżyseria: Mariano Llinás

Występują: Mariano Llinás, Ernesto Montequín, Laura Citarella i inni

Ocena: 5/5

☆☆☆☆☆ 5/5