Między światłem a cieniem – recenzja filmu „Imperium światła”

List miłosny do kina to motyw dla twórców tyleż oczywisty, co ryzykowny ze względu na możliwość popadnięcia w banał lub przesadę, szczególnie jeśli ociera się mocno o wątki autobiograficzne. Sam Mendes, w swoim pierwszym w pełni samodzielnym tekście, popełnionym pod wpływem obaw o przyszłość kina w czasie zarazy, zamknięty, jak my wszyscy, w czterech ścianach z powodu lockdownu, przede wszystkim zaskakuje narracyjną ciszą. Uwielbienie dla Dziesiątej Muzy nie przesłania mu człowieka – w jego słabości wobec własnych ograniczeń i szukaniu zrozumienia mogącego choć na chwilę zmazać poczucie wstydu.

Anglia wczesnych lat 80., położone na nabrzeżu miasto Margate. Poranne promienie słońca przedzierają się powoli przez zaciemnione pomieszczenia, wydobywając z mroku kontury codzienności. Światło i cień – w rozumieniu dosłownym i metaforycznym – będą tutaj osobnymi bohaterami, przylegającymi swoimi znaczeniami do tych ludzkich. Pośrodku ugładzonego architektonicznie krajobrazu wyłania się on, majestatyczny budynek kina The Empire, lustrzane odbicie kryzysów targających Wielką Brytanią. Zamkniętą z powodu spadających zysków część obiektu dawno zajęły gołębie i kurz. Jednak żywa czerwień welurowej kurtyny i obić foteli czynnych sal przypominają, że to ciągle głęboko oddychający oddanymi pracownikami i widzami organizm. Zaraz zresztą pojawi się szansa tchnienia weń nowego życia. Premiera Rydwanów ognia ma przyciągnąć wpływowe osobistości – burmistrza i radnych, ale przede wszystkim wielkie sławy: sir Laurence’a Oliviera, Dusty Springfield, a może nawet Paula McCartney’a. Zanim jednak stare kino ociepli blask fleszy i obietnice finansowego wzrostu, będzie musiało przeczołgać się przez swój dzień powszedni. 

Kinowa majordomuska Hilary (Olivia Colman) zawodowej rutynie oddaje się dość bezrefleksyjnie, acz skrupulatnie, w przeciwieństwie do reszty załogi nie wyrażając pragnień zaszycia się w ciemnej sali i raczenia seansami. Codziennie otwiera przybytek, włącza światła i piecyk elektryczny w gabinecie szefa, Donalda (Colin Firth), a kiedy zachodzi potrzeba służy ręką bądź inną częścią ciała w rozładowaniu jego seksualnego napięcia. Jeśli będzie miała szczęście, dostanie także szklaneczkę whisky i zaproszenie do rozmowy, a raczej do wysłuchania monologu, czym odwdzięczy się usłużnym potakiwaniem i niezgrabnym chichotem. Relacji tej daleko do płomiennego romansu – dynamiką przypomina raczej przerywanie biletów lub sprzątanie popcornu spod foteli. A jednak stanowi dla niej jedyną dostępną namiastkę bliskości z drugim człowiekiem. Pojawiający się sporadycznie na jej twarzy uśmiech nie jest w stanie zamaskować nieruchomego spojrzenia, wypatrującego czegoś nieobecnego. Przepisywany regularnie przez lekarza lit pomaga prześlizgnąć się przez wrogą rzeczywistość, każąc jednocześnie płacić swoją ceną – otępiałe zmysły nie sprzyjają w końcu przeżywaniu świata w całej jego wielobarwnej dostępności.

Każdy mrok ma jednak swój promień światła. Dla Hilary będzie nim Stephen (Micheal Ward), nowy pracownik The Empire. Z pozoru zupełnie inny: dużo młodszy, energiczny, z charakterystycznym zawadiackim błyskiem w oku. A jednak wspólne rejestry wrażliwości pozwalają tej dwójce zbliżyć się do siebie. Czas nabiera tempa, słowa znaczenia, uśmiech szczerości. Aż chce się odstawić leki. Przyzwyczajony do afektywnej żonglerki umysł nie daje się jednak przechytrzyć chwilowej pomyślności. Utrata kontroli nad reakcjami przynosi wstyd – przed sobą, swoją chorobą, oceną otoczenia. Dla młodego chłopaka codzienność również nie jest pasmem radości. Odmienność, której nie jest w stanie ukryć, na tle rosnących nacjonalistycznych nastrojów każe na każdym kroku oglądać się za siebie. Stephen żyje z dziedzictwem służenia białym za worek treningowy i świadomością, że ta sama przyszłość czeka jego dzieci. Podobnie jak Hilary na wielu poziomach nie jest w stanie konfrontować się z rzeczywistością – on z tą zewnętrzną, ona z tą wewnętrzną.  Ich zbudowana na wszelkich możliwych kontrastach relacja wymyka się utartym schematom, również tym wykształconym przez kino mainstreamowe, stanowiąc świeżą redefinicję pojęcia bliskości i miłości.

Mendes w portretowaniu choroby swojej bohaterki nie jest nachalny czy krzywdząco karykaturalny, choć nie pudruje ciężaru cierpienia spadającego zarówno na nią, jak i jej otoczenie. Zmiany w epizodach domalowuje drobiazgami – urywaną nagle muzyką, wpuszczanymi do mieszkania promieniami światła bądź zasłanianiem zasłon. Nie zapominając o złu świata, w stworzonych przez siebie postaciach przede wszystkim szuka dobra, łagodności, zrozumienia – i najważniejsze, umiejętności dostrzegania drugiego człowieka. Być może autentyczna akceptacja przyniesie tak samo krótkotrwały uśmiech, jak wszystko inne, a być może nie. Może jest w stanie zmienić całe życie: przekuć odzwierciedlaną w wierszach tęsknotę za czuciem w pełnowymiarowe przeżywanie rzeczywistości.

W całym swoim koronkowym, kołyszącym zmysły liryzmie, otulonym utworami brytyjskich poetów, Imperium światła, jak na dzieło zdobywcy dwóch Oscarów przystało, stanowi także laurkę formalnego rzemiosła. Mendes jest mistrzem balansu między obrazem i dźwiękiem, między dźwiękiem a ciszą. Rytm opowieści buduje głębokimi oddechami – niespiesznie wydobywając z niej całą esencję. Roger Deakins kompozycyjną czystością kadrów i ich wybarwieniem kolejny raz udowadnia swoją czołową pozycję wirtuozów kamery. Muzyka autorstwa duetu Trenta Reznora i Atticusa Rossa, dwukrotnych laureatów Oscara za kompozycje do The Social Network (2010) i Co w duszy gra (2020), nie rozrzedza intensywności obrazu, a jedynie buduje klimat melancholii, uformowany blaszanymi pudełkami z filmowymi kliszami, czekającymi na otwarcie i nałożenie na szpulę oraz spoglądającymi ze ścian kina zdjęciami wielkich gwiazd, ludzi, którzy latami karmili, bądź dalej karmią nasze udręczone pragmatyzmem dusze. Formalna warstwa nie przyćmiewa jednak narracyjnej trajektorii i starannie wypolerowanej dramaturgii – to przede wszystkim teatr opowieści, dopełniony wybitną jak zawsze Olivią Colman, oddającą złożoność natury Hilary naprzemiennie subtelnym minimalizmem i pełnokrwistą, wewnętrzną udręką.  

Po gorzkim, satyryczno-diagnostycznym American Beauty (1999), studium rozpadu małżeństwa w Drodze do szczęścia (2008) oraz widowiskowym i aż niemożliwym technicznie 1917 (2019), brytyjski reżyser oddelegowuje służbę pieszczenia ego na rzecz narracyjnego kunsztu. Nie ustawia się w kolejce po kolejną statuetkę. Pozwala wybrzmieć swoim obawom i lękom, za każdym razem szukając ukojenia w tym samym miejscu – kinie jako sztuce i jako żywej tkance zbiorowego przeżycia, gdzie światło wielkiego ekranu rozświetla mrok powszedniości. Po co jest nam ono potrzebne? Ilu przed nim opowiedziało na to pytanie, ile odpowie po nim – nieważne. Mendes rezygnuje przy tym ze stawiania w centrum historii człowieka, dla którego inicjacyjny kontakt z kliszą jest pierwszym przystankiem na zawodowej drodze. Oddając przestrzeń everymenom, którzy prawdopodobnie nigdy nie przekują swojej miłości do filmu na twórcze działania, nadaje jej egalitarnego wymiaru. Może zatem Imperium światła jest nie tyle listem miłosnym do Dziesiątej Muzy, ile do widza – jego oddania, uważności, eskapistycznych potrzeb, całego emocjonalnego bagażu, z którym zasiada w fotelu. Do człowieka – jego kruchości, nieporadności, radości z epizodycznych triumfów nad przeciwnościami losu, odwagi do kochania i bycia kochanym. Chodźmy zatem do kina.

Agnieszka Pilacińska
Agnieszka Pilacińska

Imperium światła
Tytuł oryginalny:
Empire of Light

Rok: 2022

Kraj produkcji: Wielka Brytania, USA

Reżyseria: Sam Mendes

Występują: Olivia Colman, Micheal Ward, Colin Firth, Toby Jones

Dystrybucja: Disney

Ocena: 4/5

4/5